Archive for the photos category

pase señor al fondo recórrase por favor en la esquina bajo bajan esquina

Wednesday, March 3rd, 2010

[La Paz, Bolivia]

Krajowy Związek Kierowców Autobusów zarządził 48-godzinny strajk. W La Paz przestały kursować autobusy i minibusy. Na łamistrajków strajkujący zasadzają się na głównych arteriach, wyciągają ich zza kierownicy i karzą; w najlepszym wypadku kończy się na spraniu tyłka paskiem. Mieszkańcy La Paz do pracy musieli iść na piechotę albo jechać taksówkami. Zablokowane zostały niektóre drogi, były przepychanki z policją, poszedł gaz. Odwołano zajęcia w szkołach i na uniwersytetach. Kierowcy wszczęli strajk głodowy.

A teraz najlepsze…

Cóż tak bardzo rozwścieczyło kierowców, że postanowili podjąć tak radykalne środki? Otóż protestują oni przeciwko wprowadzeniu nowego prawa, które surowo karze pijanych kierowców. Bo za prowadzenie po pijaku można dożywotnie stracić prawko. Przecież to niewyobrażalne w kraju cervesą płynącym!

oddał się pod opiekę tej co go strzegła nocą i dniem

Tuesday, March 2nd, 2010

[Carnaval in Oruro, Bolivia]

Niektóre narody mają masową szajbę na punkcie czegoś. W Boliwii narodową szajbą jest karnawał w Oruro. Prawdopodobnie usłyszysz o nim od kogoś w pierwszym tygodniu po przyjeździe do Boliwii. Że to szalona zabawa, piwo i w ogóle wypas.

Może dlatego, że dziewczyny zakładają krótkie spódniczki i głębokie dekolty. Może dlatego, że słońce i ładna pogoda, piwo, a wokół znajomi. Może dlatego, że kolory takie niecodzienne. Że tradycyjna muzyka, potężna siła setek trąbek i bębnów. Że stroje, potwory, diabły, a szczególnie diablice. Że tradycja, bo karnawał był i będzie częścią kultury tego kraju, z którą utożsamiają się wszyscy, starzy i młodzi.

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

carnaval oruro bolivia 2010

A po przetańczeniu tej kilkukilometrowej trasy te wszystkie panienki i panowie w ciężkich strojach na kolanach przed oblicze Przenajświętszej się udają. Często ze łzami w oczach. Bo to dla niej to wszystko. I to nie raz, nie dwa, lecz trzy razy przez kolejne lata trzeba dla niej tańczyć, żeby próśb wysłuchała.

playa no hay*

Friday, February 12th, 2010

Był napitek, była muzyka, byli Arek i Monia, był nawet i sam Okraszewski, a wraz z nim dwoje przypadkowych Argentyńczyków, była też Gabicha i Marine i moja nowa sandwiczera.

Nie było mebli, nie było rozmów o teatrze i operze, nie było kompotu, nie było małej Chinki, jak również nie było Cezarego Pazury.

Bardzo udany wieczór był.

Fotkę księżyca i moją strzelił Macio (prykając przy tym po cichu).

—–
*) (hiszp.) plaży nie ma

leave it to me as I find a way to be

Saturday, February 6th, 2010

[Coroico, Bolivia]

nasz człowiek z Litzmannstadt

Sunday, January 24th, 2010

Maciej Okraszewski. Fotograf/dziennikarz z Litzmannstadt (miasto w centralnej Polsce). Dostrzeżony w konkursie National Geographics przez Martynę W. (choć plota na mieście mówi, że się z nią przespał). Ambitny, realizuje ciekawe tematy, tylko strasznie przy tym pierdzi. W Tanzanii mył się w wiadrze. Więcej o jego przygodach na jego blogu. Wkrótce usłyszycie o nim więcej. W miejscowej gazecie i teleekspresie.

uwielbiam zapach ptasiego gówna i zdechłej rybki o poranku

Friday, January 22nd, 2010

[Puerto López, Ecuador]

powiedz temu kogo spotkasz, że nie ma końca ta historia

Tuesday, January 12th, 2010

Są blogi ciekawsze. Bardziej o podróżowaniu. Z lepszymi zdjęciami. Są blogi “profesjonalne”, pełne praktycznych informacji. Są blogi gdzie autorzy nie przeklinają, nie wylewają swoich smutków, żalów i przemyśleń. Są nawet blogi, których autorom nie wypadają włosy!!! Jest masa takich blogów. Czytam kilka, zaglądam na dziesiątki. A próba wyłonienia najlepszego, cóż moim zdaniem się nie da. To bardziej plebiscyt, który blog trafia do największej liczby odbiorców. Kto najczęściej uaktualnia, kto jest “najatrakcyjniejszy”. A ja lubię nic nie musieć. A ja lubię wrzucać to co lubię. A ja lubię swoją niszę, swój kawałek internetu. A ja nie lubię feedbacku, bo ma być po mojemu, a nie po twojemu. Bo to jest mój blog. Szalalala.

Ale znowu to zrobiłem, zgłosiłem bloga do Konkursu Blog Roku 2009. Żeby się podlinkować głównie. Oblukajcie kategorię Podróże i szeroki świat. Ludzie robią naprawdę niesamowite rzeczy. Lektura niektórych z tych blogów zastępuje mi książki na tym moim wygnaniu w Boliwii. Może i Wy znajdziecie coś dla siebie.

A jeśli już naprawdę musisz zagłosować, bo lubisz konkursy, to wyślij SMS o treści D00119 (de-zero-zero-ajnc-ajnc-noin) na numer 7144. Koszt SMS, to 1,22 zł brutto. Z jednego telefonu tylko raz można. Głosowanie trwa od teraz do 21.01.2010 do 12:00. Zysk podobno idzie na coś charytatywnego. Ale lepiej, zaoszczędź, odwiedź mnie w La Paz i kup mi piwo. Tyle w tym temacie.

[Update: głosowanie zakończone, znowu nie wygrałem, oh well, czas bardziej okopać się w mojej niszy]


[foto by Gabicha]

PS. Żartowałem, chcę wygrać tego laptopa za 2950 zł netto, głosujcie na mnie, kurwa, a mój blog i tak jest najlepszy.

there’s nothing you can say but you can learn how to play the game

Tuesday, January 12th, 2010

Nie wierzcie temu, kto wam mówi, że daleka wspólna podróż to najlepszy sposób na poznanie partnera. To stąpanie po rozżarzonych węgłach, to przeprawa przez las pełen pokrzyw, to wizyta w pełnym duchów Tesco o trzeciej w nocy.

Od czterech lat żyję na walizkach. Przyzwyczajony do bezmyślnego gapienia się godzinami przez okno. Przyzwyczajony do faktu, że nikt nigdy nie czeka na dworcu, czy lotnisku. Przyzwyczajony do suchego chleba i jogurtu, gdy nie ma czasu na śniadanie. Przyzwyczajony do tego stresu ściśniętego żołądka, gdy wysiadam z plecakiem na jakimś obcym dworcu i muszę sobie poradzić. Zawsze sam, nie dając po sobie poznać, że trochę się tego wszystkiego boję. Oswojony z tym stanem, zamyśleniem.

A tu ciach, zburzony balans, jesteś z kimś niemal 24h na dobę. Dziesiątki godzin w autobusach, taksówkach, na ulicach, restauracjach, w hotelowych pokojach. I wszystko staje na głowie, cała ta wypracowana przez lata w drodze rutyna. Decyzje, kiedyś podejmowane w sekundę we własnej głowie teraz często trzeba przedyskutować… I zamiast ciasteczek do autobusu – chipsy i owoce, zamiast piwka na tarasie, piwko z doritos i guacamole. Więc nie da rady, żeby coś nie wybuchło. No bo jakto tak?

I myli się ten, kto myśli, że taka podróż jest romantyczna, że to tylko trzymanie się za rączki, spacery po plaży i zachody słońca. O nie. To nieprzespane noce, gdy męczy cię zatrucie pokarmowe (wraz z dźwiękami i zapachami dobiegającymi z łazienki), to gonitwy za komarami, przegrane z nimi wojny i puchnące ślady po ugryzieniach, to jeansy z subtelnym zapaszkiem zajeżdżającego rybką oceanu.

Ale to też zupełnie inne spojrzenie na nowe, nieznane. Wspólne odkrywanie smaków, miejsc i ludzi, pokazywanie palcem rzeczy, których sam bym nie zauważył (albo po prostu zignorował).

Nowy stan. A ja tak boję się nowego. Ale pojechaliśmy i wróciliśmy, i się nie pozabijaliśmy. Więc chyba było dobrze. A czasem wyśmienicie.