Archive for 2010

always somebody playing with dynamite

Wednesday, December 29th, 2010

boliwijska wigilia

Sunday, December 26th, 2010

Najpierw był skype z rodziną w Polsce, śpiewanie kolęd i otwieranie prezentów. Eh, to już druga wigilia poza domem…

A potem…


Pakowanie prezentów.


Nasza szopka.


“Picana de Navidad” – tradycyjna zupa serwowana w Święta. Mięso, mięso, mięso. Mmmmmm. Zwykle serwowana w wigilię po północy (tym razem ze względów praktyczno-logistycznych przed).


Rodzinna fotka (Naleśnik też tam był).


O północy odkrywa się Jezuska.


A w domu czekały prezenty.

my love is like a dark cloud full of rain, it’s always right there up above ya

Thursday, December 23rd, 2010

a ja się pod nimi podpiszę, bo będą one moje

Thursday, December 23rd, 2010

Ciężkie czasy nadeszły dla Ambasadora. Dlatego dorabia sobie trochę na boku robiąc pstryk, pstryk, a czasem trzymając blendę tylko.

Na zdjęciach Paula i Tim, którzy powiedzą sobie “aj du” w lipcu. Czy też “si”, zależnie który wariant wybiorą.

Przy okazji, jako że bida jest generalnie, to jeżeli ktoś chciałby dać mi jakieś zdalne zlecenia informatyczne, to też z chęcią przyjmę.

i’ll be the one to protect you from a will to survive and a voice of reason

Monday, December 20th, 2010


[Potosí, lipiec 2009]

Pomagam Pasikonikowi tłumaczyć fragmenty materiału do filmu z Boliwii. Dziś tłumaczyłem rozmowy z górnikami z Potosí. Mocny i dobry materiał. Trochę smutny.

Miłego tygodnia w pracy.

you’re already late so take your time soon it will be too late so just… relax

Saturday, December 18th, 2010

Dwa dni z rzędu fotografowałem koncert akustyczny Atajo. Nogi mnie bolą.

a veces soy niño y es lindo pero es un rato no más

Friday, December 17th, 2010

atajo carajo

atajo carajo

Ja wiedziałem, że tak będzie. Boliwijski szołbiznes mnie wciągnął. Koncerty, afterparty w garderobie i picie chichy z karnistra. Atajo carajo!

YouTube Preview Image

SEZON NA LWY – premiera wkrótce!

Wednesday, December 15th, 2010

Sezon na lwy - film, plakat

W imieniu Pasikonika, a także swoim i Filipa, zapraszam na premierę filmu Sezon na lwy, która odbędzie się w Jarocinie już 28 grudnia 2010.

Filmu jeszcze nie widziałem i pewnie przed premierą nie zobaczę, ale już się go boję, bo zrobiliśmy z chłopakami kilka niezłych numerów… Ale mam nadzieję, że po premierze film znajdzie się w undergroundowej dystrybucji na kasetach wideo, przegrywanych płytach CD i zawszonych serwerach FTP.

Czekam z niecierpliwością.

i są pytania, i są wciąż rozmowy, ważne, choć tylko hotelowe

Wednesday, December 15th, 2010

hotel

boję się dokąd zaprowadzi mnie to życie. te małe rzeczy, które robię. to ciągłe łamanie reguł i płynięcie pod prąd.

bo to wbrew pozorom nie jest łatwe. niby zamykam się w tych czterech ścianach co wieczór. ale też każdego dnia muszę z nich wyjść. powiedzieć “buenos días” do portiera. ¨!Hola, joven!¨ odpowiada. i wychodzę na tę ulicę. gdzie każdy samochód jest twoim wrogiem.

bo w mojej naturze jest ostrożność. mierzenie każdego kroku. ciągła obserwacja tego co dzieje się wokół.

ale to też trzyma mnie w ramach. bo gdyby było zbyt łatwo, to mógłbym zabłądzić i się zgubić.

niektórzy obcokrajowcy wpadają tu w pułapkę zamykania się w czterech ścianach. poruszania się tylko w zamkniętych enklawach. ja jestem gdzieś pomiędzy.

ale ten świat jest jak patrzący na ciebie duży pies. jeśli pokażesz mu odrobinę słabości, to rzuci się na ciebie i odgryzie ci ręce i nogi. więc musisz iść naprzód nie dając po sobie poznać, że trochę się boisz.

to jest uzależniające, ten kop adrenaliny na każdym kroku. ale czy zdrowe?

hotel

Pojechaliśmy z Gabichą do Cochabamby. Choć miasto duże, to jednak czuć w nim powiew prowincji. Jest cieplej. Jest więcej powietrza. I dobrze tu karmią. Cochabamba była pierwszym miastem w Boliwii (na świecie?), które rozpoczęło rewolucję przeciwko McDonaldowi. I tę rewolucję miasto wygrało, ba, McDonalds całkowicie wyniósł się z Boliwii. Bo ludzie lubią tu dobrze zjeść. Zupa z orzechów. A jak zamawiasz porcję czegokolwiek, to dostajesz tyle, że możesz nakarmić 2-3 osoby. Niebezpiecznie. Ale w coś trzeba inwestować. ;)

I są rozmowy między nami. Czy się tu nie przenieść kiedyś. Bo cieplej, przyjemniej, ale też bardziej prowincjonalnie.

Bo to może o to chodzi. Mieć 3 miejsca gdzie się chodzi na lunch. Ulubioną kawiarnię. Spacer wiaduktem do multikina.

Myślimy. Kiedyś. Myślimy. Czy byłoby tu lepiej? Czy to tylko chęć przecierania nowych ścieżek. Czy to nieśmiałe marzenie o trochę cieplejszym klimacie, trochę wyższym ciśnieniu powietrza, nowych smakach, przygodach, barach, mieszkaniu jakimś większym… Myślimy. Może trzeba będzie wymyślić jeszcze kilka powodów. Ale ciii.. szaaaa..

hotel

rewolucja dla mnie to czerwone paznokcie

Tuesday, December 14th, 2010

Nie czytam Onetu, Wirtualnej, ani Gazety. Wyciszonych mam wszystkich, którzy uprawiają politykę na facebooku. Nie mam telewizora.

Wyniosłem się na informacyjną pustynię i raczej mi z tym dobrze. To co się do mnie przebija przez filtr społecznościowy, to reportaże fotograficzne i parodiujące filmiki na youtube (choć u nas w Boliwii internet jest zbyt wolny by korzystać z tego medium). Nie interesują mnie mainstreamowe informacje.

Dlatego tym bardziej popieram takie inicjatywy – alternatywy.

Kolega Maciek Okraszewski (którego indiańskie imię brzmi “ten, który mył się w wiadrze”) zniechęcony oporem kwadratowych głów rządzących tymi najbardziej opiniotwórczymi periodykami, które nie chciały go zatrudnić w charakterze korespondenta działu zagranicznego postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i za zupełną darmochę, a tylko za odrobinę rozgłosu, sławy i być może wódki zaczął prowadzić w internecie swój własny Dział Zagraniczny. Teksty są ciekawe i pisane lekkim piórem. Koledze Maćkowi życzymy powodzenia.

polskiego czytelnika to nie interesuje

A na zdjęciu kolega Okraszewski, czyli autor rzeczonego bloga bajeruje Gabichę. Być może opowiada jej historię o tym jak w Afryce w pewnej luksusowej willi mył się w wiadrze. (La Paz, luty 2010)

PS. A jeżeli podoba Ci się to o czym i jak pisze Maciek, to lajknij jego stronę na facebooku.

na imię mam Szymon. pochodzę z Gdyni.

Thursday, December 9th, 2010

foto by: Kuba Fedorowicz [mygrandtour.pl]

jestem indianinem, który zszedł z indiańskich ścieżek
który mimo, że szło mu przecież tak dobrze
stwierdził, że wysiada
i że on nie chce tak dalej

i ku wielkiemu zdziwieniu ludu wioski
odwrócił się na pięcie
i podreptał w kierunku autostrady
złapał stopa na lotnisko
i wsiadł w pierwszy lepszy samolot do ameryki południowej
bo tam mają prawdziwych indian podobno

no i szymon, indianin z wioski Gdynia
poleciał do Miasta Prawdziwych Indian – La Paz
i tam zaczął wchodzić w interakcje z tamtejszymi indianami
którzy bliżsi byli temu, co szymon uważał za prawdziwie indiańskie

m.in. tamtejsi indianie
jedli dużo kurczaków… ale szaleńczo dużo… po prostu nie ma restauracji, która nie ma kurczaka…
poza tym na żadnym ze znanych z kurortów Polandii obnośnych straganów z jedzeniem nie można spotkać było przysmaków w postaci serc krowy świeżo z ogniem piekielnym przysmażonych… a w La Paz można było… czarownice nocy od 23 do 5 rano serwują te istnie szatańskie dania…

a danie takie to taniec z duchem drzemiącym w tych krwistych sercach… zwykle jak krowa była spokojna, to danie kopa nie dawało…
ale jak się czasem trawiło serce takiego byczka bardziej butnego, to huuuu huuuuu wtedy danie kopie.
mnie jak raz taki byczek wziął na rogi, to miotał mnie przez trzy dni

indianin z Gdyni posunął się jednak dalej
wziął i sobie przygarnął dziewczynę od nich z plemienia
i normalnie z nią zamieszkał
w swoim tipisie

i chodzili nad rzekę prać przepaski na biodra
i razem łapali kaczki do pióropuszów

co więcej
indianin szymon z Gdyni
zaczął piąć się w strukturach wioski
zaczął robić coraz więcej w strukturach plemienia
nakręcił kilka plantacy
i uprawia te listki

tak o nim myśleli sąsiedzi z Gdyni

współwioskowi ziomale twierdzili, że się stoczył
że tam w ameryce w stolicy indian buty im zamiata
ale podobno jak na zamiatacza, to fajnie mieszka
więc może coś kręci na boku

ale znalazło się kilku śmiałków, którzy przylecieli go wybadać

najpierw kolega jacek
jacek już na niejednym dzikim zaczodzie był, to nie zrobiło to na nim wrażenia
co za to na nim zrobiło wrażenie, to singani, tamtejsza woda ognista
jak mu wykręciło usta…
jak mu się rzuciły szakale na żołądek
no bo przecież trzeba to było z niego wyjąć
nie przyjęło się na trzech tysiącach metrów
i tak się indianin szymon wybronił

kolega michał przyleciał na cwaniaka
że to on już chyba wszystko kuma
to indianin szymon wziął go na pustynie z jackiem
i go przećwiczyli
zakpili totalnie
ugotowali czokobombę…
i po trzech godzinach przywiązali go do konia pedała
który przez trzy następne dni chodził po łące i wąchał kwiatki
na 4200*
ale to nie zraziło indianina michała z Gdyni
do wyruszenia na południe, przez góry nad ocean
gdzie podobno na falach ludzie jeżdżą

i tak błąka się teraz indianin michał
nie ma od niego kontaktu
podobno szuka jakiejś swojej indianki
albo nawet dziewuchy z miasta
bo przecież kolega michał taki cywilizowany

***

Wciąż jednak towarzyszyło mu poczucie niespełnienia i wciąż chciał odkrywać kolejnych indian. Mimo, że miał już sędziwe 29 lat. I za pół roku trzydziestkę na karku.

***

ale przyszła starość na indianina szymona
wspiął się więc na najwyższą ośnieżoną górę w zasięgu wzroku
a przypominam, że mówimy w tej chwili o 6000+ tysiącach*
i indianin szymon otworzył wódeczkę i spojrzał sobie na zajebisty zachód słońca
myśląc sobie, kurde, jest zajebisty ten zachód
ale ile razy jeszcze muszę się wspiąć na tę górę
zwaną także górą zachodów słońca.


* (m n.p.m.)

[——————————————————————————-]

Zasada pisania indiańskich tekstów mówi: nazwę swojej wioski pisz zawsze z dużej litery. Tylko swojej.

To powiedziawszy przyjrzyjmy się stylowi autora. Autor nazwał co dokładnie dwie wioski swoimi (używając Wielkiej Litery). La Paz i Gdynia. Autor w ten sposób musi być bardzo mocno związany z obydwoma z tych miejsc, do tego stopnia, że obydwa być-może uważał za swoje.

ona

lo que he aprendido es por que lo veo

Sunday, December 5th, 2010


[Bolivia, Rio Mamore, Oriente]

just keep them coming my way

Sunday, December 5th, 2010

móóóóóóóó

[Bolivia, Orient]

codziennie uciekam tam gdzie nie ma nic

Tuesday, November 30th, 2010

palos blancos

Wyjeżdżasz z La Paz, mijasz przełęcz na ponad 4000 m n.p.m., potem 7 godzin serpentynami w kurzu lub deszczu wzdłuż przepaści po najgorszych boliwijskich drogach i już jesteś w Palos Blancos (400 m n.p.m.), czyli tam gdzie rośnie kakao, papaje, mango, banany… Gabicha jechała tam “służbowo”, więc zabrałem się i ja. Tylko, że ja musiałem wrócić następnego dnia. W nocy upał straszny, człowiek poci się pod jednym prześcieradłem. Do tego pojebane koguty piejące przez całą noc. Przypomniały mi się pierwsze noce w Tajlandii 2 lata temu, gdy koguty tak samo piały a ja nie mogłem spać.

palos blancos
palos blancos

think of tomorrow we beg, steal or borrow

Friday, November 26th, 2010

incognito

Zdecydowanie dobrze zrobił mi ten miesiąc wolnego. Ciało i umysł potrzebowały wyrwać się z rutyny, odespać, przemyśleć, wyostrzyć się na tym co istotne. Dawno nie było nam razem tak dobrze, jak przez ten miesiąc.

Sprawdziłem opcje i zdecydowałem się pojechać po krawędzi. “Jeśli nie podoba ci się w samolocie, to z niego wysiądź” – mówi przysłowie. To ja wysiadłem.

Czas to mój priorytet. Nie doceni tego nikt, kto nigdy tak naprawdę całkowicie nie oderwał się od tego wszystkiego co “trzeba”. Trzeba pracować, trzeba inwestować, trzeba oglądać telewizję. A to gówno prawda. Ja chcę mieć czas, żeby robić te swoje małe rzeczy, przesuwać suwaki w photoshopie, wyskoczyć z aparatem na miasto i łapać momenty. Mieć minimum kasy na rachunki. Bez wyskoków finansowych. Bo jak masz czas, to rodzą się pomysły. A z pomysłów…

Będę pracować na pół etatu.

Nigdy nie byłem tak biedny jak teraz. Nigdy również nie byłem tak szczęśliwy.

Za niemal ostatnią kasę (tzw. “run-away money”) kupiłem sobie lampy studyjne (płyną do mnie w kontenerze z tej lepszej Ameryki) – będzie nowa zabawa, nauka, portrety, a wszystko to w naszym przytulnym mieszkanku.

Kupiłem domenę pod fotografię ślubną. Robię rozeznanie rynku. Będę łapał piękne, ulotne chwile. A poza tym jadł, pił i tańczył.

A zdjęcie z pewnego zimowego poranka, kiedy to z Kubusiem Kozakiem i tłumem równie pijanych jak my Boliwijczyków świętowaliśmy 5518-ty Powrót Słońca. A był to czerwiec, więc środek boliwijskiej zimy. A słońce tego dnia wstawało za chmurami. “To będzie zły rok” – mówili.

Nie dla nas.

I czekam aż mnie do cholery na tego Ambasadora w końcu wybiorą.

gdy nie ma Gabichy w domu, to jesteśmy niegrzeczni :)

Thursday, November 25th, 2010

[La Paz, Bolivia]

domowka

Tak wyglądają imprezy w Ambasadzie Polski w Boliwii pod nieobecność Pierwszej Damy. Uczestnicy: Radek, Marta i Jacek.

u Juni

Thursday, November 25th, 2010

[Uyuni, Bolivia]

Poza Naleśnikiem ponownie odwiedził mnie Jacek. To jego ostatnia wyprawa na pracowniczych biletach z Lufthansy. Padło na Boliwię. I jak zwykle był to bardzo dobry wybór.

Z Jackiem i Naleśnikiem pojechaliśmy do Uyuni. Dla mnie to już kolejna wyprawa do tego miejsca (w zeszłym roku spędziłem 2 tygodnie w tym zakurzonym miasteczku na pustyni). Dzień spędziliśmy bawiąc się jak dzieci na cmentarzysku pociągów kulając po szynach koła parowozu, miażdżąc monety, rzucając frisbee. A gdy zapadł zmrok, weszliśmy do wnętrza kotła jednej z lokomotyw i tam w śpiworkach spędziliśmy noc. Było zimno, ale daliśmy radę.

Naleśnikowi zrobiliśmy wcześniej z Gabichą pranie mózgu małe i przekonaliśmy go, że nie warto lecieć do Stanów, ani wracać do Europy. Więc Naleśnik został w Ameryce Południowej i obecnie podróżuje po Chile. A ja wróciłem do La Paz, by szukać lepszej przyszłości, ale o tym innym razem.

u Juni

u Juni

u Juni

u Juni

How are ya fixed for moonlight? How are ya fixed for stars? How are you fixed for kissin’? While we listen to soft guitars?

Sunday, November 21st, 2010

Marianne y Alexis

Marianne i Alexis już kilka razy pojawili się na moich zdjęciach. Moi byli współlokatorzy. Ona z Niemiec, on z Coroico. Zaczęli się spotykać tego samego dnia co my z Gabichą.

Wczoraj wzięli ślub.

jeżeli tylko chcesz pytaj śmielej ty również jesteś tutaj pasażerem

Wednesday, November 17th, 2010

pasażerowie

Wokół mnie same indiańskie twarze, gdzieniegdzie na podłodze albo na fotelu rzucone dziecko. Tak wyglądają najlepsze lata mojego życia.
[notatka z autobusu – pojechałem PKSem na Salar Uyuni przypomnieć sobie co i po co]

wietrzenie czaszek – la fiesta de las ñatitas

Tuesday, November 9th, 2010

la fiesta de las ñatitas

W Boliwii wciąż dosyć powszechny jest zwyczaj trzymania w domu czaszek. Mają one chronić przed złodziejami, przynosić szczęście i pomyślność. Ale mówią także, że jeżeli nie będzie się ich traktować dobrze, to mogą na dom sprowadzić choroby i nieszczęścia. Dlatego czaszeczce trzeba do czasu czasu wsunąć w zęby fajeczkę, posypać liściami koki, pokropić wysokoprocentowym alkoholem. No i raz w roku, 8 listopada, należy czaszkę przewietrzyć, zabrać na spacer do kościoła i na cmentarz, pokazać innym, posypać kwiatkami, przedstawić innym czaszkom…

Kościół oczywiście takie “zabobony” stara się tępić. Jednak trudno jest wyplemić te przkazywane z pokolenia na pokolenie wierzenia. Więc w takim wypadku najbezpieczniejsza wydaje się taktyka święcenia, soczystego kropienia wodą święconą, coby wygonić z kości złe duchy. Więc co roku 8 listopada do kaplicy na cmentarzu w La Paz ludzie przychodzą tłumnie przynosząc ze sobą te swoiste święconki. Jednak tego typu wierzenia robią się trochę “niewygodne” i w tym roku, po latach , Arcybiskup La Paz oficjalnie zabronił w tym roku mszy czaszeczek. Ale jednak jak to zwykle jest ludzie wiedzą lepiej niż biskupi, więc i w tym roku były tłumy w kaplicy i celebracje. A czego kościół nie poświęci, to szaman przed kościołem chętnie i bez problemu odymi.

la fiesta de las ñatitas
la fiesta de las ñatitas
la fiesta de las ñatitas
la fiesta de las ñatitas
la fiesta de las ñatitas
la fiesta de las ñatitas
la fiesta de las ñatitas

Chodziłem pomiędzy ludźmi, pytałem o imiona czaszeczek, robiłem zdjęcia. Pytałem o wiek, a także, czy są to członkowie rodziny. Czasem odpowiedzi padały natychmiast. 14 lat, 25 lat, kuzyn, matka, przyjaciółka. Czasem jednak odpowiedzi poprzedzone były charakterystycznym “eeeee….“. To samo “eeeee….“, które znam dobrze z marketów, gdy cholita zapytana o cenę bananów zastanawia się jako cenę rzucić gringo… Czyli po prostu “eeeee….” – wstęp do kłamstwa.

Potem poczytałem trochę w internecie i okazuje się, że czaszki te najczęściej pochodzą z rozkopanych, okradzionych grobów, kupowane są na czarnym rynku, żeby ostatecznie stanąć na domowych ołtarzykach. Zatem nie są to relikwie bliskich, lecz ukradzione i przehandlowane kości z cmentarzy.

la fiesta de las ñatitas
la fiesta de las ñatitas
la fiesta de las ñatitas

Idzie pani z trzema czaszkami.
– Kto to? Mężowie? – pytam.
– Kuzyni. Hahaha… Trzej mężowie, fajnie by było… Hahaha…

la fiesta de las ñatitas
la fiesta de las ñatitas
la fiesta de las ñatitas
la fiesta de las ñatitas
la fiesta de las ñatitas
la fiesta de las ñatitas
la fiesta de las ñatitas
la fiesta de las ñatitas
la fiesta de las ñatitas

Co kieruje ludźmi, że posuwają się do tego, żeby kupować czaszki nieznanych sobie osób i stawiać je u siebie w domach? Szpan? Ślepe trzymanie się tradycji? A może jest coś w tych starych kościach, jakiś duch, którego obecność oni jeszcze czują? A może to tylko wytwór ich psychiki, efekt historii opowiadanych przez babkę-prababkę, wieloletnie wierzenia, które zaszczepione wciąż rosną w ich głowach? A może to tylko kolejna okazja, do urządzenia imprezy…

wywiad w drodze – byledaleje, czyli Bartek i Marta

Wednesday, November 3rd, 2010

Na zakończenie naszego przydługiego cyklu, który przewinął się przez nasze kilka blogów, wywiad z Martą i Bartkiem, którzy zawitali do mojego miasta w wielkiej dolinie, ba nawet pomagali mi w przeprowadzce. Ona – nigdy nie przestaje się uśmiechać, on swoim inteligentym poczuciem humoru przesiąkniętym sarkazmem czynnie jej w tym pomaga. Razem – w drodze od dwóch lat, raczej po nieprzetartych szlakach. Mongolia z buta, Nowa Zelandia na rowerach, Ameryka Południowa na motorach.



[zdjęcia pożyczone z bloga Bartka i Marty]

1. Trzy kraje bez ktorych nie wyobrazasz sobie podrozowania.

Może to kiepski początek wywiadu, ale nie mamy odpowiedzi na to pytanie. To jest wersja pytania: “a jaki kraj podobał ci się najbardziej?” albo “a wolisz Indie czy Boliwię?”

A kogo bardziej kochasz, mamusię czy tatusia?

Każde miejsce jest inne. Czego innego szukasz w zatłoczonej Azji, czego innego w bezkresnej choć cywilizowanej Australii, czego innego w zimnych Andach.Każdy puzzel wyjęty z naszej układanki popsułby obrazek. Nie chcemy wybierać.

2. Co jest dla Ciebie najwazniejsze w podrozowaniu.

Motor. W zasadzie dwa motory. Po wielu eksperymentach chórem przyznajemy, że to najdoskonalszy sposób podróżowania. Oczywiście jest to środek, a nie cel, ale środek najskuteczniejszy. Dzięki motorom podróżujemy po swojemu, nie drepczemy w szeregu z hordą bakcpackersów od atrakcji do atrakcji, możemy dostać się tam, gdzie jest nieturystycznie = autentycznie. Motory budzą ciekawość ludzi, otwierają ich serca i domy. Nie tworzą dystansu takiego jak samochód, nie powodują ograniczeń takich jak rowery (no dobra, niech będzie, lenie jesteśmy i po dwóch miesiącach w Nowej Zelandii nie chce nam się więcej pedałować). W tej chwili już nie potrafimy wyobrazić sobie innego podróżowania. Ok, czasem człowiek zmoknie, zmarznie albo się wypieprzy, ale jak to fajnie będzie kiedyś powiedzieć wnukowi: “A tu babcia ma bliznę po tym jak zaliczyła glebę w Boliwii”…;-)

3. Jak dlugo sie przygotowywales przed wyprawą.

Do “wyprawy” to się przygotowywał Kazimierz Nowak a nie my. Nie jesteśmy na żadnej “wyprawie”. Podróżowanie dziś jest tak proste i skomercjalizowane, że nazywanie tego “wyprawą” wypacza sens słowa. Obecnie trzeba się solidnie nagimnastykować, żeby choć na trochę wyrwać się cywilizacji i zjechać tam, gdzie nie docierają agencje turystycznie.

Jak długo się przygotowywaliśmy? Za długo. Nie ma co za dużo kombinować bo i tak się wszystkiego nie przewidzi. Sprzęt trekingowy podrze się albo zgubi szybciej niż myślisz i w końcu dojdziesz do tego, że najlepszym obuwiem są klapki, umowę najmu mieszkania wypowiedzą jak będziesz najbardziej potrzebował kasy a potem ukradną laptopa z ulubioną muzyką, którą tak starannie sobie poskładałeś itd. Po kilku miesiącach w drodze będziesz się śmiał z większości tego, czym sobie zawracałeś głowę przed wyjazdem.

Chociaż z drugiej strony przygotowywanie się było dla nas już częścią wyjazdu i dobrą zabawą. Pierwsza rozmowa pt.:”a może by tak wyskoczyć na dłużej” pojawiła się ze dwa lata przed wyruszeniem i od tego czasu ciągle jakoś tam niezobowiązująco organizowaliśmy się fizycznie i psychicznie. …Jak dostaliśmy zimą nowy namiot to go sobie rozstawiliśmy w pokoju i przespaliśmy się w nim z niecierpliwości…A intensywniejsze działania zaczęliśmy jakieś 3 miesiące przed wyjazdem: szczepienia, szukanie najemcy mieszkania, sprawy bankowe, założenie bloga itp.

4. Co Cie wkurwia.

Koloryzowanie przez wielu ludzi swoich podróży, opowiadanie o dzikich przygodach na krawędzi życia i dyskretne przemilczenie, że są na sztampowej wycieczce zorganizowanej przez jedną z licznych agencji turystycznych oferujących swoje usługi w sąsiednim mieście. Oczywiście każdy podróżuje jak lubi i potrafi – tylko nie twórzmy potem wrażenia, że dokonaliśmy czegoś, na co nie zdobyłby się żaden inny człowiek. Podróżowanie jest w zasięgu ręki większości z nas, a takie “ściemnianie” tylko niepotrzebnie straszy, że to bardzo trudna sprawa…

5. Za czym tesknisz najbardziej.

A to zależy kiedy. Różne tęsknoty nachodzą w różnych momentach. W Azji dalibyśmy się pokroić za pajdę chleba ze smalcem, w Nowej Zelandii marzyło nam się ciepłe łóżko…

Ale z największymi tęsknotami pomagają nam sobie radzić rodzina i przyjaciele, którzy nas po prostu odwiedzają. Jak podliczyliśmy, ponad 30% naszego wyjazdu spędziliśmy z Nimi. Polskością niesamowicie doładował nas też pobyt w La Paz i w Ekwadorze.

Ciąg dalszy na ichnim blogu.

ach, kiedy znowu ruszą dla mnie dni? noce i dni! i pory roku krążyć zaczną znów jak obieg krwi

Monday, November 1st, 2010

Zacząłem miesiąc tzw. “bezpłatnego”. Nie dzwoń do mnie, bo profilaktycznie nie odbieram. Mogę w końcu pojechać autobusem tam gdzie chcę. Mogę nic nie musieć.

potem chcę wstać o jedenastej i iść do sklepu po bułki i pasztet nie chcę chodzić do pracy to śmieszne bo w sumie to nikt nie chce

Friday, October 29th, 2010

gg

Minął rok, w paszporcie nowa wiza
Taki był mój cel, to jasno chyba widać
Cena wysoka została zapłacona
Rok mojego życia gdzieś za biurkiem… skonał

Nie był bym sobą bez mojego buntu
Ja się wyrwę z tego, tak jak panda kung-fu
Głowa w dół, gdy lecą pociski
Koniec tego tunelu, jest już chyba bliski

Wyjdę z tej roboty i pier….ę drzwiami
Zostawię za sobą ładunku dynamit
I cóż z tego, że nie będą płacić
Staram się omijać ten na kasę nacisk

Mam swą wizję i to jej się trzymam
Pilnuję żeby z marzeń nikt mnie nie odymał
Gram taktycznie, a nie strategicznie
Każdy dzień chcę spędzać epicznie

Taka dzisiaj jest moja taktyka
Cumy odciąć, gdy pomysł zamiga
Radykalnie i ostro po bandzie
Znowu czuję się jak w jednoosobowej bandzie

Nienormalny ale w dobrym sensie
Gdzieś na ostrym w życiu swym zakręcie
Ale ty jeśli myślisz, że jesteś za stary
To przynajmniej nowe kup se okulary

jm

Sunday, October 24th, 2010

Coroico, 08-2010

Wywiad w drodze – Maniek, Dorotka, Maksio i Naleśnik

Friday, October 15th, 2010

W dzisiejszym odcinku ‘Wywiadu w drodze’ zapraszam na wywiad z kolejną parką z dzieckiem. Czyli kolejny dowód na to, że da się, a dziecko to nie jest wystarczająca wymówka, przeciwko podróżowaniu.

1. Trzy kraje bez których nie wyobrażasz sobie podróżowania

Po pierwsze doświadczenie, które mamy jest bardzo niewielkie. Kilka krótkich wypadow (Karaiby, Cape Verde itp) oraz nasze 112 dni podróży po Azji Południowo Wschodniej to równocześnie dużo i mało… zależy jak na to spojrzeć.
Na pewno nie wyobrażamy sobie podróżowania bez Indonezji. Na Sumatrze byliśmy tylko chwilę, pod sam koniec, lecz zostaliśmy zaczarowani. Wspaniali ludzie, otwarci, uśmiechnięci, zawsze pomocni, tacy bezinteresowni. Mieliśmy ledwie ponad tydzień na zwiedzenie północy Sumatry. Niesamowite miejsce, pozostał ogromny niedosyt. Na pewno tam wrócimy, niekoniecznie na Sumatrę, ale na pewno do Indonezji.
Drugi kraj to Tajlandia. Wystarczy wybrać się tam gdzie nie ma faranga a można doświadczyć dużo więcej. Nie zamknę tego w słowach. Ten kraj trzeba poczuć. Ja za każdym razem, gdy słucham tajskiej muzyki mam łzy w oczach…
Miały być trzy kraje, ale poprzestanę na dwóch. Za mało widzieliśmy. Za kilka lat będziemy widzieć więcej. Jeszcze sporo innych krain przed nami… Wszędzie można znaleźć piękno, więc odpowiedź na to pytanie jest dla nas chyba niemożliwa.

2. Co jest dla ciebie najważniejsze w podróżowaniu?
Podróżowanie to dla nas stan ducha, teraz to wiemy. A co jest najważniejsze? Na pewno towarzystwo. Najwspanialszy widok na świecie staje się piękny gdy oglądamy go wspólnie z tymi, których kochamy. Wszystko smakuje lepiej. Radość jest większa a smutki mniejsze.
Podróżując staramy się omijać bardzo turystyczne miejsca, czasem jednak warto zobaczyć coś co jest słynne na cały świat. Jednak lubimy zejść z utartej ścieżki, zobaczyć co jest trochę dalej. Ważny dla nas jest kontakt z tambylcami. Uwielbiamy pędzić przed siebie na motorku (ach to poczucie wolności!), zatrzymać się w przydrożnym barze. Pobyć z ludźmi, poobserwować, porozmawiać.
Lubimy mieć swoje zdanie i swój pomysł na miejsca, które odwiedzimy. Jednak potrafimy czerpać od innych inspiracje („patrz kochanie jak tam pięknie, musimy tam pojechać!”).
Przyznam się bez bicia, mamy fetysz – na naszej trasie musi być gdzieś biały piasek, palmy i nieruchoma tafla ciepłej wody. I jeszcze „kororowe rybki” na wyciągnięcie ręki. Chociaż szczerze mówiąc po jakimś czasie spędzonym w takim raju z wielką chęcią zakładamy nasze profesjonalne obuwie typu trampers i ruszamy zdobywać okoliczne szczyty. Bo nam nie może się zbytnio nudzić.
I jeszcze jedno… ten specyficzny stan umysłu, który pojawia się podczas jazdy przed siebie, tak po prostu, czymkolwiek, a oczy wpatrzone gdzieś daleko w przestrzeń – zrozumie ten kto zrozumie…

3. Jak długo się przygotowywałeś przed wyprawą?
Generalnie my wszystko robimy od dupy strony, znaczy się nie w tej kolejności co trzeba. Nam wystarczy impuls, a potem oboje się nakręcamy. Zaczęliśmy od pomysłu, że w Anglii nic nas nie trzyma, że możemy mieszkać gdzie tylko nam się zamarzy… Prawie rok zbieraliśmy kase. Kupiliśmy bilet w jedną stronę i jazda. Nie było żadnego planu, tylko lekki zarys oraz trzy lokalne przeloty wykupione w AirAsia. Olaliśmy tzw. research a całość klarowała się po drodze.

4. Co cie wkurwia?
Ostatnio bardzo niewiele, ale jednak troche rzeczy działa mi na nerwy, ale najbardziej moja własna głupota. Przeze mnie, przez wyłączoną funkcję myślenia okradziono nas. Podobno uczymy się na błędach, lecz wyłącznie swoich, i to boleśnie. W naszej podróży mieliśmy chyba więcej szczęścia niż rozumu.
Dawniej byliśmy bardzo spięci, trzy lata temu w Tajlandii oburzaliśmy się: jak to można NAS tak traktować, przecież MY zapłaciliśmy dużo pieniędzy za bilet i MY mamy wakacje. Cóż, bardzo roszczeniowa postawa typowego białasa na wakacjach.
A jak było teraz? Śmieszyła nas podróż z Koh Phangan na Phuket ośmioma(!) środkami transportu, przesadzali nas niczym bydło a my tylko z uśmiechem obserwowaliśmy zastaną rzeczywistość. Albo jadąc do Medan busem niczym dla krasnoludków spędziliśmy cztery godziny w totalnie niekomfortowych pozach, Dorotka w ciąży z Maksiem śpiącym na niej okrakiem a ja z kolanami na ukos i pod brodą i jakąś rurą pomiedzy nogami… zamiast się martwić, cieszyliśmy się z miejsca siedzącego, bo nie każdy je miał:)
Nie lubimy też depresanto-malkontento-zazdrośników.

5. Za czym tęsknisz najbardziej?
Chyba za niczym… Wszystko co mamy to siebie nawzajem. Nasza rodzina stanowi pewną dopełnioną całość. Więc za rodziną nie tęsknię. Od kilku lat mieszkamy poza granicami Polski, więc gdy gdzieś jedziemy nie ma żadnych pożegnań.
Po trzech miesiącach w Azji zabrakło nam trochę polskiego jadła, lecz myślę, ze sprawę dałoby się jakoś rozwiązać, typu poszukiwanie śledzi czy kiszonych ogórków. Ale to nie była jakaś znowu wielka kwestia.
Tęskno nam też było do… polskości, żeby pogadać po polsku z kimś innym niż ze sobą nawzajem. Tygodniowi turyści nie rozumieli nas a nam głupio było się narzucać.

Ciąg dalszy na ichnim blogu.

A u mnie tymczasem przyjechał Naleśnik w odwiedziny, spadł śnieg i spaliło się pół instalacji elektrycznej w mieszkaniu. Nie ma letko. Więc zamiast zdjęcia Mańków, Dorotek i Maksów wrzucam zdjęcia z środowego poranka, kiedy to odbierałem Naleśnika z lotniska, a świat był biały (na szczęście nie w mojej Dolinie Szczęśliwości).

nie ma drugiego takiego miasta na świecie