Archive for the in polish category

i look for a corner or a quieter room

Friday, September 19th, 2008

[Jade Dragon Snow Mountain, China]

To był chyba najgorszy dzień ze wszystkich. Zorganizowana wycieczka z chińskimi turystami. Nikt nie mówił po angielsku, traktowali mnie jak zwierzę/idiotę, musiałem czekać i marnować czas, toteż “let’s go, go, go”, i góra szczelnie pokryta chmurą, chińscy turyści w wypożyczonych czerwonych kurtkach jak te pierdolone lemmingi, oczywiście okazywali radość z osiągnięcia 4000m drąc się wniebogłosy. Szkoda gadać.

snowflakes that kill

Thursday, September 18th, 2008

[2008-09-10 - Lugu Lake, China]

Lugu Lake, gdzie piłem piwo Snowflake. A mój przyjaciel Tomek ma t-shirt z napisem “Snowflakes that kill”. W ten sposób zrozumiałem kolejny kawałek wszechświata.

[2008-09-19 - Zjechałem z gór (11h), następnie pociąg (9h) i jestem w Chengdu. Znowu ciepło, t-tshirt i sandały, that's better. Jak widać mam laga w zdjęciach.]

tyle wspólnego co z samochodami, drogimi, czyli nic

Monday, September 15th, 2008

Takie kwiatki można znaleźć przechadzając się pomiędzy domkami wokół klasztoru buddyjskiego w Shangrila.

najbardziej mnie teraz wkurwia u młodzieży to, że już więcej do niej nie należę

Monday, September 15th, 2008

[Lijiang, China]

Wszystkie przewodniki mówią o Lijiang, że jego stare miasto to labirynt kamiennych uliczek, w których łatwo się zgubić. Po tygodniu tam znałem każdą z nich, miałem ulubione miejsca z lokalnym i zachodnim jedzeniem, ulubiony spożywczy, gdzie sprzedawca cieszył się na mój widok, uliczni muzycy zaczęli mnie rozpoznawać, a ekspaci zaczęli powoli wciągać mnie do swojej społeczności. A to może oznaczać tylko jedno - czas ruszyć tyłek w inne miejsce.

[2008-09-16 - Jestem w Zhongdian (Shangrila) na ponad 3000 m, powiewa zapachem Tybetu, ale nie pakuję się tam, jadę dalej na północ.]

droga na hel

Tuesday, September 9th, 2008

Przyjechałem z Dali do Lijiang… 6 dni temu. Uciekłem przed złą pogodą, ale tu wcale pogoda nie lepsza. No ale jakoś zasiedziałem się, bo ileż można uciekać przed niepogodą. Tym bardziej, że zamieszkałem w guest house’ie prowadzonym przez dziewczę, które zwie się Joy - “Enjoy Inn”. Poza tym przeziębienie, deszcze i chwilowy spadek motywacji do przemieszczania się. Jeszcze trochę pokręcę się po okolicy. Zdjęcia później.

music is my aeroplane

Monday, September 8th, 2008

Noc przed komputerem, by odświeżyć stare nałogi. A rano powoli wstrzykuję sobie porządną dawkę zupełnie nowej muzyki. Nowe albumy ulubionych stawiają na nogi, dodają chęci, pchają do przodu. Zabierają myśli, że może ja tutaj wariuję, bo oni śpiewają o tym co myślę, co czuję, za czym tęsknię, co tracę. A czasem to poprostu zagłuszacz tego zgiełku, czasem tylko Metallica, Linkin Park, czy Kazik, bez tego czasem nie dałbym rady w tym wrzaskliwym tłumie.

Wniosek: trzeba pielęgnować nałogi. :-)

something sweet

Monday, September 8th, 2008

jest jeszcze czas
by nauczyć się od nowa
bram, ulic, dzielnic
wysiedzianych kanap

jest jeszcze szansa
spamiętać numery i trasy
przejścia podziemne
ciemne bary

jeszcze nie jest za późno
by znaleźć spożywczy
gdzie w klapkach latem
twarożek i pół kilo czereśni

dowcip o gąsce balbince

Saturday, September 6th, 2008

czasem cięższe miewam dni
czasem przytłacza
czasem za dużo

ludzi pokazujących palcem
śmiejących się
sprzedających
pocztówki, mapy, haszysz, sex with a lady

i nie ma do kogo zażartować
przejść obok
sprawić żeby spłynęło

i nie ma magicznego puszku
który otula do snu
i znika wszystkie problemy

no dobra, trochę mnie poniosło z tym zdjęciem :-)

nie przykładaj linijki do marzeń

Thursday, September 4th, 2008

[2008-08-31 - 2008-09-01 - Kunming, China]

Dziwny jest ten chiński modern-komunizm. W tym kraju wszechobecnych podróbek w centrum miasta stoją kolorowe butiki: Armani, Louis Vuitton, itp., gdzie sprzedawców jest więcej niż klientów, gdzie parkingowych jest więcej niż miejsc do parkowania, gdzie ochroniarze noszą białe rękawiczki. Ale wsiadasz w jeden autobus, jedziesz do końca linii, wsiadasz w drugi autobus i już jesteś w innym szarym świecie. Szare drogi, budynki, ludzie. Na szczęscie kawałek dalej zaczyna się zieleń.

W parku dzieją się rzeczy zaiste magiczne. Ludzie przynoszą instrumenty, grają, śpiewają, tańczą z wahlarzami. Albo grupki tańczące wspólnie, starzy i młodzi, do muzyki puszczanej z magnetofonów, tańce bardziej wyrafinowane lub w wężyka.

- Is Poland a public country?
- Well… No, it used to be, but it’s not anymore.

but i just feel free and a little bit empty

Friday, August 29th, 2008

[2008-08-25 - 2008-08-29 - Yangshuo, China]

5 godzin mija zanim autokar wyjeżdża ze strefy zurbanizowanej wokół Shenzhen. Miasta, fabryki, bloki… Oczywiście nie dogadałem się ile będzie trwała podróż, myślałem, że 7-9 godzin, a okazuje się, że 14. Na szczęście autobus był sypialny. W środku nocy (znowu) przyjeżdżam do Yangshuo. Czas na odrobinę luksusu, single room, z klimą, łazienką, tv, dvd za 6 euro, a co tam, będę zaciskał pasa w droższych krajach.

Pierwsze wrażenia z Chin. Chińczycy krzyczą, mlaszczą, siorbają, plują, bekają. Mężczyźni mają brzydki zwyczaj podwijania t-shitrów na ulicy i odsłaniania brzuchów. Moje poczucie estetyki wystawione jest na ciężką próbę. Poza tym jest mało zachodnich turystów (w porównaniu z Tajlandią). Jest za to masa chińskich turystów, którzy skwapliwie zwiedzają wszystkie atrakcje.

Wokół Yangshuo nieziemskie widoki na świat. Daję sobie wycisk na rowerze, wdrapuję się na Moon Hill, objeżdżam okoliczne wioski. Wiatr we włosach, muzyka w uszach i morze potu.

Wybrałem się na spektakl “Impression on Sanjie Liu“. Teatr, gdzie rzeka służy za scenę, setki aktorów, kostiumy, światła, łodzie, konstrukcje. Chińska legenda opowiedziana śpiewem. Mięknę.

Jadę też oglądać tarasy ryżowe. Ładne.

Poza tym przygody - pęknięta opona w autobusie, kurczak pieczony w piecu we wkładzie z bambusa, podawany razem z pazurami. Zdobywam kolejne stopnie wtajemniczenia w jedzeniu pałeczkami: łapanie pojedynczych kawałków, chwytanie kawałków z ust (kurczak z kością), łapanie wielu przedmiotów jednocześnie…