Archive for the postcards category

It’s been so long since I’ve seen the ocean…I guess I should

Sunday, February 1st, 2015

Może właśnie takiej terapii potrzebujemy w tym momencie życia. Bo to wszystko zaczęło się robić zbyt poważne, zbyt monotonne, zbyt przewidywalne. Dom, praca i odreagowywanie w weekendy.

A mnie dużo kosztują. Bo nie stawiam łatwo czoła wyzwaniom. Ciężko jest być yes-man’em. Ciężko znaleźć balans pomiędzy pracą, a życiem, tym co by się chciało, a tym co można. Aż w w końcu popada się w rutynę, która mogłaby potrwać nawet i 20 lat. Dlatego zmiany są dobre. Ale zmiany tak drastyczne są trochę przerażające.

mi teleferico

Początki są najfajniejsze. Momenty gdy czujesz mocniej, widzisz więcej. Gdy każdy produkt w supermarkecie jest obcy. Gdy musisz wydeptywać ścieżki. Odkrywać, poznawać, zwiedzać. Nowa ławka w nowym parku. Nowa brama. Nowi ludzie.

Pakuję 5 lat życia w kartony. Z limitem 46 kg plus podręczny zaczynam od nowa w Niemczech. W pierwszych dniach marca wsiądę w samolot i drugi, i trzeci, a potem w pociąg. Ona już tam jest. Z tego co mieliśmy w Boliwii musimy wybrać to co najlepsze, dostosować do nowych warunków atmosferycznych i jeszcze raz próbować rozgrywać nowe rozdania. Dzień za dniem. Nieprzewidywalnie.

No bo jak się gdzieś zasiedzisz, to potem trudno wyjechać czasem.

YouTube Preview Image

jestem tylko chłopcem próbującym być mężczyzną

Wednesday, August 28th, 2013

Tak banalne, ale jednak tak trudne do przyznania nawet samemu sobie. Z tego trudno się wyrasta. Z wolności. Z uczenia się nowych rzeczy. Z podróży bez planu. To w nas zostaje. I potem strasznie swędzi. Przy biurku w kancelarii. “Pojechałbym gdzieś. Tak jak kiedyś. Kupił kajak i spłynął Amazonką. Poznałbym jakąś fajną Latynoskę i się zakochał do utraty tchu.” Nie, z tego się nie wyrasta. To siedzi w Tobie. I weź tu spróbuj mieć normalne życie. Dom, kredyt, rodzinę. Tak trudno się wyrasta z bycia chłopcem.

Tomek, maila dostałem, widziałem, że był długi, jeszcze nie czytałem, ale tak się czuję. W odpisywaniu jestem słaby, ale coś wymyślę. Puszczę Ci gołębia.

bidon

odrosła trawa gdzie stał diabelski młyn

Friday, March 29th, 2013

Czy wychodząc z domu wciąż jeszcze masz przeczucie, że możesz gdzieś daleko zajść? Nauczyć się czegoś nowego? Jeździć po drogach, którymi nigdy nie jeździłeś? Mieć nowych znajomych; przyjaciół? Czy Twoje życie się już skończyło?

Czy jak wychodziłem z domu spodziewałeś się, że nogi zaniosą mnie tak daleko?

Czy myślisz czasem o czym marzę? Czy wolisz nie zapuszczać się w te rejony?

Północ. Za ścianą krzyczy telewizor. Choć pewnie zaraz też pójdą spać. Jutro święta. Mamy opłaconą rezerwację za weekend w fajnym hippie hostelu na brzegu Titikaki. Ale jeszcze nie wiemy, czy pojedziemy, bo na drogach protesty i blokady. A w Copacabanie podobno pozamykali sklepy i restauracje. Na wypadek, gdyby sytuacja wymknęłą się spod kontoli.

A ty? Wymykasz się czasem spod kontroli? Ile czasu dziennie jesteś sobą?

Dobrze jest zadać sobie to pytanie co rok. Co jest dla mnie ważne? Czy jestem szczęśliwy? Zmieniać, czy pielęgnować? Gnać do przodu, czy stawiać dom?

Wszyscy mówią, że życie ucieka szybko między palcami. I to prawda, uwierz mi. Choć z drugiej strony tyle zdarzyło się w moim życiu przez ostatnich 10 lat, 5 lat, roku.

Zamów pizzę, idź na spacer, przewietrz czasem głowę. Słuchaj muzyki, usiądź na piasku, spójrz na horyzont. Czy jest tam coś co Cię pociąga? Czy wyobrażasz sobie gdzie to jest? Jak będzie wyglądał Twój dom?

Powiedz mi o czym marzysz.

===

Może nie ma mnie geograficznie, ani fizycznie blisko. Może potrzebujesz innego brata. Ale jedno wiem, gdybym nie był tu gdzie jestem, to świat i internet nigdy nie dowiedzieliby się jak wygląda Dzięcielina Pała. A wygląda tak:
20130202_szk_2013

Specjalnie dla Ciebie. Największy kwiat na świecie. (Cristina znajduje się na zdjęciu tylko po to, żebyś zobaczył skalę zjawiska.)

===

Mojemu bratu Kajetanowi z okazji urodzin. Pozdrawiam.


Aktualizacja 2013-03-30: No dobra, nie będę ściemniał, tak naprawdę jest to Królowa And.

wolisz w dolarach czy peelenach?

Sunday, October 14th, 2012

Najbardziej niebezpieczna jest ta ciekawość. Żeby pójść jeszcze jedną ścieżkę dalej. Co tam jeszcze jest? Wrócić? Zgubiłem się? Nie, jeszcze wiem gdzie idę. I pewnym krokiem pójść w nieznane.

Szamańska legenda mówi, że jak zajdziesz się za daleko w złą ścieżkę, to zobaczysz na swojej drodze dziwnego człowieka. Z pozoru będzie normalny, ale jeśli przyjrzysz się jego stopom i będą one skierowane w kierunku przeciwnym naturze, to znaczy, że się zgubiłeś. Powinieneś z nieznajomym nie rozmawiać, tylko odwrócić się na pięcie i starać się powrócić drogą, którą przyszedłeś.

Czy spotkałem kogoś na swojej ścieżce z odwróconymi stopami? Spotkałem kilku wariatów, którym za bardzo się TO spodobało. Zostałem ich przyjacielem. Przyjrzałem się nie tylko ich stopom (a były one w normalnym kierunku), lecz także ich sercom. Zawsze mieli je po prawidłowej stronie.

Mam nadzieję, że też mnie tak będą wspominać.

Wyjechałem z tego kraju 3,5 roku temu, by przeżyć przygodę. Miałem dużo szczęścia. Trafiła mi się niezła przygoda, NAPRAWDĘ. Wrócić tak teraz byłoby bezpiecznie. Bez przygody. A ja jeśli wrócę, to musi w tym być duży element przygody. A nie tak po prostu, że teraz tu przyjadę i zacznę szukać pracy.

A w gazecie znalazłem w drobnych: “Do oddziału międzynarodowej firmy, pilnie potrzebujemy kogoś szczepionego, kto ma doświadczenie w zarządzaniu Latynosami.” Ale się nie zgłosiłem. Pewnie Agencja Wywiadu albo Jehowi lub Mormoni znów na misje do Am Pd chcą kogoś. Albo na plantacje. Byłem widziałem.

“A straszny ten Twój kraj, tak sucho, tyle pustyni, jak tam można mieszkać.” powiedział Dziadek, którego wojna zagnała przez Iran, Indie, dookoła Afryki do Anglii. “Dziadku, jakie czasy takie przygody”. I śmieję się w duchu, bo wiem, że dziadek kuma i sam by się wybrał, tylko nie ma siły. “Dziadku, przyjedź, pojeździmy Jeepem. Olejemy te cioty z miasta.” “Masz rację wnuczku, nieprzyzwoite są teraz te wczasy na które oni tam jeżdżą i każą sobie tym lokalnym brudasom kelnerować.” “Masz rację dziadku. Nigdy pewnie w ręku maczety nie trzymali.” …i tak możemy godzinami gadać z dziadkiem.

do cyrku
Na zdjęciu mój przyjaciel Marko ubrany na wyjście do cyrku. Ale były jaja. Wrzucę foty innym razem, tylko mi przypomnijcie.

Wpis sponsoruje firma Manitic produkująca fajne designerskie ubrania dla gwiazd. Dziękuję za przysłane gadżety. Proszę o instrukcje obsługi i karty gwarancyjne w pedeefach. 

The Strongest (La Paz) vs San José (Oruro) [2 -1]

Monday, August 13th, 2012

The Strongest (La Paz) vs San José (Oruro) [2 -1]

The Strongest (La Paz) vs San José (Oruro) [2 -1]

The Strongest (La Paz) vs San José (Oruro) [2 -1]

The Strongest (La Paz) vs San José (Oruro) [2 -1]

The Strongest (La Paz) vs San José (Oruro) [2 -1]

The Strongest (La Paz) vs San José (Oruro) [2 -1]

The Strongest (La Paz) vs San José (Oruro) [2 -1]

The Strongest (La Paz) vs San José (Oruro) [2 -1]

The Strongest (La Paz) vs San José (Oruro) [2 -1]

The Strongest (La Paz) vs San José (Oruro) [2 -1]

The Strongest (La Paz) vs San José (Oruro) [2 -1]

The Strongest (La Paz) vs San José (Oruro) [2 -1]

The Strongest (La Paz) vs San José (Oruro) [2 -1]

The Strongest (La Paz) vs San José (Oruro) [2 -1]

The Strongest (La Paz) vs San José (Oruro) [2 -1]

The Strongest (La Paz) vs San José (Oruro) [2 -1]

The Strongest (La Paz) vs San José (Oruro) [2 -1]

The Strongest (La Paz) vs San José (Oruro) [2 -1]

The Strongest (La Paz) vs San José (Oruro) [2 -1]

The Strongest (La Paz) vs San José (Oruro) [2 -1]

The Strongest (La Paz) vs San José (Oruro) [2 -1]

The Strongest (La Paz) vs San José (Oruro) [2 -1]

The Strongest (La Paz) vs San José (Oruro) [2 -1]

The Strongest (La Paz) vs San José (Oruro) [2 -1]

The Strongest (La Paz) vs San José (Oruro) [2 -1]

The Strongest (La Paz) vs San José (Oruro) [2 -1]

The Strongest (La Paz) vs San José (Oruro) [2 -1]

The Strongest (La Paz) vs San José (Oruro) [2 -1]

The Strongest (La Paz) vs San José (Oruro) [2 -1]

The Strongest (La Paz) vs San José (Oruro) [2 -1]

The Strongest (La Paz) vs San José (Oruro) [2 -1]

The Strongest Bicampeon!

curva peligrosa*

Monday, May 7th, 2012

Mylisz się, jeśli myślisz, że było mi łatwo. Zamknąć, spakować, wyjechać, przestać płacić podatki. Iść samemu, oglądać, zwiedzać, poznawać, mieć motywację. Poznać, pokochać, polubić. Nauczyć, posmakować, przyzwyczaić. Zostać.


Uwaga! Ciężkie maszyny pracują na drodze. A poza tym wybuchy.

* niebezpieczny zakręt

la cumbre

Saturday, May 5th, 2012

Do gór trzeba mieć szacunek. Ośnieżone przez cały rok szczyty są symbolem potęgi natury.

Prawie każda wycieczka za miasto to otarcie się o ich potęgę. Przełęcze na prawie 5000 m n.p.m. to obowiązkowy przystanek. W wietrze i zimnie skrapia się ziemię spirytusem. Żeby podróż przebiegła pomyślnie.

on the weekends we try to get our share of excitement and of fresh air

Friday, May 4th, 2012

Zakurzone miasteczka gdzieś na skraju cywilizacji. Bez zasięgu. Wolę was niż wszystkie złote tarasy i wiszące ogrody.

zderzenia ze światem

Thursday, May 3rd, 2012

To zaczyna się wcześnie. Te ciągłe zderzenia ze światem. Zderzenia z dziwnym, niezrozumiałym, obcym.

Gdy jesteś dzieckiem wszystko postrzegasz w ten sposób. Każda sytuacja jest nowa, każda osoba jest zagadką.

Potem to zanika. Zachowania, charaktery i sytuacje stają się bardziej znane i zrozumiałe. Zaczynasz w tej wielkiej układance dostrzegać wzory, schematy, powtarzające się koncepty.

Z czasem zanika chęć poznawania.

bo do tanga trzeba gwoździa

Tuesday, January 31st, 2012

the mala2

W Boliwii, kraju gdzie choduję się kokę i znajduje się 70% globalnych złóż litu, znajdują się również małe muszki. Małe muszki, który są strasznie dokuczliwe. Bo gryzą. I odlatują pijane ze szczęścia z brzuszkami pełnymi naszej krwi. A nas swędzi, może w drogę? Jeszcze Cię dorwę, Mucha!

tych chwil nikt nam nigdy nie zabierze

Thursday, December 1st, 2011

Codzienność, to stos naczyń do umycia. To poranna kawa. To ci sami ludzie mijani w windzie (¡buenos días!). To szybko złapane trufi (współdzielona taksówka), gdzie na przednim siedzeniu (obok kierowcy i jeszcze jednego pasażera) zjeżdżam w pierwszych promieniach dnia do Zona Sur (dzielnicy butików, willi i biurowców). To iPod Classic, bluza z kapturem, Nokia 6310i i białe słuchawki. To herbata z rumianku w pracy, lunch w jednym z kilku miejsc, butelka coca-coli albo sprajta z automatu po południu. To minibus do Sopocachi – dzielnicy supermarketów i apartamentowców. ¡Hola casa! To zamówiona pizza albo wspólnie zrobiony makaron z salsą z warzyw. To ściągnięte seriale oglądane dwa dni po premierze na telewizorze podpiętym do laptopa. To wiecznie za mało czasu, niedokończone projekty, powtarzające się co miesiąc rachunki.

duże frytki poproszę

Monday, August 29th, 2011

Niemal na codzień ścieram się z kawałkami rzeczywistości, które pomimo ponad dwóch lat spędzonych w tym kraju wciąż trudno jest mi zrozumieć/zaakceptować. Czasem frustrują, czasem śmieszą, czasem wprawiają w zadumę nad sensem istnienia.

Przykłady:

Święto Zmarłych. Jedziemy gdzieś za miasto, po drodze zahaczamy o cmentarz. Gabicha chce kupić symboliczny kwiatek dla dziadka. Idziemy na drugą stronę ulicy tam gdzie kwiaciarki sprzedają kwiaty. “Po ile kwiatek?” “Cztery” “To poproszę” Kwiaciarka już już podaje kwiatek, Gabicha już już podaje dychę (najmniejszy banknot, równowartość 4 PLN). “Nie, nie, tylko monety” – mówi kwiaciarka i spowrotem wkłada kwiatka do wiadra.

W zeszłym tygodniu poszliśmy do sklepiku pod naszym nowym domem, żeby kupić bułki. Siedzi tam cholita* i robi na drutach. “Są bułki?” “Są takie i takie” “Po ile tamte?” “Wszystkie za tyle” Cholita już przy kartonie z bułkami chce nam załadować w plastikową siateczkę. “To 4 takie poprosimy” “Nie, nie, tylko mieszane sprzedaję”, zasłania karton i wraca do robienia na drutach.

Gabicha jest jedyną wegetarianką w tym kraju, więc momentami jest ciężko (bo przecież kurczak, to nie mięso, nie?). Wieczór, przed pójściem do baru chcemy jeszcze coś wrzucić na żołądek. Podchodzimy do ulicznego sprzedawcy hamburgerów z frytkami. “Dobry wieczór, chciałabym tylko frytki” “No hay” (czyli “nie ma”). A przed nim smaży się na blasze sterta.

I jeszcze jenda historia zasłyszana: Siedzi baba i sprzedaje rękodzieła. Podchodzi turysta i mówi “dzień dobry babo, ile za wszystko?” “Nie panie, wszystkiego nie sprzedam.” “Ale czemu babo?” “Bo co ja będę robić, jak sprzedam wszystko?”

“Ale o co chodzi?” spyta zdziwiony Europejczyk? “Pokićkani” – bez namysłu powie Północnoamerykanin. Tutaj życie toczy się trochę inaczej. Bo sklep to nie sklep, tylko HOBBY. Przychodzi się siedzi, gapi na przechodniów… I jeśli uzbiera się na almuerzo**, to zadanie wykonane, nie trzeba się więcej starać na dany dzień, bo przecież brzuch pełny. Więc można się trochę z przechodniami poprzekomażać. Nie sprzedam, a co! To przecież mój sklep, moje bułki, moje frytki!

*boliwijska baba
**boliwijski lunch

Bliżej nieba.

Thursday, July 21st, 2011

Siedzę w McDonaldzie w Buenos Aires. Wokół młodzież, hałas i syf. Patrzę na swoje odbicie w szybie. Widzę zaniedbanego kolesia, nie ścinane od kilku miesięcy włosy, nieokreślony zarost. Mógłby być bezdomnym, który z okazji trzydziestych urodzin wybrał się na ucztę – kanapkę z potrójnym mięsem. Sam. Panienka na kasie się ze mną nie dogadała. Nie mam pojęcia o co mnie pytała, w końcu od 1,5 roku nie byłem w restauracji pod klaunem. Jem zachłannie, bo przez cały dzień nie miałem czasu. Poza tym jadę ekonomicznie, bo przecie jestem na minusie, a i ta podróż już za pożyczone od Gabichy. Swoim prześwietlającym na wylot wzrokiem patrzy na mnie ochroniarz.

Dziś poprosiłem jednego z prowadzących (pracownika LA Times) o szczerą ocenę moich zdjęć. Kilka się podobało. Niektóre ocenił jako “fotki do Lonely Planet, ale przecież możesz dużo lepiej” (a ja przecie marzyłem kiedyś by jeździć do takich miejsc i robić takie zdjęcia). Niektóre jako ładne still shoty do powieszenia na ścianie. Jeszcze inne jako takie do przyczepienia magnesem do lodówki. Ale do fotożurnalizmu potrzebna jest HISTORIA (słowo powtarzane tutaj do znudzenia), a ja jej nie mam, moje zdjęcia to pocztówki. Cóż, nie potrafię wstrzelić się w jakiś temat i prowadzić zdjęciami narracji. Bo tak naprawdę, to mnie nie interesują prawie żadne historie. Spływa po mnie wszystko. Technicznie jestem w stanie strzelać takie fotki, o jakie im chodzi, ale brakuje szczerego zainteresowania jakimkolwiek tematem. Przecie ja gazet nie czytam ani telewizji nie oglądam. Cudze życie, też średnio mnie interesuje. Może kiedyś, ale póki co będę pocztówki robił. Na razie interesuje mnie tylko MOJA HISTORIA. I czuję ciągły niedosyt, że moja codzienność nie jest wystarczająco intensywna i interesująca.

Buenos Aires znowu zaczyna być dla mnie samotne. Tak jak wtedy gdy w styczniu 2009 ewakuowałem się pośpiesznie z Europy, tak teraz znowu zaczynam to czuć. Sam w wielkim mieście. Przyklejony do szyby autobusu, słuchający muzyki w metrze, przemierzający kilometry na piechotę chodnikami ulic.

Czas wracać do domu. Próbować mieć dom.

nie zważysz tego, ani nie zmierzysz, jeśli nie zechcesz, to nie uwierzysz

Friday, May 27th, 2011

Jakiś czas temu pod którymś wpisem na fb Filipa Skandalisty ktoś stwierdził, że w Ameryce Południowej to jest syf, że przez latynoskie tranquilo mamy tu bajzel, brud i biedę, a tylko białe* kraje takie jak Urugwaj, Argentyna, Chile, Brazylia jako tako przędą i wyglądają względnie (czytaj po europejsku).

No to ja Ci odpowiem. Nie próbuj zmierzyć tego PKB ani nowymi samochodami na ulicach, czystym metrem ani obrusem na stole. Bo czy to ważne? Spójrz wokół na piękne dziewczyny, panów pod sklepem beztrosko pijących piwo, słońce nie niebie, klapki na nogach i uśmiechy na twarzach. Nasyci Cię proste, lecz dobre jedzenie, autobus w końcu przyjedzie, ktoś powie Ci, że Cię kocha, a jutro znowu carnaval, fiesta lub przynajmniej protest. :) Zwolnij trochę, nie wpadaj tu na tydzień albo dwa, po to żeby kręcić nosem. Spróbuj tak przez chwilę żyć, a może coś zrozumiesz i jeszcze za tym zatęsknisz.

Mam nadzieję, że tranquilo jeszcze trochę przetrwa. Choć nawet w wioskach Amazonii już zaczynają chodzić generatory prądu, a ludzie poprzez seriale już zarażają się światem białego człowieka.

Jestem przeciwnikiem globalizacji. jestem przeciwnikiem macdonaldonizacji** kulturowej. Nie chcę, żeby świat wszędzie wyglądał tak samo.

Jaki morał? Dobrze się ostatnio czuję w kapeluszu!

*pomińmy fakt, że biały człowiek dokonał na tych terenach masowych mordów ludności rdzennej, dlatego te kraje są białe, tak samo jak biały człowiek przywiózł na kontynent murzyńskich niewolników, biały człowiek siewca zamentu, który zawsze wie jak wszystko lepiej zorganizować.
**w Boliwii nie ma McDonalda. Był, ale go wygonili.

dla kf

Saturday, May 21st, 2011

Do dalekich portów przyszło nam żeglować, po nieznanych wodach, odległych akwenach. Gwiazdy mamy za przewodników i kompanów, wiatr targa nam włosy, słońce pali skórę. Czasem myślimy, w którym kierunku dom. Zagubiony na oceanach Przyjacielu, co też nie chcesz zasnąć, choć dawno po Twojej wachcie. Bądź pozdrowiony.


[Lago Titicaca – kwiecień’2011]

Pytasz dlaczego? No, bo tradycją nazwać niczego nie możesz. I nie możesz uchwałą specjalną zarządzić, ani jej ustanowić. Kto inaczej sądzi, świeci jak zgasła świeczka na słonecznym dworzu! Tradycja to dąb, który tysiąc lat rósł w górę. Niech nikt kiełka małego z dębem nie przymierza! Tradycja naszych dziejów jest warownym murem. To jest właśnie kolęda, świąteczna wieczerza, to jest ludu śpiewanie, to jest ojców mowa, to jest nasza historia, której się nie zmieni. A to co dookoła powstaje od nowa, to jest nasza codzienność, w której my żyjemy.

Friday, March 4th, 2011

przejechałbym się darmowym autobusem do Tesco
albo lepiej starym warszawskim tramwajem
na Pragę

przeszedł po wilgotnych ulicach
wzdłuż Wisły albo Syrenki

odwiedził zakurzone knajpy
u Misia na Kruczej wypił kawkę
i pognał sterylnym metrem

w znowu nieznane

hongos inocentes

Friday, February 4th, 2011

grzybki

Z serdecznymi pozdrowieniami dla Pierwszych Polskich Grzybiarzy na Uchodźctwie i życzeniami najlepszego w Roku Królika. A jak królika, to wiadomo…

llegar al tope de la tierra abrazarme con las nubes sumergirme bajo el agua y ver como las burbujas suben

Thursday, January 6th, 2011

Łyk szampana, a poza tym w Sylwestra trzeba:
– wygrzebać z szafy plecaki i walizki, i przejść się z nimi po schodach, a przynajmniej wskoczyć na krzesło,
– i liczyć kasiorę.

Ma to zapewnić w nowym roku podróże i dobrobyt. Przyda się jeszcze zdrowie i uśmiech do kamery poproszę.

W 2011 wszystkim życzę kilku pojechanych akcji po bandzie.

Cambio y fuera.

my love is like a dark cloud full of rain, it’s always right there up above ya

Thursday, December 23rd, 2010

just keep them coming my way

Sunday, December 5th, 2010

móóóóóóóó

[Bolivia, Orient]

jeżeli tylko chcesz pytaj śmielej ty również jesteś tutaj pasażerem

Wednesday, November 17th, 2010

pasażerowie

Wokół mnie same indiańskie twarze, gdzieniegdzie na podłodze albo na fotelu rzucone dziecko. Tak wyglądają najlepsze lata mojego życia.
[notatka z autobusu – pojechałem PKSem na Salar Uyuni przypomnieć sobie co i po co]

a przede wszystkim wakacji

Sunday, October 10th, 2010

wakacje

wakacje

wakacje

wakacje
[Coroico, Bolivia, sierpień’2010]

Wakacje są bez sensu.

different kind of travelling

Saturday, September 11th, 2010

sobota

pocztówka z La Paz

out of focus

Monday, August 24th, 2009

no focus

i gdziekolwiek bym był, to chcę już wracać dziś

Sunday, August 23rd, 2009

[zdjecie z Coroico, Boliwia; tekst z Puno, Perú]

pocztowka z coroico

Po 91 dniach musialem przymusowo wyjechac z Boliwii. Ustawa przewiduje, ze jako turysta mozna byc tylko 90 dni. W miedzyczasie odwiedzilem kilka miejsc, zobaczylem z kazdej strony magiczne Jezioro Titikaka, gdzie podobno narodzilo sie Slonce. Rosnie sterta nieobrobionego materialu, mialem kilka niezwyklych przygod, zrobilem kilka fajnych zdjec, zaczalem jakies nowe projekty, ale zmeczenie i intensywnosc doznan nie pozwalaja siedziec zbyt dlugo przed komputerem. Nie teraz.

Perú – nowy kraj, nowe zachwyty. Ale to wszystko jest przycmione przez tesknote i mocne postanowienie, ze wroce do Boliwii, ze wroce do La Paz. Pomarzyc o czyms innym.