Archive for the postcards category

bo do tanga trzeba gwoździa

Tuesday, January 31st, 2012

the mala2

W Boliwii, kraju gdzie choduję się kokę i znajduje się 70% globalnych złóż litu, znajdują się również małe muszki. Małe muszki, który są strasznie dokuczliwe. Bo gryzą. I odlatują pijane ze szczęścia z brzuszkami pełnymi naszej krwi. A nas swędzi, może w drogę? Jeszcze Cię dorwę, Mucha!

tych chwil nikt nam nigdy nie zabierze

Thursday, December 1st, 2011

Codzienność, to stos naczyń do umycia. To poranna kawa. To ci sami ludzie mijani w windzie (¡buenos días!). To szybko złapane trufi (współdzielona taksówka), gdzie na przednim siedzeniu (obok kierowcy i jeszcze jednego pasażera) zjeżdżam w pierwszych promieniach dnia do Zona Sur (dzielnicy butików, willi i biurowców). To iPod Classic, bluza z kapturem, Nokia 6310i i białe słuchawki. To herbata z rumianku w pracy, lunch w jednym z kilku miejsc, butelka coca-coli albo sprajta z automatu po południu. To minibus do Sopocachi – dzielnicy supermarketów i apartamentowców. ¡Hola casa! To zamówiona pizza albo wspólnie zrobiony makaron z salsą z warzyw. To ściągnięte seriale oglądane dwa dni po premierze na telewizorze podpiętym do laptopa. To wiecznie za mało czasu, niedokończone projekty, powtarzające się co miesiąc rachunki.

duże frytki poproszę

Monday, August 29th, 2011

Niemal na codzień ścieram się z kawałkami rzeczywistości, które pomimo ponad dwóch lat spędzonych w tym kraju wciąż trudno jest mi zrozumieć/zaakceptować. Czasem frustrują, czasem śmieszą, czasem wprawiają w zadumę nad sensem istnienia.

Przykłady:

Święto Zmarłych. Jedziemy gdzieś za miasto, po drodze zahaczamy o cmentarz. Gabicha chce kupić symboliczny kwiatek dla dziadka. Idziemy na drugą stronę ulicy tam gdzie kwiaciarki sprzedają kwiaty. “Po ile kwiatek?” “Cztery” “To poproszę” Kwiaciarka już już podaje kwiatek, Gabicha już już podaje dychę (najmniejszy banknot, równowartość 4 PLN). “Nie, nie, tylko monety” – mówi kwiaciarka i spowrotem wkłada kwiatka do wiadra.

W zeszłym tygodniu poszliśmy do sklepiku pod naszym nowym domem, żeby kupić bułki. Siedzi tam cholita* i robi na drutach. “Są bułki?” “Są takie i takie” “Po ile tamte?” “Wszystkie za tyle” Cholita już przy kartonie z bułkami chce nam załadować w plastikową siateczkę. “To 4 takie poprosimy” “Nie, nie, tylko mieszane sprzedaję”, zasłania karton i wraca do robienia na drutach.

Gabicha jest jedyną wegetarianką w tym kraju, więc momentami jest ciężko (bo przecież kurczak, to nie mięso, nie?). Wieczór, przed pójściem do baru chcemy jeszcze coś wrzucić na żołądek. Podchodzimy do ulicznego sprzedawcy hamburgerów z frytkami. “Dobry wieczór, chciałabym tylko frytki” “No hay” (czyli “nie ma”). A przed nim smaży się na blasze sterta.

I jeszcze jenda historia zasłyszana: Siedzi baba i sprzedaje rękodzieła. Podchodzi turysta i mówi “dzień dobry babo, ile za wszystko?” “Nie panie, wszystkiego nie sprzedam.” “Ale czemu babo?” “Bo co ja będę robić, jak sprzedam wszystko?”

“Ale o co chodzi?” spyta zdziwiony Europejczyk? “Pokićkani” – bez namysłu powie Północnoamerykanin. Tutaj życie toczy się trochę inaczej. Bo sklep to nie sklep, tylko HOBBY. Przychodzi się siedzi, gapi na przechodniów… I jeśli uzbiera się na almuerzo**, to zadanie wykonane, nie trzeba się więcej starać na dany dzień, bo przecież brzuch pełny. Więc można się trochę z przechodniami poprzekomażać. Nie sprzedam, a co! To przecież mój sklep, moje bułki, moje frytki!

*boliwijska baba
**boliwijski lunch

Bliżej nieba.

Thursday, July 21st, 2011

Siedzę w McDonaldzie w Buenos Aires. Wokół młodzież, hałas i syf. Patrzę na swoje odbicie w szybie. Widzę zaniedbanego kolesia, nie ścinane od kilku miesięcy włosy, nieokreślony zarost. Mógłby być bezdomnym, który z okazji trzydziestych urodzin wybrał się na ucztę – kanapkę z potrójnym mięsem. Sam. Panienka na kasie się ze mną nie dogadała. Nie mam pojęcia o co mnie pytała, w końcu od 1,5 roku nie byłem w restauracji pod klaunem. Jem zachłannie, bo przez cały dzień nie miałem czasu. Poza tym jadę ekonomicznie, bo przecie jestem na minusie, a i ta podróż już za pożyczone od Gabichy. Swoim prześwietlającym na wylot wzrokiem patrzy na mnie ochroniarz.

Dziś poprosiłem jednego z prowadzących (pracownika LA Times) o szczerą ocenę moich zdjęć. Kilka się podobało. Niektóre ocenił jako “fotki do Lonely Planet, ale przecież możesz dużo lepiej” (a ja przecie marzyłem kiedyś by jeździć do takich miejsc i robić takie zdjęcia). Niektóre jako ładne still shoty do powieszenia na ścianie. Jeszcze inne jako takie do przyczepienia magnesem do lodówki. Ale do fotożurnalizmu potrzebna jest HISTORIA (słowo powtarzane tutaj do znudzenia), a ja jej nie mam, moje zdjęcia to pocztówki. Cóż, nie potrafię wstrzelić się w jakiś temat i prowadzić zdjęciami narracji. Bo tak naprawdę, to mnie nie interesują prawie żadne historie. Spływa po mnie wszystko. Technicznie jestem w stanie strzelać takie fotki, o jakie im chodzi, ale brakuje szczerego zainteresowania jakimkolwiek tematem. Przecie ja gazet nie czytam ani telewizji nie oglądam. Cudze życie, też średnio mnie interesuje. Może kiedyś, ale póki co będę pocztówki robił. Na razie interesuje mnie tylko MOJA HISTORIA. I czuję ciągły niedosyt, że moja codzienność nie jest wystarczająco intensywna i interesująca.

Buenos Aires znowu zaczyna być dla mnie samotne. Tak jak wtedy gdy w styczniu 2009 ewakuowałem się pośpiesznie z Europy, tak teraz znowu zaczynam to czuć. Sam w wielkim mieście. Przyklejony do szyby autobusu, słuchający muzyki w metrze, przemierzający kilometry na piechotę chodnikami ulic.

Czas wracać do domu. Próbować mieć dom.

nie zważysz tego, ani nie zmierzysz, jeśli nie zechcesz, to nie uwierzysz

Friday, May 27th, 2011

Jakiś czas temu pod którymś wpisem na fb Filipa Skandalisty ktoś stwierdził, że w Ameryce Południowej to jest syf, że przez latynoskie tranquilo mamy tu bajzel, brud i biedę, a tylko białe* kraje takie jak Urugwaj, Argentyna, Chile, Brazylia jako tako przędą i wyglądają względnie (czytaj po europejsku).

No to ja Ci odpowiem. Nie próbuj zmierzyć tego PKB ani nowymi samochodami na ulicach, czystym metrem ani obrusem na stole. Bo czy to ważne? Spójrz wokół na piękne dziewczyny, panów pod sklepem beztrosko pijących piwo, słońce nie niebie, klapki na nogach i uśmiechy na twarzach. Nasyci Cię proste, lecz dobre jedzenie, autobus w końcu przyjedzie, ktoś powie Ci, że Cię kocha, a jutro znowu carnaval, fiesta lub przynajmniej protest. :) Zwolnij trochę, nie wpadaj tu na tydzień albo dwa, po to żeby kręcić nosem. Spróbuj tak przez chwilę żyć, a może coś zrozumiesz i jeszcze za tym zatęsknisz.

Mam nadzieję, że tranquilo jeszcze trochę przetrwa. Choć nawet w wioskach Amazonii już zaczynają chodzić generatory prądu, a ludzie poprzez seriale już zarażają się światem białego człowieka.

Jestem przeciwnikiem globalizacji. jestem przeciwnikiem macdonaldonizacji** kulturowej. Nie chcę, żeby świat wszędzie wyglądał tak samo.

Jaki morał? Dobrze się ostatnio czuję w kapeluszu!

*pomińmy fakt, że biały człowiek dokonał na tych terenach masowych mordów ludności rdzennej, dlatego te kraje są białe, tak samo jak biały człowiek przywiózł na kontynent murzyńskich niewolników, biały człowiek siewca zamentu, który zawsze wie jak wszystko lepiej zorganizować.
**w Boliwii nie ma McDonalda. Był, ale go wygonili.

dla kf

Saturday, May 21st, 2011

Do dalekich portów przyszło nam żeglować, po nieznanych wodach, odległych akwenach. Gwiazdy mamy za przewodników i kompanów, wiatr targa nam włosy, słońce pali skórę. Czasem myślimy, w którym kierunku dom. Zagubiony na oceanach Przyjacielu, co też nie chcesz zasnąć, choć dawno po Twojej wachcie. Bądź pozdrowiony.


[Lago Titicaca - kwiecień'2011]

Pytasz dlaczego? No, bo tradycją nazwać niczego nie możesz. I nie możesz uchwałą specjalną zarządzić, ani jej ustanowić. Kto inaczej sądzi, świeci jak zgasła świeczka na słonecznym dworzu! Tradycja to dąb, który tysiąc lat rósł w górę. Niech nikt kiełka małego z dębem nie przymierza! Tradycja naszych dziejów jest warownym murem. To jest właśnie kolęda, świąteczna wieczerza, to jest ludu śpiewanie, to jest ojców mowa, to jest nasza historia, której się nie zmieni. A to co dookoła powstaje od nowa, to jest nasza codzienność, w której my żyjemy.

Friday, March 4th, 2011

przejechałbym się darmowym autobusem do Tesco
albo lepiej starym warszawskim tramwajem
na Pragę

przeszedł po wilgotnych ulicach
wzdłuż Wisły albo Syrenki

odwiedził zakurzone knajpy
u Misia na Kruczej wypił kawkę
i pognał sterylnym metrem

w znowu nieznane

hongos inocentes

Friday, February 4th, 2011

grzybki

Z serdecznymi pozdrowieniami dla Pierwszych Polskich Grzybiarzy na Uchodźctwie i życzeniami najlepszego w Roku Królika. A jak królika, to wiadomo…

llegar al tope de la tierra abrazarme con las nubes sumergirme bajo el agua y ver como las burbujas suben

Thursday, January 6th, 2011

Łyk szampana, a poza tym w Sylwestra trzeba:
- wygrzebać z szafy plecaki i walizki, i przejść się z nimi po schodach, a przynajmniej wskoczyć na krzesło,
- i liczyć kasiorę.

Ma to zapewnić w nowym roku podróże i dobrobyt. Przyda się jeszcze zdrowie i uśmiech do kamery poproszę.

W 2011 wszystkim życzę kilku pojechanych akcji po bandzie.

Cambio y fuera.

my love is like a dark cloud full of rain, it’s always right there up above ya

Thursday, December 23rd, 2010

just keep them coming my way

Sunday, December 5th, 2010

móóóóóóóó

[Bolivia, Orient]

jeżeli tylko chcesz pytaj śmielej ty również jesteś tutaj pasażerem

Wednesday, November 17th, 2010

pasażerowie

Wokół mnie same indiańskie twarze, gdzieniegdzie na podłodze albo na fotelu rzucone dziecko. Tak wyglądają najlepsze lata mojego życia.
[notatka z autobusu - pojechałem PKSem na Salar Uyuni przypomnieć sobie co i po co]

a przede wszystkim wakacji

Sunday, October 10th, 2010

wakacje

wakacje

wakacje

wakacje
[Coroico, Bolivia, sierpień'2010]

Wakacje są bez sensu.

different kind of travelling

Saturday, September 11th, 2010

sobota

pocztówka z La Paz

out of focus

Monday, August 24th, 2009

no focus

i gdziekolwiek bym był, to chcę już wracać dziś

Sunday, August 23rd, 2009

[zdjecie z Coroico, Boliwia; tekst z Puno, Perú]

pocztowka z coroico

Po 91 dniach musialem przymusowo wyjechac z Boliwii. Ustawa przewiduje, ze jako turysta mozna byc tylko 90 dni. W miedzyczasie odwiedzilem kilka miejsc, zobaczylem z kazdej strony magiczne Jezioro Titikaka, gdzie podobno narodzilo sie Slonce. Rosnie sterta nieobrobionego materialu, mialem kilka niezwyklych przygod, zrobilem kilka fajnych zdjec, zaczalem jakies nowe projekty, ale zmeczenie i intensywnosc doznan nie pozwalaja siedziec zbyt dlugo przed komputerem. Nie teraz.

Perú – nowy kraj, nowe zachwyty. Ale to wszystko jest przycmione przez tesknote i mocne postanowienie, ze wroce do Boliwii, ze wroce do La Paz. Pomarzyc o czyms innym.

and then you took the words right out of my mouth

Saturday, May 23rd, 2009

[Pantanal, Brazil]

piranha kiss

A oto namacalny dowód, że żyję i mam się dobrze.

trzeci został przyjacielem ryb w jeziorze. ten trzeci ma najgorzej.

Sunday, May 17th, 2009

[Balneário Municipal, Bonito, Brazil]

rybki

jakie czasy tacy kowboje

Saturday, May 16th, 2009

[Rondonópolis, Brazil]

kowboj

2010-11-18 – Jacek będąc w La Paz powiedział: “Nowy szeryf w mieście”.

pocztówka z Zakopanego

Saturday, April 25th, 2009

[Zakopane, Kasprowy Wierch, Poland]

Sugar Loaf

it’s all a joke after all

pocztówka z Rio

Monday, April 20th, 2009

[Rio de Janeiro/Niterói, Brazil]

Rio de Janeiro, Copacabana beach

Rzadko używam słów “naj”, bo wiem, że niewiele widziałem, i co ja w ogóle wiem, żeby wydawać sądy ostateczne. Ale…

Rio de Janeiro jest dla mnie najpiękniejszym miastem, z tych które dotychczas widziałem.

Przebija Istambuł, Hong Kong, Paryż…

Bo wyobraźcie sobie te zielone pagórki i skalne wzgórza wyrastające z oceanu, a do tego białe plaże i palmy. I 13 kilometrowy most łączący Rio z Niterói, którym jechałem taksówką, gdy słońce wschodziło nad oceanem. I lotnisko Santo Dumont położone tuż przy centrum, tuż nad zatoką, więc samoloty nad oceanem kołują do lądowania. I prom z Niterói, z którego widać to wszystko jak na dłoni.

A nocą, rozświetlone ulice centrum, a nad nimi pagórki z pojedynczymi lampami, fawele, dzielnice biedy, pokryte przylepionymi do siebie małymi domkami pokrywającymi stoki wzgórz.

A na ulicach piękni, kolorowi ludzie (och te dziewczyny!), wszystkich ras i kolorów.

Ale to także bosy chłopiec. Czasem tylko w gaciach z deską surfingową, inny w brudnym t-shircie, przy supermarkecie prosi o drobne.

A wspominałem, że “zimno” oznacza tu 20 stopni?

Zamieszkałem w 3 pokojach (wliczając living-room) z 6 Brazylijczykami. Sympatyczna paczka studentów. Niesamowite jest to jak mnie traktują, zabierają ze sobą wszędzie, przekazują znajomym, po prostu spędzają czas. Więc czerpię z tego doświadczenia, chodzę do stołówki studenckiej (z pożyczaną legitymacją studencką, na której paluchem muszę zakrywać zdjęcie, zwłaszcza jeśli gościu jest czarny), gdzie za 70 centavos jem lunch’e składające się z ryżu, fasoli, kawałka ryby/mięska, jakiejś nieokreślonej papki i kompotu. Chodzę na imprezy studenckie, gdzie piwo leje się strumieniami, a zagęszczenie ciał ludzkich ciał jest ogromne, zaś pot spływa po ścianach. A wszyscy są dla mnie sympatyczni i poznaję znajomych znajomych. Wiem, że taka możliwość wejścia w życie lokalesów, to coś wyjątkowego, więc korzystam. I wolę być tu z nimi, odkrywać, poznawać, mieć tę namiastkę tego ich życia w tym mieście, niż gnać przed siebie, zwiedzać kolejne miejsca, kolejne atrakcje turystyczne.

Andressa też o mnie dba, przychodzi/zabiera na imprezy pomimo pracy, studiów. Nie widzieliśmy się 5 lat, ale wciąż jest to doskonałe porozumienie, prawdziwa przyjaźń.

Zdjęć robię mało, małym aparatem, przestępczość uliczna jest duża – trzeba uważać, poza tym koncentruję się na doświadczaniu.

Kocham to miasto.

odejdę daleko może w Patagonię

Sunday, March 22nd, 2009

[Torres del Paine, Chile]

torres del paine tent

Woda ze strumyka, płatki owsiane z mlekiem w proszku, kroki ciężkie, lecz pewne, bo z plecakiem, jeden dzień deszczu, wiatr, który próbuje zepchnąć ze ścieżki, Willemijn jako partner, błękitny lodowiec, góry, góry, góry, a w uszach Bieszczadzkie Anioły i Msza Wędrującego, ponad 100 km w nogach. Znowu pięknie było.

Gnam dalej, jutro El Calafate, lodowiec jeszcze większy.

Sterta zdjęć rośnie, ale poczeka. Dzieją się rzeczy ważniejsze i ciekawsze (zwłaszcza w głowie) i na razie czasu brak.

i’m leaving but i don’t know where to

Thursday, October 23rd, 2008

[2008-10-20, T99B, Shanghai - Hong Kong]

Prysznic, pakowanie, check-out, przechowalnia bagażu, śniadanie, laptop, internet, ładowarki, sprite. Pożegnanie z nowym przyjacielem, którego pewnie nieprędko (jeśli w ogóle) zobaczę. Ale nigdy nie wiadomo, w końcu nie raz tak zawiązane znajomości miały ciąg dalszy.

Plecak, metro. Chichoczące Chinki (w Szanghaju ładne i fajnie ubrane). 3 stacje. Przepychanie się przy wysiadaniu. Korek z ludzi przy schodach, by zejść z peronu. Przejście podziemne, tłok, facet, który nad śmietnikiem “czyści gardło” i soczyście spluwa (bo w metrze wiszą zakazy “No spitting”). Bramka metra, która połyka bilet. Prześwietlanie bagażu przy wejściu na stację kolejową. Kontrola paszportu. “Sir, you will need another visa if you want to come back to China”. “I know, thank you.” Droga na stacji oznaczona jest znakami “Exit from the country”. Pięknie powiedziane. Wsiadam w pociąg. Hard sleeper, top berth – tak jak lubię. Maksimum intymności, najmniej ciekawskich oczu, blisko półki z bagażem. Książka.

Kolacja w warsie. I wtedy mnie uderza. Że to się dzieje po raz ostatni. Głośne rozmowy Chińczyków przy sąsiednich stolikach, kucharze, personel i goście palący szlugi pod nic nie znaczącymi zakazami palenia, kelnerka, która stawia przed tobą talerz nie patrząc na ciebie i zapomina przynieść pałeczek. To wszystko z czym na codzień musiałem się ścierać, aż w końcu zaakceptowałem i przywykłem, nagle wzrusza i rozwala na kawałeczki. Opuszczcam to miejsce, którego się nauczyłem, częściowo zrozumiałem, polubiłem.

Podróż na pewno odniosła skutek. Trochę czasu zajmuje uświadomienie sobie, że świat naprawdę kręci się i bez ciebie. Wyjście poza ramy pozwala ujrzeć obraz z innej perspektywy. Nagle dostrzegasz więcej możliwości, nabierasz przekonania, że jest milion sposobów, żeby sobie poradzić, milion rzeczy, którymi można się zająć. Przetasowują się priorytety.

Wracam – wznoszę toast ciepławym Tsingtao w miękko mknącym przez noc wagonie restauracyjnym. Czuję się tak jak wtedy w samolocie, wracając z Nicei z ostatniej podróży służbowej, z kieliszkiem szampana w ręku, już po wypowiedzeniu umowy o pracę, to samo poczucie, że oto zostawiam za sobą coś far behind.

Got out from China just before my visa expired. The last days I will spend in Hongkong. Luckily I will be hanging out with the newly-met friends (from this trip) – tiny B and V. Happy to be seing them again, cause the chances for that were pretty low. But you know… life is full of surprises. ;-)

this european air, it always warms my face, i wish i could pass on

Friday, October 17th, 2008

[Shanghai, China]

(english version below)

Wyjechał Tomek i znowu zostałem sam. Dni razem spędziliśmy raczej leniwie. Późne śniadania i wczesne piwka, potem double-cheese i sprite z lodami, zakupy, spacery bez celu, knajpy z widokiem, jazdy metrem z muzyką w uszach. I wyjechał z poczuciem, że mimo, że widział niewiele, to widział wystarczająco dużo. I dosyć miał już zarówno chińskiego żarcia, jak i słynnego Tsingtao. A co ja mam powiedzieć? :-)

Ja też niedługo wracam. Pomarzyć o czymś innym. Doświadczyć ciągu dalszego historii opowiedzianej tysiąc razy.

(english version)

I am coming back soon. To dream another dream. :-)

oh and i’m just waiting until the firing stopped

Wednesday, August 13th, 2008

[2008-08-12 - from Pai to Mae Hong Son, Thailand]

za jakiś czas znajdziesz mnie
siedzącego na schodach
przed twoimi drzwiami
z napoczętą butelką wiśniowej wódki

będziemy pili ją ciepłą
z herbacianych szklanek
bez zbędnych pytań
przy kuchennym stole

a potem na tarasie
gdzieś ponad nocnym miastem
wypalimy papierosa
we wspólnej ciszy