Saturday, March 13th, 2010
I dzieje się. W głowie się dzieje.
Że ja mimo wszystko tu, a nie tam.
Że potrafiłem wyjechać tak daleko.
Że tu teraz znajduję balans.
Że dałem się przez życie namówić, żeby tu się zatrzymać i zacząć pracować
(choć więcej zarobiłbym na dalszą życiową podróż w Nowej Zelandii na winogronach).
Ale widzisz, dzieje się.
W głowie się dzieje.
Bo ja to jednak uwielbiam wszystko.
Pokój nowy, w końcu z oknem, na którym zasłoną jest pończo. Na ścianie tradycyjna boliwijska chusta, którą pewnie Marine (poprzedniczka w pokoju) dostała od jakiś społeczności, gdzie pojechała z ankietami, a na niej przypięty mój prezent na Święta, panamski kapelusz z Ekwadoru i w którym my ymmm. Salon z widokiem za 1000000$ z okna oglądany stojąc albo siedząc na podłodze, bo mebli nie mamy.
Nawet zdjęć nie robię, aparatu nie wyciągam z torby (ale noszę). Bo takie rzeczy się dzieją, że aż nie wierzę.
Chodzę po dziwnych urzędach, podrabiam papiery, bo biurokracja wymaga 1000 świstków, na przykład odręcznie narysowaną mapkę, jak dojść do mieszkania gdzie mieszkam. Na szczęście ja mieszkam w cywilizacji, bardziej w metrach niż milach mierzonej, kopytami Bawołów ciągnących wozy z butlami z gazem, mandarynkami i skrzynkami z kokakolą dostarczanych do tropików ciężarówką z niedźwiedziem polarnym, tak, tak przywozimy ci ten napój tubylcu z dalekich krajów, a teraz pij go, deptanej.
Pozmieniało się. Nie chodzę już na ryneczki, które kiedyś kiedyś lubiłem, bo panie w kapeluszach z koszyków jabłuszka sprzedają, nie, nie, teraz do supermarketu chodzę, gdzie można zważyć, owinąć w plasticzek, wydrukować i przykleić metkę i przykleić metkę. (Pani obsługująca wagę jest podobno najlepiej opłacaną kobietą w boliwii. JEST TYLKO JEDNA TAKA WAGA! (w tym kraju) To nawet prezydentów jest dwóch (w tym nawet jeden vice!)
Na imprezy nawet nie chodzę, choć Boliwijki lubią blondynów i nie ma problemu, ale nie chodzę.
Ja mam w sobie balans. I czuję się dobrze, gdy nadchodzi weekend. I wciąż nawet starcza mi motywacji, żeby zwiedzać. I jadę na luzaku busikiem sobie do El Alto (La Paz to dolina, El Alto to to co się wylało) na proszę ja ciebie ryneczek, gdzie WSZYSTKO sprzedają. Widziałeś kiedyś WSZYSTKO? Tak, no to wiesz, musiałeś być na ryneczku w El Alto. Jest taka atrakcja w La Paz w każdą niedzielę. Tam gdzie przez cały tydzień w ogóle jest nic nie ma, to w niedzielę wypełnia się WSZYSTKIM. Podobno Marianne widziała tam nawet swojego Mc Booka, którego zostawiła raz w taksówce (to przez miłość, pomyślcie jak ona go kocha, niemka, która zostawiła w La Paz w taksówce swój komputer. Na szczęście mi to nie grozi, moja miłość do komputera jest wciąż silna. Nawet dwa laptopy mam i używam jednocześnie). A ja tam w El Alto z luzakiem, z aparacikiem małym, na spokojnie, cyk, cyk, cyk (zazwyczaj fotki “przechodne” takie zrobione czemuś koło czego przechodziłem – to jest mój fotograficzny dystans).
No no, czyli dobrze wszystko. A co Naleśnik u Ciebie? Dobrze się bawicie? Hehe. Pijaki jedne. A co u Kucharza? Prosi, żeby o nim nie pisać, bo może mieć problemy w kancelarii? (coty nie znajdą). No no, łobuzy… Do Klukokawiarni sobie poszliście.
Bo co to właściwie sprawiło, że tu jestem. To chyba zaczęło się tak jakoś w liceum (wcześniej nie pamiętam), no dobra, może to dlatego, że musiałem dojeżdżać do szkoły w ósmej klasie podstawówki. I zajebiście mi się to podobało. Piękne czasy. Bilet miesięczny na którym możesz jeździ po CAŁEJ GDYNI! Nawet na Chylonię (kaszb. Chëlonô) musiałem jeździć co niedzielę na tenisa. Cóż to były za czasy, za wyprawy! Albo takie klimaty, że biletu miesięcznego zapominam i kanary mnie łapią, a ja płacę i nie mówię mamie, bo by była zła, że zapomniałem, bo pewnie siedziałem do 3 rano przy komputerze. A jasne, że siedziałem.
Albo ogólniak.
Albo Słoma w ogólniaku z Kazikiem z magnetofonu. On pierwszy kupił sobie gitarę i podłączał do wzmacniacza taty. Grać z tego co wie się nie nauczył. Nie urodził się na Hedrixa. Teraz gotówką obraca na rynkach światowych. Cudzą, żeby nie byłą, ale tak wielką, że se nie wyobrażacie. Ale wciąż nie jest to taka kasa, żeby móc kupić rynek w El Alto.
Słoma to też kawał historii jest. Ten to najlepiej wyszedł na ludzi z nas wszystkich, dwoje dzieci już ma i jest odpowiedzialnym ojcem. W granicach rozsądku oczywiście, innych, trochę. Kawał historii ze Słomą. Te obozy nartowe w pierwszej-drugiej klasie ogólniaka. Przecież co tam się działo. Jak myśmy się zachowywali. Przerażeni chodziliśmy do wiejskiej dyskoteki, ale tak się wkręcaliśmy, że ziomale uznawali nas za swoich (wiecie, tacy przeciętny wiejscy wannabe-bandyci).
Albo Lesiu, co na Bornholmie na obozie rowerowym schudł 10 kilo. “Bo wino było tańsze od chleba!” Dieta-cud, jak wrócił ważył poniżej 50 kg! Prawdziwa historia.
Naleśnik, który z gościa z imprezy o dwie klasy wyżej stawał się nagle kolegą ze studiów, a potem zwykłym warszawskim łobuzem gubiącym komórki po barach. A pamiętasz co zrobiłeś, jak za pierwszym razem na Jesionową przyjechałeś i gówniarz co akurat mieszkał (Tomuś) zabrał Ciebie na ostrą imprezę. W jedną noc przeskoczyłeś kilka levelków w szczebelku warszawskiej imprezy. I te oczy gdy wróciłeś nad ranem z tym poczuciem skruchy i wzrokiem mówiącym, tak to był błąd. Szczegółów nie napiszę bo może Twoja mama albo policja czyta. Powiem tylko tyle, że nad ranek bankomat nie wydawał Naleśnikowi reszty. Ale to już była Warszawa.
A studia… Też zajebiste były.
BTW, Naleśnik, moja mama chyba do dziś nie wie, że wy wtedy z Czechem byliście na wytrzeźwiałce z okazji moich urodzin. Ups, już wie. Ale spoko i tak Cię lubi. Mamo, to już było po dwudziestce, byliśmy już wtedy rozsądni i porządni, nawet dobrymi studentami byliśmy, niektórzy nawet wielu wydziałów. Nie ma nic gorszego niż rozsądny, ambitny pijak. Ale w końcu wyszlyśmy na ludzi i dobrze się bawymy, nie?.. Tylko zabawky inne. A przecież razem to wszystko odkrywaliśmy. I też nieźle pokręcone są nasze historie.
Albo jeszcze na studiach jak z Andrzejem P. na imprezy hardcorowe chodziliśmy do Orbitala. Korn, kolczyki, łańcuchy, a my w tym wszystkim. A widownia nie kumała, czy my się tam bawimy, bo lubimy, czy przyszliśmy sobie z nich beke kręcić. Tak odstawaliśmy.
Naleśnik, a Spężynka?.. pamiętasz Sprężynkę?!.. 4 lata nam zajęło, żeby przez tydzień czy dwa potrzymać się niezobowiązująco za ręce. I mega się podobało, ale oczywistym było, że to tak ma być, bez ciągu dalszego. Do dziś mam sentyment do kręconych włosów.
A potem karierra w korrporracji. Jednej drugiej. Wyprowadziłem się od Misia z Jesionowej (nie chciał dzielić ze mną pięterka). No i Misiu teraz sam mieszka na pięterku. Za Szymciem swoim tęskni. A mówiłem daj mi pokoik mały na pięterku, to zostanę, nie ruszę w świat, a on, nie nie, nie dam. Taki Misiu.Ma rozumek, wie czego chce. Pięterka się zachciało. Won! Won!
Dziwna była ta Warszawa. Obca, ale szybko odkryłem swoją jaskinię ciepła z NAJWIĘKSZĄ LAMPĄ Z IKEI, która następnie używał proszę ja was Konrad Axinowicz, reżyser. Nie żeby jakiś mój kupel bliski. Mam go na Facebooku, a on nawet nie wie kto ja jestem. Ale Pogodę zna. Z resztą jego to wszyscy znają. Albo to on zna wszystkich. Wiecie, levelek wyżej. Ale chuj, jak mawia wujek Michał (który wyemigrował z rodziną do Nowej Zelandii i powinien prowadzić bloga). Ale nie Michał N., inny Michał. WUJEK MICHAŁ.
Tomski, Mefi też, choć oni bardziej byli korygującym zakrętem na drodze, gdy już dokąd wiedziałem mniej więcej dokąd płynę. Że po prostu bez planów przed siebie to najlepiej.
Śmieszne, że to nie laski, lecz faceci byli przełomowi w moim życiu. Chociaż też laski też emocjonalnie mnie na jakiś czas korygowały, żebym mógł przeżyć tę wyprawę. Bo ja przyzwyczajony jestem do zjazdów, gapienia się przez okno, łażenia samemu z piwkiem na plażę, żeby zobaczyć wschody i zachody słońca. Albo wypady do Koliby, przecież tak świetnie sie tam bawiliśmy, tak świetnie się zgrywaliśmy w ilości wypitych Okocimów, ilości wypraw do toalety, czasem jak były lepsze dni udawało się nam coś poderwać i się pocałować. Ale nie tak jak w Brazyli ze wszystkimi, u nas jak już się coś poderwało, to się z tym całowało do końca imprezy. Albo nie, jak była brzydka. (Stachu pierwszy w ogólniaku odkrył, że brzydka kobieta w sumie nie robi różnicy i z brzydkimi dziewczynami się całował, w czasie gdy my wybrzydzaliśmy i sączyliśmy browary. Stachu był alkoholikiem. Najmłodszym jakiego znałem. Ale wyszedł na ludzi, w Urzędzie Celnym pracuje i pilnuje, żeby do kraju nie napływała kontrabanda).
Albo mieszkanie z Karolcią w Warszawie, to było pojechane zderzenie światów. Kosmos pełny. Na szczęście ufam jej jako pani psycholog, że nie zdiagnozowała mnie bardzo źle na dowidzenia. Biała, a na koniec Ruda.
Takie miałem przygody po drodze do La Paz.
Więc mieszkam w La Paz. I dobrze mi z tym. I nie chce mi się stąd wyjeżdżać. Bo dobrze mi tu. Na ogół.
Moim Przyjaciołom*
*) wszystkie wymienione postaci są fikcyjne, mistyczne i fantastyczne. Ty też Naleśnik. To był komplement.
PS. Nie przejmuj się drogi czytelniku, nawet Naleśnik rozumie tylko 80% tego co tu piszę. Po prostu to jest tekst to bardzo wąskiej grupy odbiorców. A co myślałeś, że o podróżach będzie? Ile można o tych podróżach ciągle czytać. I Marka Twaina, że będziesz żałował za 20 lat. Ile można słuchać Dido, że life for rent. Niech tamtaram będzie z Tobą… i się zastanów.
PS2. Czarna, Ty wiesz co!
posted in bullshit, in-polish, songs, travel | country: bolivia, poland | Comments Off
Wednesday, September 9th, 2009
[La Paz to Coroico, Bolivia]



gdy straciłeś coś co kochałeś
gdy wydaje ci się że zawalił się świat
pamiętaj
wszystko ma swoją przyczynę
to tylko po to byś następnym razem wzbił się wyżej
powstaniesz i jeżeli się otrząśniesz
to będziesz rozumiał więcej i widział lepiej
złe doświadczenie
było lekcją, szkołą, drogą
przeszkodą na drodze do celu
###
A tymczasem wsiadam dziś na statek, który w ciągu 4 dni powinien zieloną autostradą zawieźć do Iquitos, miasta w dżungli, które ma 0,5 mln mieszkańców, a do którego nie prowadzi żadna droga.
Automat będzie publikował kilka postów w międzyczasie, gdy ja będę się lenił, jadł smażone banany, gapił na zmieniający się brzeg.
posted in bullshit, in-polish, photos, songs, travel | country: bolivia | trackback | 1 comment »
Wednesday, August 19th, 2009
A czy ty wiesz, co to znaczy trójmiejską plażą nocą przejść się boso? Wśród świateł miast i portów, i tysięcy gwiazd? Albo z beskidzkich gór wieczorem zejść do schroniska w dolinie? Gdzie gitara, czajnik na ogniu, opalone twarze, i zimne Tyskie albo Żywiec, i uśmiechy na twarzach. A czy ty wiesz co znaczy ze znajomymi na piwo iść? Po pracy, przez zimno, na chwilę zagrzać się w jakiejś enklawie ciepła? A czy ty wiesz co znaczy do pawilonów przy Nowym Świecie z kumplem iść? W kafefajce przy piwku zapalić jabłkowo-miętową faję fodną przy tureckiej muzyce? A czy ty wiesz co to święta, śnieg, kolędy, dzieciaki jak zwykle pod stołem? I dziadek co ma 100 lat już prawie w starym garniturze?
powiedziałem. A ona na to:
A czy ty wiesz, co znaczy w dżungli łódką małą rzeką płynąć o poranku? Wśród ciszy, zapachów i miliona owadów? Albo tańczyć tinku na środku ulicy, wśród bębnów i trąbek? Przez pot i zmęczenie widzieć szczęśliwe twarze ludzi, dla których ten taniec. A czy ty wiesz co znaczy spojrzeć w oczy polującego kondora? Wysoko na krawędzi przepaści spotkać się z nim? A czy ty wiesz co to znaczy ranem, gdy słońce już trochę wstało, z koncertu, taksówką przez dolinę domów w La Paz jechać? Widzieć budzące się miasto, otwierane sklepy i stragany, a w dali ponad widzieć zaśnieżone szczyty? A czy ty wiesz co to sok z tumby, słodka moka-moka, świeże awokado, sałatka owocowa? Sok ze świeżo wyciśniętych mandarynek?
posted in bullshit, in-polish, songs, travel | country: bolivia | trackback | 1 comment »
Saturday, August 8th, 2009
Z La Paz spotkaliśmy się przypadkiem. Miasto nie wiedziało, że przyjdę, że pojawię się w tych miejscach. Ba, nie wiedziało nawet o moim istnieniu. Poznaliśmy się przez jakichś znajomych znajomych. Zupełnie przypadkiem.
La Paz na początku wydawało się bardzo egzotyczne. Miało inny kolor skóry. Jednak po chwili rozmowy wydało się jakoś trochę znajome. Wymieniliśmy pierwsze uśmiechy.
Z La Paz zaczęliśmy się spotykać – najpierw przypadkiem, pojawiać się w tych samych miejscach. Najpierw w małych i średnich barach, na koncertach, przy dobrej muzyce. Wtedy odkryliśmy, że tak samo lubimy nurzać się w dźwiękach, czasem miękko samotnie płynąć zasłuchani, czasem w dzikim wspólnym tańcu. Gdy to odkryliśmy – zaiskrzyło.
Zaczęliśmy się spotykać z La Paz – już nie przypadkiem. Gdy złamana została pierwsza niepewność coraz odważniej zaczęliśmy stąpać i łapać się za rękę. Przyjeżdżaliśmy do siebie tymi busami, co są ich tysiące w każdym kierunku, współdzielonymi taksówkami. Tylko w nocy czasem (a właściwie nad ranem) La Paz zamawiało dla mnie taksówkę. Wszystko szło gładko, bo wszyscy życzyli nam dobrze i pomagali odnaleźć siebie w tym mieście. Czasem tylko ktoś rzucił zdziwione spojrzenie – co ten białas robi z La Paz? Ale zazwyczaj nikt jakoś szczególnie się nie dziwił – wszyscy widzieli, że La Paz jest śliczne i może być z kim chce. A białas wydawał się dosyć sympatyczny.
La Paz coraz bardziej oswaja się ze mną, a ja z nim. La Paz obnaża się przede mną ze wszystkich swoich sekretów, opowiada coraz więcej swoich historii. A ja nurzam się w tym jakbym nigdy wcześniej nie był w żadnym dużym mieście. Czas z La Paz zlewa mi się w jeden wielki sen, w którym każdy dzień jest lepszy od poprzedniego.
La Paz i ja znowu mamy niewyspane oczy, jednak nie możemy zmienić tego stylu życia. W tych miejscach, gdzie czujemy się dobrze – zostajemy do końca nocy. Bez planu na jutro, cieszymy się dzisiaj.
La Paz rozkochało mnie do utraty tchu. La Paz kusi, żebym został na zawsze.
La Paz, el 8 de Augusto 2009


































posted in bullshit, in-polish, photos, songs, travel | country: bolivia | trackback | 1 comment »
Wednesday, July 29th, 2009
[Isla Incahuasi (aka Isla del Pescado, Isla de los Pescadores), Salar de Uyuni, Bolivia]
Miejsce gdzie intensywne miewa sie sny. Podobno na wyspie mieszka i pracuje tylko 12 osob. Rozmawialismy z kilkoma z nich. Do teraz nie wiemy, czy to przypadkiem nie byly duchy. Nie mozna tu zarezerwowac noclegu. Cisza, pustka, przestrzen noca. A za dnia dziesiatki jeepow i setki turystow.



























Dlaczego mam się tłumaczyć ze stwardniałych pięt, zamiłowania do zachodów słońca, kadrów, otwartych butelek, intymnych myśli, nastrojów, słów ciężkich jak ołów, zmęczonych nóg i płuc? Dlaczego mam się tłumaczyć z rozdanych uśmiechów, które cię nie dotyczą, ze stwardniałego serca, które czasem pęka, z podłych posiłków, brudnych kibli i trzeszczących łóżek?
Pozwól mi schować się za metaforą, nieśmiało namalować kawałek siebie, wychylić się za krzaka i czasem zamyśleć. Pozwól mi tańczyć, gdy gra moja muzyka, pozwól mi śpiewać, pozwól mi płakać, pozwól mi wyjść, gdy nie pasuję.
A ty chcesz mi domalować skrzydła albo rogi, podmalować rzęsy, rozgrzać ręce i duszę, nauczyć kochać, tęsknić, szanować i porzucać. A wszystko na twój sposób.
Bo nasze światy to osiedla na drugich końcach miasta, kanapy po przeciwnych stronach baru, statki ledwo widzące się na horyzoncie.
PS. Każda krytyka, to jak kontrast wstrzyknięty do organizmu, zwijam się jak kwiatek na noc, zamykam, żeby zdiagnozować, o co naprawdę mi chodzi, dlaczego i dokąd. I wiesz co? Zwykle na końcu i tak ja mam rację. W mojej głowie przynajmniej. “Can’t help thinking about me.” Bo tak jak ty, nie mogę przestać myśleć, że rozumiem lepiej, wiem więcej i że znalazłem receptę. Swoją własną.
posted in bullshit, in-polish, photos, songs, travel | country: bolivia | trackback | 4 comments »