Archive for the photoshopped category

droga na hel

Tuesday, September 9th, 2008

Przyjechałem z Dali do Lijiang… 6 dni temu. Uciekłem przed złą pogodą, ale tu wcale pogoda nie lepsza. No ale jakoś zasiedziałem się, bo ileż można uciekać przed niepogodą. Tym bardziej, że zamieszkałem w guest house’ie prowadzonym przez dziewczę, które zwie się Joy - “Enjoy Inn”. Poza tym przeziębienie, deszcze i chwilowy spadek motywacji do przemieszczania się. Jeszcze trochę pokręcę się po okolicy. Zdjęcia później.

gonna rise up, find my direction magnetically

Monday, June 2nd, 2008

[NCE-FRA, 31.05.2008]

Co było do wypowiedzenia zostało wypowiedziane. :-)

Długie przemyślenia, nieśmiałe i niepewne zamiary. Czekanie na dzień. A gdy ten nadszedł kilka pewnych cięć, kilka zdecydowanych zdań. I email do pracodawcy wysłany z Nicei.

Tydzień w Nicei był najgorszym ze wszystkich “zawodowych”. Ale to cena. Płacona po raz ostatni.

Emocje uderzają mnie w samolocie. Dopiero teraz dociera do mnie, że naprawdę zostawiam coś far behind. I że ostatnie dwa lata poświęciłem by móc zrobić to, co właśnie ma się zacząć. Ze łzami w oczach piję szampana gdzieś nad prześwitującymi przez białe chmury francuskimi Alpami. Nade mną błękitne niebo - nic już nie może pójść źle.

I jeszcze wizja happy endu - przede mną ostatni miesiąc w Brukseli. Historia zatacza koło. Bruksela - na dobry początek i na dobry koniec.

I jeszcze Mat, który przyleci mi nowy aparat i Ola, która przejmie stary.

I znowu wiara, że ścieżka, którą idę jest najlepszą z możliwych.

misfortunes waiting for the best time to appear

Monday, May 5th, 2008

To był dziwny majowy weekend. Jak zwykle pragnąłem nie mieć planów. Przekonał mnie Koala, że trzeba się ruszyć, w góry do natury. Więc kupiliśmy mapę, spakowaliśmy plecaki, wrzuciliśmy do bagażnika wysokie buty i ruszyliśmy do najdzikszych zakątków Polski. Czyli do Bieszczad. I wszystko szło dobrze aż do momentu gdy tam dotarliśmy. Bo nie było dla nas miejsca. Jedynie w gospodzie. Więc usiedliśmy w gospodzie i cóż było czynić. Jeszcze nadzieja w miejscowych dzieciach-kwiatach, ale i one nie znalazły dla nas miejsca. Jedynie dwa przy wspólnym stole. Więc tam też spoczyliśmy celem wieczerzowania. A potem syci i napojeni przywdzialiśmy śpiwory i legliśmy na tę zimną, jedną, niewygodną noc w samochodzie. A jak się obudziliśmy to pogoda była nietęga, więc nawet się ucieszyliśmy, że nie jesteśmy jednymi z tysięcy turystów dla których starczyło miejsca, i że nic nas tu właściwie nie trzyma, i że w sumie to chcemy do domu. By przyzwoitość zachować (i mieć o czym opowiadać) pojechaliśmy zobaczyć jeszcze zaporę i Sandomierz. Zapora pełna tych co również chcieli mieć o czym opowiadać, a Sandomierz nieszczególny. Więc powrót do Warszawy, do domu. A następnego dnia rowerowanie, odpoczywanie, fotografowanie, filmów oglądanie. I tak nam było, raczej dobrze niż źle.

A zdjęcia takie dziwne, bo się uczę udziwniać zdjęcia ostatnio.

working class hero

Thursday, April 24th, 2008

- co tam?
- szkoda gadać.

all these days I spend away i’ll make up for this I swear

Saturday, January 19th, 2008

you know, that people come and go

Thursday, December 20th, 2007