Archive for the stories category

sam możesz wybierać los szczytów, szczytów ślad

Monday, October 7th, 2013

Illamani climb – 6438m – Sept 21-23, 2013

Nie jestem górołazem. Chociaż niemal codziennie mam pod górkę. Mimo, że mieszkam na 3625m.

Ta przygoda zaczęła się jakieś 2 miesiące temu. Tom zapytał, że nie chcę się wybrać na Illimani, a ja się zgodziłem.

Illimani, to Święta Góra, mimo że oddalona o 40 km, to jednak widoczna prawie z każdego miejsca La Paz. Więc gapiłem się na tę Górę przez ostatnie 4 lata (czy ile ja tu już jestem?).

2 tygodnie przed Tom i Christina wyprawiali swoją imprezę pożegnalną z okazji przeprowadzki do Ekwadoru. To co, robimy to? No chyba robimy.

Miałem mocne postanowienie przygotowania się kondycyjnego. Skończyło się na tym, że któregoś dnia wszedłem może ze 30 pięter po schodach, ale mi się znudziło.

Było nas trzech, Tom (Holandia), Martijn (Holandia), ja. Potem dołączyło do nas 3 przewodników i trzech tragarzy (od Campo Base).

Wspinaczka trwa 3 dni. Pierwszego dnia docierasz do Campo Base, ok 4500m. Tam jeszcze da się spać. Sprzęt wnosimy sami. W nocy nawet nie było zimno, musiałem otworzyć śpiwór (do -18C). Sprzęt oczywiście pożyczyliśmy w La Paz. Zdecydowaliśmy się na 3 przewodników, jednego na łebka. I to była dobra decyzja. Przewodnicy – najlepsi w La Paz, z papierami, 115 USD za dzień. Klienci dewizowi to my.

Drugiego dnia wchodzi się na ok 5500 do Campo Alto. Tutaj, już pomagali nam tragarze. Podejście nieszczególnie trudne, zaczynają się skały. Na luzaku bez lin, a tragarze nawet bez porządnych butów.

Czujemy wysokość we łbach. Za każdym razem jak się pochylam i prostuję, to kręci mi się we łbie. Tam już spać się nie da.

Pobudka o pierwszej w nocy. Woda w butelkach zamarzła, namiot oblodzony. Ubieramy się. Dużo warstw ciuchów, uprzęże, buty, raki. Linami spinamy się już od obozu, wychodzimy na śnieg. W świetle czołówek krok za krokiem. Tom wychodzi ze swoim przewodnikiem pierwszy, – Widzimy się na szczycie – mówi, ja drugi po 5-10 minutach. Za mną Martijn i jeszcze 3 Szwajcaro-Włochów ze swoimi przewodnikami. Ciemno, koncentruję się na podejściu. Krok za krokiem, co 30 kroków krótka przerwa. Ciemno, pod nami chmury. Are we there yet? Nie jeszcze daleko. Podpieranie się czekanem. Przewodnik czeka, gdy tylko chcę odpocząć zatrzymujemy się na kilka chwil. Nachylenie stoku 45 stopni. Szybkie oddechy. Nie jest źle.

Toma nie doganiam, widzę jego czołówkę daleko z przodu. Ludzie z tyłu mnie doganiają, jeden Szwajcar nawet na chwilę wyprzedza, ale za chwilę pada, robi dłuższe przerwy. Martijn dość szybko rezygnuje, źle znosi brak tlenu.

Dochodzimy z Ignacio (moim przewodnikiem) do ściany z zamarźniętego śniegu. Nachylenie 55 stopni. No to zaczyna się zabawa. Wciąż jest ciemno, nie widzę szczytu ściany, nie wiem co jest dalej. W ruch idzie czekan, mocniej trzeba się wbijać rakami. Po jakiś 80 metrach pytam się Ignacio – dużo jeszcze tej ściany? (Mam nadzieję, że powie, że jesteśmy w połowie). – Dużo – odpowiada Ignacio.

No kurwa, nie czuję się bezpiecznie (ostatnio lęk wysokości trochę mi się włączył na stromiznach). A on mi mówi, że jeszcze daleko, że do szczytu ze 2 godziny. A idziemy już 4.

Dużo poniżej, przy podstawie ściany widzimy czołówki 2 Szwajcarów. Czekają.

– Ignacio, ja chyba nie dam rady.
– Dasz radę. Tylko rób małe kroki i wolno.

Jak on mówi, że dam radę, to to próbujemy. Zwłaszcza, że Ignacio, to pierwsza osoba, która zapewnia mnie że dam radę (dzięki Radek i Tom za psioczenie i demotywacyjną gadkę).

No to próbujemy. Szwajcarzy zawracają do obozu. (Później okazało się, że przez oblodzenie uznali, że jest trochę niebezpiecznie. A ja się nie znam więc brnę.)

Kolejne metry. – Ignacio, jesteśmy już w połowie ściany? – Nie jeszcze nie.

Przypomina mi się The Wall z The Game of Thrones.

Robimy kilka zygzaków. Ta ściana jest dla mnie masakrycznie wysoka. Czekan pracuje. Nauka wspinania w praktyce. Czuję się niepewnie, przewodnik rakami wydeptuje miejsca, gdzie i ja wstawiam nogi. Trwa to w nieskończoność. W międzyczasie rozjaśnia się. Boję się patrzeć w dół.

Jest już pewnie z 7:20 gdy kończymy ścianę i wracamy do standardowych 45 stopni nachylenia. Wciągam tubkę Energy Gelu, którą dostałem od znajomego Francuza. To zwykłe słodzone mleko skondensowane. Zapijam wodą (woda w butelce częściowo zamarźnięta). Żel nie pomaga za bardzo. Wciąż mam siły, wciąż nie zszedł z ze mnie kopniak adrenaliny po walce o życie na The Wall. Do szczytu jest może z 40 minut po w miarę płaskim. Jest dużo miejsca, ładny stok.

Mijamy się z Tomem, on schodzi ze szczytu. Padamy w objęcia. Szczyt jest tam. Już wiem, że dam radę. Tom daje mi pół piersiówki jakiejś holenderskiej nalewki. Do zobaczenia na dole. (“Jeśli się nie spadnę ze ściany” – dodaję w myślach.)

Szczyt. Pod nami chmury. Gdzieniegdzie wystają szczyty. Jest ósma rano, za nami 6 godzin wspinaczki.

O czym myślę? O tym, że jestem daleko od Gdyni. O dziewczynie, którą kocham i która mnie spakowała na tę wycieczkę, a nawet kupiła odzież termiczną. O tych co nie wierzyli, że mi się uda. O tym czy warto wystawiać się na takie niebezpieczeństwo. I o tym, jak niewiele mogę teraz zrobić, żeby go uniknąć.

Na szczycie spędzamy może z 10 minut. Trzeba schodzić. Zbieram siły. Człap, człap, człap, aż do ściany.

Dochodzimy. Nie czuję się już pewnie. Schodzimy. Stromo. Słońce wschodzi coraz bardziej, ściana jeszcze tylko przez chwilę będzie w cieniu. A jak wyjdzie z cienia to będzie lód. Chociaż ja się nie znam, ale wydaje mi się, że jak słońce dotknie ściany, to stanie się coś bardzo złego. Lawina? Przylecą smoki? Nie wiem, nie znam się.

Zatrzymuję się raz, drugi. Kroki nie są już tak pewne. Cholernie stroma ta ściana. Daleko w dole widzę Toma, jest już poniżej ściany, zaczynają schodzić do obozu.

Po kilkudziesięciu metrach mówię:
– Ignacio, nie czuję się zbyt pewnie. Ta ściana jest dla mnie strasznie stroma, będziesz mi musiał dużo pomóc.
– OK, spoko, idź powoli. Staraj się wbijać mocno rakami.

Nie jest wesoło. Mam cichy panic attack w głowie, ten moment, że chcę tylko usiąść i zadzwonić po helikoptery. Ale w Boliwii nie ma helikopterów ratunkowych, więc nie przylecą. Muszę iść. Przystanki co parę kroków. Jesteśmy zdani tylko na siebie.

– Ignacio, nie czuję się zbyt dobrze. (w myślach chciałbym powiedzieć – poniesiesz mnie?). Nie wiem jak zejdę z tej ściany. Co robimy?
– Spoko – powiedział Indianin, choć jego twarz wcale nie wyglądała na spoko.

Wbija czekan głęboko, przygotowuje stanowisko, wyjmuje więcej liny. z plecaka.
– Spuszczaj się tyłem, jak Ci powiem, to wbij czeka głęboko i czekaj na mnie.

Spuszczam się na linie, jest nawet fajnie. Długa ta lina, Ignacio zostaje wysoko w górze, wbijam się, schodzi szybko, znowu zakłada stanowisko.
Powtarzamy operację ze 3 czy 4 razy. Czuję się nawet dobrze i pewnie, tylko potwornie zmęczony. No i boję się, że wraz ze słońcem przylecą smoki (seriously? stop watching this shit on TV!)

Jesteśmy na dole ściany. Przeżyję! Choć jestem koszmarnie zmęczony. Jemy jakieś słodycze.

Schodzimy powoli do obozu. Bardzo powoli. Jestem wykończony, mój przewodnik rześki. Z liną czuję się jak zdychający pies na smyczy. Ignacio tylko czeka aż się zatoczę, żeby mnie złapać. Żenada.

Docieram do obozu. Ledwo mogę chodzić. Czuję się jak gówno, a tu ludzie się na mnie gapią. – Gratulacje – przybija piątkę inny przewodnik. – Zrobiłeś to.
A ja czuję się tak bardzo wykończony. Zdjemują ze mnie raki i uprząż, walę się na 15 minut do parnego namiotu.

Tego dnia zeszliśmy do Campo Base, a potem do pueblo, a potem jeszcze kierowałem 3 godzinki do La Paz. Uda bolały mnie przy wstawaniu/siadaniu przez następne 4 dni.

Spotkałem na ulicy znajomego Francuza, który zrobił większość okolicznych szczytów.
– I jak się czujesz?
– Nigdy więcej!
– Zobaczysz, odpocznij jeszcze, za 2 tygodnie znowu będziesz chciał wejść na jakiś szczyt.

“Bo w życiu nie jest ważna ilość oddechów, lecz te chwile, które zostawiają cię bez tchu.”

Illimani climb - 6438m - Szymon Kochański [www.mywayaround.com]

Illimani climb - 6438m - Szymon Kochański [www.mywayaround.com]

Illimani climb - 6438m - Szymon Kochański [www.mywayaround.com]

Illimani climb - 6438m - Szymon Kochański [www.mywayaround.com]

Illimani climb - 6438m - Szymon Kochański [www.mywayaround.com]

Illimani climb - 6438m - Szymon Kochański [www.mywayaround.com]

Illimani climb - 6438m - Szymon Kochański [www.mywayaround.com]

Illimani climb - 6438m - Szymon Kochański [www.mywayaround.com]

Illimani climb - 6438m - Szymon Kochański [www.mywayaround.com]

Illimani climb - 6438m - Szymon Kochański [www.mywayaround.com]

Illimani climb - 6438m - Szymon Kochański [www.mywayaround.com]

Illimani climb - 6438m - Szymon Kochański [www.mywayaround.com]

Illimani climb - 6438m - Szymon Kochański [www.mywayaround.com]

Illimani climb - 6438m - Szymon Kochański [www.mywayaround.com]

Illimani climb - 6438m - Szymon Kochański [www.mywayaround.com]

Illimani climb - 6438m - Szymon Kochański [www.mywayaround.com]

Illimani climb - 6438m - Szymon Kochański [www.mywayaround.com]

Illimani climb - 6438m - Szymon Kochański [www.mywayaround.com]

Illimani climb - 6438m - Szymon Kochański [www.mywayaround.com]

Illimani climb - 6438m - Szymon Kochański [www.mywayaround.com]

Illimani climb - 6438m - Szymon Kochański [www.mywayaround.com]

Illimani climb - 6438m - Szymon Kochański [www.mywayaround.com]

Illimani climb - 6438m - Szymon Kochański [www.mywayaround.com]

Illimani climb - 6438m - Szymon Kochański [www.mywayaround.com]

Illimani climb - 6438m - Szymon Kochański [www.mywayaround.com]

Illimani climb - 6438m - Szymon Kochański [www.mywayaround.com]

Illimani climb - 6438m - Szymon Kochański [www.mywayaround.com]

Illimani climb - 6438m - Szymon Kochański [www.mywayaround.com]

Illimani climb - 6438m - Szymon Kochański [www.mywayaround.com]

Illimani climb - 6438m - Szymon Kochański [www.mywayaround.com]

Illimani climb - 6438m - Szymon Kochański [www.mywayaround.com]

Illimani climb - 6438m - Szymon Kochański [www.mywayaround.com]

Illimani climb - 6438m - Szymon Kochański [www.mywayaround.com]

Illimani climb - 6438m - Szymon Kochański [www.mywayaround.com]

Illimani climb - 6438m - Szymon Kochański [www.mywayaround.com]

Illimani climb - 6438m - Szymon Kochański [www.mywayaround.com]

Illimani climb - 6438m - Szymon Kochański [www.mywayaround.com]

Illimani climb - 6438m - Szymon Kochański [www.mywayaround.com]

Illimani climb - 6438m - Szymon Kochański [www.mywayaround.com]

sometimes I lie, cheat and steal

Monday, July 1st, 2013

There is a story behind every story. How it really happens. Everything that you see, you have no idea how it happened to me.

Radzenie sobie ze stresem, to sprawa bardzo indywidualna. Każdy z nas wyrabia własne nawyki. Niektórzy dostają wrzodów na żołądku od samego myślenia o tym, co mają zrobić jutro, pojutrze, za miesiąc. Inni dostają wrzodów na żołądku od alkoholu. Nie potrafimy tego wyłączyć. Główka pracuje 24h na dobę. Wciąż jakieś zmartwienia. Samochód trzeci raz w miesiącu do mechanika, skąd ja wezmę na nowe opony, dziecko znowu przeziębione, a w pracy nieskończony projekt. Nawet jak jedziemy na wakacje, to nie potrafimy się wyłączyć. Sprawdzane na telefonie maile z pracy. Nie uciekłem od tego. Żyję w dokładnie takim samym stresie. Dolicz do tego ciągłe zderzenia z kulturą, trudności językowe, ciężki zegarek na ręce i 15 dni wakacji w roku (plus dni wolne od pracy). To uzależnia i daje kopa. Nigdy nie masz dosyć. Wciąż chciałbyś więcej. I brniesz, i chcesz więcej, mocniej, aż w końcu wysiada Ci pukawa.

I tu powraca problem marzeń. Za czym tak gonisz? Co nakręca Ciebie by tak się tym wszystkim przejmować i spinać? Czy Twoje Życie to wciąż część jakiegoś większego projektu, czy tylko pracujesz, by móc uregulować rachunek za swoją egzystencję?

Za każdą pokazaną historią jest 20 historii nie pokazanych. Jak znalazłem się tu gdzie jestem i dlaczego robię to co robię.

projectBly

Więcej na stronie projektu Bly.

A tutaj więcej fotek z tego zlecenia.

bo do tanga trzeba gwoździa

Tuesday, January 31st, 2012

the mala2

W Boliwii, kraju gdzie choduję się kokę i znajduje się 70% globalnych złóż litu, znajdują się również małe muszki. Małe muszki, który są strasznie dokuczliwe. Bo gryzą. I odlatują pijane ze szczęścia z brzuszkami pełnymi naszej krwi. A nas swędzi, może w drogę? Jeszcze Cię dorwę, Mucha!

dzień trzeci, czyli ostatnia placówka Sheratonu na świecie

Thursday, January 5th, 2012

Trzeciego dnia dojechaliśmy do ostatniej na świecie placówki Sheratonu. Zapewne niektórzy z Was nie wiedzą, ale Sheraton prowadzi w krajach trzeciego świata sieć hoteli Sheraton Express, które w najodległejszych rejonach świata zazwyczaj położone są w miejscach trudnych i niedostępnych ale uczęszczanych. Tak było i w tym przypadku. Nasz Sheraton położony był odkładnie o 1 dzień drogi od najbliżyszch sklecionych z patyków drewnianych chat przykrytych liśćmi bananowca. Jaka to była dla nas ulga. Dla nas, prowadzących tę ekspedycję Szymka i Radka. No i nasego psa Rockiego.

Dzień już od dobrych kilku godzin skończył się pięknym zachodem słońca. Jechaliśmy więc ciemną stepową nocą. Drogi nie widzieliśmy już od 3 dni. Ale coś nas niosło, jakaś chęć walki, zdobycia czegoś, poznania. Poznania czego? Świata? Kobiet? Wszystkiego po trochu? Ale my o tym nie myśleliśmy, bo gnaliśmy na ostatnich kroplach wody, benzyny i whiskey. A ju tam, tam miał być nasz dom, Hotel Sheraton Express. Nasze schronienie przed nocą, nasz dom daleko od domu.

Najpierw w ciemności wyłoniły się na tle gwiazd ogromne anteny do odbioru telewizji satelitarnej. Prąd włączany jest tylko nocą z rozklekotanego, smrodzącego generatora wokół którego pasą się kukurydzą kury i psy. Tak proszę państwa, anteny są potrzebne, żeby mieszkańcy tego oderwanego od cywilizacji szałasu i goście mogli dowiedzieć się o wydarzeniach jak Tsunami w Haponji. Ale jest, jest, dojeżdżamy. Niemal nieprzytomni wywalamy się z samochodu. Za nami słychać dzwięk wypadających puszek ze smarem.

Udało się!
Dotrwaliśmy.
Już wiemy, że mają tu dla nas i wode, i mleko, i pięcioletnie snickersy, i papierosy. ŻYJEMY!

Atmosfera w barze była taka jak nasze samopoczucie. Zmęczeni ale na luzie. Z otaczających stolików patrzyli na nas brudni od pigmentu i błota kierowcy ciężarówek. “Ależ żar…” wyjęczyliśmy najgorszym hiszpańskojęzycznym slangiem. “Skwar, skwarrrrrrr” wyjęczeli zatrudzeni kierowcy ciężarówek z kokainą. Wiedzieliśmy, że musimy najbardziej jak to możliwe wtopić się w tłum. Wszyscy tu za paskami mieli ukryte długie maczety, a przy niektórych hamakach stały oparte karabiny. “Cicho tam!”, “Zaczyna się!”, krzyknął z meksykańsko-kolumbijskim akcentem kierowca cysterny. I już nie śmialiśmy się odezwać.

Rozpoczęły się pierwsze obrazy filmu. Przerażeni staraliśmy się wpasować w tłum, ale na nas już nikt nie patrzył, nie, oni już patrzyli w telewizor. Myśleliśmy, że mecz jakiś albo pogrzeb Diany, ale nie, pomimo wielkich anten satelitarnych sygnał z satelity jest tu wygłuszany, żeby utrudnić komunikację. Bo jest się kogo obawiać. Piraci drogowi ograbiający przejeżdżające pojazdy. Wygłodniali mieszkańcy wiosek którzy nasłuchując z własnoręcznie skonstruowanych przy pomocy z USAid radiostacji satelitarnych knuli zamachy terrorystyczne. Oni wszyscy chcieliby grabić przejeżdżających. Więc dlatego sygnał z satelity wyciszyli. Bo jasne, że lepiej wyłączyć zamiast wsłuchiwać się w ten obrzydliwy bełkot skorumpowanego kawałka tej ziemi.

Zaczęło się. Z przyjemnością obejrzeliśmy najpierw przygody Chackie Chana w Hong Kongu, a potem Steve Segal w Warszawie (specjalnie dla nas). A potem, potem to już nie pamiętamy, bo wciągnęliśmy się w rozmowę ze wszystkimi 60 kierowcami ciężarówek. Przemytnikami.

“Jak tam ścieżka na wschód? Stoją?” – spytał fachowo Radek. “Keinen Anung!… Dojechały!…”. Wszyscy odetchnęli z ulgą. To była również i dla nas super wiadomość. Bo to znaczyło, że bęzyna na wschodzie jest. Być może już za 150-300 kilometrów gdzieś znowu zalejemy baki i wszystkie dostępne naczynia benzyną. Uda się! Jeszcze przed granicą z Brazylią, gdzię benzyna jest co 50 kilometrów, ale jest droga i żółta, a nie tak jak u nas, przeźroczysta. I już wszyscy byliśmy braćmi, poleciały w powietrze pierwsze bąki. Łzy w Oczach, Bracia w Ramionach, a Podemną Stołek. “ŻYJEMY!!!” – wykrzyczeliśmy z Radkiem na głos! “ŻYJEMY” – odkrzyknęli z akcentem z Pruszcza Gdańskiego i Kościeżyny zgromadzeni przestępcy.

Obudziłem się dopiero następnego dnia rano. Otworzyłem oczy, a przede mną wisi góła baba. Dobrze, że plakat tylko. Patrzę w prawo na Radka, a tam… o kurwa. Radek leżał w objęciach krowy! “O kurwa!” wyszeptał by nie obudzić zwierzaka. A ja wytoczyłem się ze stodoły, bo zrozumiałem, że obudziliśmy się w mleczarni. Ale nie. Zza pozostałych krów wystawiły się inne głowy. To gospodarze i pojedynczy kierowcy, którzy zaspali, a z którymi wczoraj urządzaliśmy libację. “O kurwa!” wyszeptałem. Bo zrozumiałem, że to właśnie tak wygląda mekka podróżników, legendarny umiejscowiony na końcu świata Ostatni Hotel Sheratonu.

[Tekst sponsoruje Sheraton i USAid]

Więcej historii takich i podobnych na razie tylko po niemiecku na blogu Radka! :P Radek przetłumacz kurka, nie karz nas tak i nie każ czekać na polskie tłumaczenia.

wybory, których nie było

Sunday, October 16th, 2011

Sklepy przestały sprzedawać alkohol już w piątek. W niedzielę od północy zabroniono ruchu pojazdów na ulicach. Miasto było ciche. Na naszym boliwijskim Manhattanie słychać było śpiew ptaków. Ulicami zaczeli rządzić przechodnie i rowerzyści.

Wybory w Boliwii, to poważna sprawa. W daną niedzielę masz tylko zagłosować i siedzieć w domu, ewentualnie pójść na spacer. Wcześniej musisz się zarejestrować w punkcie rejestracji ludności, gdzie uaktualniane są twoje dane osobowe, w tym odciski palców. Dostajesz też karnecik ze zdjęciem na potrzeby głosowania. Ten karnecik jest bardzo ważny, bo potem przez kilka miesięcy będą cię o niego prosić jak będziesz chciał wykonać jakąś operację w banku albo polecieć samolotem.

Nasz prezydent sobie nagrabił ostatnio. Do najważnejszych fuck-upów rządu z ostatnich tygodni należy użycie siły przez policję przeciw maszerującej na La Paz rdzennej ludności, która stanęła w obronie Parku Narodowego. Dlatego te średnio istotne wybory (do sądu najwyższego) przerodziły się w sposób na pokazanie rządzącym środkowego palca. Namawiano do oddawania głosów nieważnych. Pierwsze sondaże mówią o ponad 50% takich głosów.

My też oddaliśmy głos nieważny.

Bo w życiu trzeba wiedzieć kiedy powiedzieć BASTA!

jak każdy człowiek mam w życiu swój cel – tak bardzo chciałbym pojechać na hell

Thursday, March 31st, 2011

coroico

Blog ostatnio zaniedbany, a ja szukam balansu. Dosyć mam pracy po 5h dziennie, w biurze, w firmie, która jest totalnie zdezorganizowana – tak po boliwijsku, za pieniądze, które ledwo starczają na opłacenie naszych rachunków. Więc wystarczył impuls (skończył mi się kontrakt, powiedzieli, że nie zapłacą mi za przedłużenie wizy) i odszedłem. Toksyczne to było miejsce, dosyć miałem ścierania się z boliwijską mentalnością w miejscu pracy. Powiem tylko tyle, jeżeli chcesz pracować zupełnie bez odpowiedzialności za fuck upy, bez ciśnienia na deadline’y to Boliwia, to dobre miejsce. Ja nie potrafię pracować w miejscu, gdzie nie można polegać na nikim.

I co dalej? Mam nadzieję, że na razie uda mi przeżyć z jobów, które dostałem z Polski i że uda się przedłużyć wizę na kolejne 2 lata. Mam opcję pracy w innej firmie, ale na razie daję na wstrzymanie i szukam i myślę co dalej. Jakieś kontakty nawiązałem. Czasem wątpię w słuszność sprawy, ale przecież życie mam wciąż wygodne i NIE PRZYJECHAŁEM TUTAJ ROBIĆ PIENIĘDZY ANI KARIERY.

No to wrzucam to co mi się przez miesiąc zebrało w aparacie.

Przed karnawałowym długim weekendem w biurach świętuje się ch´alla, czyli składa się ofiarę dla pachamamy (płatki kwiatów, kolorowe wstążki, trochę browara na podłogę) i prosi o pomyślność w nadchodzącym roku.

Odwiedziłem znajomego USAmerykanina w jego biurze-fundacji promującej wolny software. Amos jest aktywistą przeciw globalizacji software’u. Grupa podejmuje się szalonych akcji w stylu tłumaczenia programów pod linuksa na języki indiańskie Quechua i Aymara.

biuro

biuro

 

W biurze Gabichy też świętowali. Miało być mięsko i piwko, a skończyło się na polewaniu wodą i pryskaniu pianą w sprayu, nie podobało mi się.

biuro

biuro

 

W jeden z weekendów z grupą znajomych pojechaliśmy po raz kolejny do Coroico. Tym razem pojechaliśmy Rocky’m samochodem Radka, o którym jescze usłyszycie. By się dostać z La Paz do Coroico trzeba wjechać na przełęcz 4500 m n.p.m., następnie zjechać przez chmury by znaleźć się wśród tropikalnej roślinności. Jak zwykle zatrzymaliśmy się w naszym ulubionym hotelu, gdzie wynajęliśmy domek na zboczu góry.

coroico

coroico

coroico

coroico

coroico

coroico

coroico

coroico(śniadanko dnia następnego)

coroico

coroico(Radek i jego działko)

coroico

coroico

coroico

coroico(bez rączek)

coroico

coroico

coroico

coroico

coroico

coroico

coroico

coroico

coroico

coroico

coroico

coroico

coroico

coroico

coroico(była z nami Żubróweczka)

coroico(i wołowinka – nie to nie jest nietoperz)

coroico

coroico

coroico

 

Widok konia na ulicach La Paz do codziennych nie należy.

kon

 

Poza tym asystowałem przy zdjęciu grupowym pracowników średniej wielkości wytwórni kokainy (podobno nawet a zwłaszcza w Boliwii nie można tak żartować z firm powyżej 3 pracowników).

irupana

irupana

irupana

irupana

 

Miałem też okazję spojrzeć na swoje miasto z góry.

vista

 

a także zrobić kilka fotek na lekko snobistycznych eko-targach organizowanych przy jednej z rezydencji Amasady UK (jak w końcu mnie na Ambasadora wybiorą, to też będę miał taką rezydencję i też będę imprezki organizował)

ecoferia

ecoferia

ecoferia

ecoferia

ecoferia

ecoferia

ecoferia

ecoferia(pan w kapeluszu w kolejce do prosiaka)

 

Poza tym w niedzielę zjedliśmy śniadanie.

sniadanie

 

A także uczciliśmy godzinę Ziemi ciemnością.

godzina ziemi

Budzę się.

Thursday, February 10th, 2011

Na kolanach przewieszona szmaciana torba z laptopem. Po lewej drzemie indianka w spódnicy, po prawej typ niczym najgorsza postać jaką widziałeś w meksykańskim filmie o mordercach. W busie może z 15 osób oświetlonych światłem fioletowej diody. Prawie jak ultrafiolet. Jedziemy główną aretrią miasta, długa trasa przez te miejsca, które za dnia nie wyglądają tak źle, o tej porze jednak nie wszędzie chciałbyś wysiąść. Wracam zmęczony z pracy jednej i drugiej. Minibus zaczyna się piąć pod tymi mostami nowymi nad doliną wypełnioną nieotynkowanymi domami. Jadę do domu. Nie słucham muzyki bo mi mp3 playera, a potem telefon ukradli, a moja 10-letnia Nokia nie ma takiej opcji. Przemierzam tę arterię po raz dwusetny chyba. Taksówkami, trufi (boliwijskie colectivo), minibusami, micro (amerykańskie autobusy, które 40 lat temu woziły grube dzieci w USA, a teraz wożą wszystkich). Wspinamy się do dzielnicy wieżowców, gdzie supermarkety i zachodnie restauracje, gdzie parę drzew, latarnie, czasem nawet śmietniki. Gdzie żebrająca indianka z dzieckiem nie może wpasować się w równy chodnik przed nowym dwudziestopiętrowcem. “En la escuina voy a bajar!”. Płacę 2,30. Dwie przecznice i zamykam się w czterech ścianach.

na imię mam Szymon. pochodzę z Gdyni.

Thursday, December 9th, 2010

foto by: Kuba Fedorowicz [mygrandtour.pl]

jestem indianinem, który zszedł z indiańskich ścieżek
który mimo, że szło mu przecież tak dobrze
stwierdził, że wysiada
i że on nie chce tak dalej

i ku wielkiemu zdziwieniu ludu wioski
odwrócił się na pięcie
i podreptał w kierunku autostrady
złapał stopa na lotnisko
i wsiadł w pierwszy lepszy samolot do ameryki południowej
bo tam mają prawdziwych indian podobno

no i szymon, indianin z wioski Gdynia
poleciał do Miasta Prawdziwych Indian – La Paz
i tam zaczął wchodzić w interakcje z tamtejszymi indianami
którzy bliżsi byli temu, co szymon uważał za prawdziwie indiańskie

m.in. tamtejsi indianie
jedli dużo kurczaków… ale szaleńczo dużo… po prostu nie ma restauracji, która nie ma kurczaka…
poza tym na żadnym ze znanych z kurortów Polandii obnośnych straganów z jedzeniem nie można spotkać było przysmaków w postaci serc krowy świeżo z ogniem piekielnym przysmażonych… a w La Paz można było… czarownice nocy od 23 do 5 rano serwują te istnie szatańskie dania…

a danie takie to taniec z duchem drzemiącym w tych krwistych sercach… zwykle jak krowa była spokojna, to danie kopa nie dawało…
ale jak się czasem trawiło serce takiego byczka bardziej butnego, to huuuu huuuuu wtedy danie kopie.
mnie jak raz taki byczek wziął na rogi, to miotał mnie przez trzy dni

indianin z Gdyni posunął się jednak dalej
wziął i sobie przygarnął dziewczynę od nich z plemienia
i normalnie z nią zamieszkał
w swoim tipisie

i chodzili nad rzekę prać przepaski na biodra
i razem łapali kaczki do pióropuszów

co więcej
indianin szymon z Gdyni
zaczął piąć się w strukturach wioski
zaczął robić coraz więcej w strukturach plemienia
nakręcił kilka plantacy
i uprawia te listki

tak o nim myśleli sąsiedzi z Gdyni

współwioskowi ziomale twierdzili, że się stoczył
że tam w ameryce w stolicy indian buty im zamiata
ale podobno jak na zamiatacza, to fajnie mieszka
więc może coś kręci na boku

ale znalazło się kilku śmiałków, którzy przylecieli go wybadać

najpierw kolega jacek
jacek już na niejednym dzikim zaczodzie był, to nie zrobiło to na nim wrażenia
co za to na nim zrobiło wrażenie, to singani, tamtejsza woda ognista
jak mu wykręciło usta…
jak mu się rzuciły szakale na żołądek
no bo przecież trzeba to było z niego wyjąć
nie przyjęło się na trzech tysiącach metrów
i tak się indianin szymon wybronił

kolega michał przyleciał na cwaniaka
że to on już chyba wszystko kuma
to indianin szymon wziął go na pustynie z jackiem
i go przećwiczyli
zakpili totalnie
ugotowali czokobombę…
i po trzech godzinach przywiązali go do konia pedała
który przez trzy następne dni chodził po łące i wąchał kwiatki
na 4200*
ale to nie zraziło indianina michała z Gdyni
do wyruszenia na południe, przez góry nad ocean
gdzie podobno na falach ludzie jeżdżą

i tak błąka się teraz indianin michał
nie ma od niego kontaktu
podobno szuka jakiejś swojej indianki
albo nawet dziewuchy z miasta
bo przecież kolega michał taki cywilizowany

***

Wciąż jednak towarzyszyło mu poczucie niespełnienia i wciąż chciał odkrywać kolejnych indian. Mimo, że miał już sędziwe 29 lat. I za pół roku trzydziestkę na karku.

***

ale przyszła starość na indianina szymona
wspiął się więc na najwyższą ośnieżoną górę w zasięgu wzroku
a przypominam, że mówimy w tej chwili o 6000+ tysiącach*
i indianin szymon otworzył wódeczkę i spojrzał sobie na zajebisty zachód słońca
myśląc sobie, kurde, jest zajebisty ten zachód
ale ile razy jeszcze muszę się wspiąć na tę górę
zwaną także górą zachodów słońca.


* (m n.p.m.)

[——————————————————————————-]

Zasada pisania indiańskich tekstów mówi: nazwę swojej wioski pisz zawsze z dużej litery. Tylko swojej.

To powiedziawszy przyjrzyjmy się stylowi autora. Autor nazwał co dokładnie dwie wioski swoimi (używając Wielkiej Litery). La Paz i Gdynia. Autor w ten sposób musi być bardzo mocno związany z obydwoma z tych miejsc, do tego stopnia, że obydwa być-może uważał za swoje.

ona

jeżeli choć raz przekroczysz ocean, to już zawsze będziesz po jego złej stronie

Saturday, September 18th, 2010

Wywiad w drodze – Tomek Zakrzewski

Thursday, August 19th, 2010

Tym razem wywiad z Tomkiem Zakrzewskim. Ponieważ nasze drogi się jeszcze nie skrzyżowały, więc tym razem bez złośliwości, paskudnych żarcików itp.

1. Trzy kraje bez ktorych nie wyobrazasz sobie podrozowania.

Chyba nie ma takich krajow. Podrozuje glownie dlatego, zeby poznawac swiat i przezywac przygody. Poszczegolne kraje tylko utrudniaja podrozowanie. Mam oczywiscie na mysli procedury wizowe, zapelnianie paszportu pieczatkami i tego typu utrudnienia. Choc z drugiej strony podzial na kraje zwykle jest zwiazany z odrebnoscia kulturowa, ktora jest bardzo fascynujaca. Interesuja mnie glownie miejsca, w ktorych nie bylem. Te w ktorych bylem interesuja mnie znacznie mniej. Bez wzgledu na to, gdzie dany kraj lezy, czy jak sie nazwywa, jezeli w nim jeszcze nie bylem, na pewno zawsze bede chcial do niego pojechac.

2. Co jest dla Ciebie najwazniejsze w podrozowaniu.

Najwazniejsza w podrozowaniu jest sama przygoda. Nudzi mnie zycie, w ktorym siedze na tylku. Nudzi mnie monotonía dnia codziennego, codzienne lazenie do pracy, spotykanie tych samych ludzi i rozwiazywanie tych samych problemow. Przeraza mnie przeciekajacy czas przez palce.

W podrozy nigdy nie wiem co sie wydarzy jutro, czesto nie wiem nawet gdzie bede spal, gdzie sie zatrzymam, kogo spotkam. Ta wielka niewiadoma rodzi wlasnie ta przygode, ktora od dziecka mnie pociagala. Wczesniej pochlanialem ksiazki przygodowe i uruchamialem swoja wyobraznie. A odkad stalem sie na tyle dorosly, zeby wyjezdzac samemu, postanowilem wziac sprawy w swoje rece. Odstawilem ksiazki na polke i zaczalem sam ksztaltowac swoje zycie. Zapragnolem byc sam dla siebie bohaterem, byc samemu w centrum przygody i miec wplyw na kreowanie wlasnego losu.

3. Jak dlugo sie przygotowywales przed wyprawa.

Nie poswiecam na to zbyt wiele czasu, bo z reguly mam go bardzo malo. Zwykle czytam relacje z danego regionu innych ludzi. Obecnie internet jest nieocenionym zrodlem informacji, wiec z niego korzytam w dosc szerokim zakresie. Poza tym, czasem siegam po ksiazke, ktora ktos mi poleci i tak czesto nabieram inspiracji do kolejnej podrozy. Jezeli chodzi o gory, to czytam troche prasy fachowej i stamtad czerpie informacje. Uwielbiam rozmowy z ludzmi, ktorzy wybrali sie w ciekawe rejony. Jezeli dane miejsce mnie interesuje to wypytuje o wszelkie szczegoly – ten rodzaj informacji jest dla mnie osobiscie najcenniejszy. Poza tym, robie to, co wszyscy. Kupuje co mi trzeba, szczepie sie na to, co trzeba i cwicze kondycje, zeby w trakcie eskapady jej nie zabraklo.

4. Co Cie wkurwia.

Tutaj chcialbym napisac, ze nic, bo caly czas staram sie pracowac nad soba i starac sie niczym nie denerwowac. Tego nauczyl mnie w zeszlym roku pewien Peruwianczyk, ktory przezyl bardzo duzo w swoim zyciu, jest teraz przewodnikiem po dzungli i wszelkie przeciwnosci losu przyjmuje na kompletnym chilloucie. Szkoda energii na denerwowanie sie, bo to i tak, nic nigdy nie zmieni. Taka filozofia, bardzo do mnie przemawia.

Jednak jest to duzo latwiej powiedziec niz zrealizowac. Mnie najbardziej wkurwiaja, hamstwo i glupota. Te dwie rzeczy przejawiaja sie w podrozy bardzo roznie. Czasem denerwuje sie, jak przez godzine musze czekac w knajpie na zrealizowanie zamowienia. Czasem, jak place za cos, a dostaje w zamian zupelnie co innego, niz wczesniej mi oferowano. Nienawidze zlodziei i wszelkiej masci naciagaczy. Spotykam ich czesto na swej drodze i potrafie byc dla nich bardzo niemily. Poza tym, im jestem starszy, tym gorzej znosze przejazdy. Denerwuje mnie czekanie przez kilka godzin w autobusie na blokadzie, albo jak jakis miejscowy glab nie przewidzial, ze w trakcie podrozy zabraknie mu paliwa. Oczywiscie nie dostaje wtedy spazmow i nie piszcze ze zdenerowania ale potrafia mi takie sytuacje chwilowo zepsuc nastroj.

5. Za czym tesknisz najbardziej.

Tych rzeczy jest bardzo duzo. Tesknie za domem, dziewczyna, rodzina, czy przyjaciolmi. Jednak brakuje mi tez takich zwyklych rzeczy, jak chociazby wlasnego lozka, maminego obiadku, czy wyjscia na basen. Bardzo brakuje mi sportu w podrozy, szczegolnie biegania. Troche brakuje mi tez sauny, bo jestem juz od niej prawie uzalezniony. Poza tym brakuje mi polskiego klimatu, czasem polsiego lata, z zapachem skoszonego siana, a czasem polskiej zimy z chrupiacym sniegiem pod stopami. Za to, w ogole nie brakuje mi polskich newsow, polskiej prasy, radia, czy telewizji. Raczej nie tesknie za polskim jedzeniem, nie brakuje mi imprez, czy wyjsc z kolegami na piwo.

Dalszy ciąg wywiadu na blogu Tomka:
http://tomek-southamerica.blogspot.com/2010/08/wywiad-w-drodze-tym-razem-bedzie-ze-mna.html

Wywiad w drodze – Kuba “Ale Ze Mnie Kozak” Fedorowicz

Saturday, August 14th, 2010

Wujek Filip z Kolumbii wymyślił projekt, trochę pomęczył kilku znajomych i oto macie owce pracy. Rozpoczynamy projekt “wywiad w drodze”. Zadaliśmy sobie pytania z listy i teraz będziemy się tu ububliczniać i linkować.

Na początek wywiad z Kubą, 23-letnikiem kozakiem, który przemierza Amerykę Południową z plecakiem i głównie autostopem. Kuba w La Paz spędził miesiąc, w trakcie którego mieliśmy okazję ugotować pierogi, wypilić kilka piwek, poprowadzić dwie czy trzy audycje na paltalku, pożeglowalić po jeziorze Titikaka, a nawet po nieprzespanej nocy razem obejrzeć wschód słońca. I dużo więcej.

Żeby nie przedłużać, to zdradzę tylko, że wkrótce pojawią się kolejne wywiady. Życzę miłej lektury i już zostawiam was sam na sam z Kubą.

kuba na spowiedzi

1. Trzy kraje bez których nie wyobrażasz sobie podróżowania?

To trochę dziwne pytanie.. Prawdę mówiąc nie byłem jeszcze ‘wszędzie’ (‘…ale jest to na mojej liście’ :]’) jednak wydaje mi się, że w całym tym ‘podróżowaniu’ chodzi o to, żeby odwiedzać miejsca, w których się właśnie jeszcze nie było. Oczywiście każdy z nas ma jakieś swoje ulubione miasta, pasma górskie, plaże, wioski – miejsca, które dobrze mu się kojarzą, do których chciałby wrócić, ale przynajmniej w moim przypadku, nie ma takiego kraju, bez którego nie wyobrażam sobie podróżowania… Że ‘gdzieś’ mogłoby nie istnieć. Pytanie zostało jednak postawione, więc odpowiem na nie w ten oto sposób – pierwszym krajem byłaby chyba Rumunia. Tam, kilka lat temu, pojechałem na jeden z takich pierwszych, dłuższych wypadów, który można by było określić mianem ‘backpackerskiego’. Z przyjacielem, we dwójkę jeździliśmy autostopem praktycznie po całym państwie, chodziliśmy po górach i spaliśmy na plażach. Plany modyfikowaliśmy w zależności od sytuacji, czasem kogoś spotykaliśmy kto do czegoś nas przekonywał, a czasem po prostu rzucaliśmy monetą by podjąć jakąś decyzję. Niby z określoną datą powrotu ale szukając przysłowiowego diabła tam, gdzie istniała szansa, że mógłby powiedzieć nam ‘dobranoc’.. Drugim krajem, byłoby Peru. Żałowałbym chyba, gdybym nigdy nie odwiedził tego miejsca. To było spełnienie moich wyobrażeń o podróżowaniu w Ameryce Południowej – trudno dostępne górskie wioski, jazda na pakach pickupów po zakurzonych, górskich drogach, długa Panamericana w pustynnych klimatach, którą ‘przesiedziałem’ w szoferkach ciężarówek, a do tego niesamowity folklor i kolory, których się nie zapomina. Było wszystko, o czym marzyłem, czego pragnąłem doświadczyć na tym kontynencie. I mimo, że jest to teoretycznie bardzo turystyczny kraj, to ja odnalazłem tam naprawdę dużo autentyczności. Ostatni, trzeci kraj to Polska. Gdyby nie to, że mam silne cechy ‘polskiego’ charakteru, że umiem ‘kombinować’ jak Polak, że się tam wychowałem, że miałem okazję nauczyć się tego, co umiem, spróbować się w różnych warunkach, jeździć od morza, przez jeziora, puszcze, bagna aż po góry.. Gdyby nie to, to prawdopodobnie moja podróż nie wyglądałaby tak, jak wygląda.

2. Co jest dla Ciebie najważniejsze w podróżowaniu?

Najważniejszy, oprócz własnej przyjemności, dla mnie jest kontakt z ‘lokalsami’ i choć śladowa wiedza o historii i tradycji miejsca, po którym podróżuje. Bez tego kontekstu, uważam, że doznania nie są pełne. Wiele rzeczy można przeoczyć, nie zrozumieć pewnych zachowań, popełnić jakiś błąd, który może wiele kosztować. Zauważyłem, że wielu podróżników nie przywiązuje do tego uwagi. Obchodzą ich tylko atrakcje turystyczne – zobaczyć coś, zrobić zdjęcie, móc powiedzieć, że „się było”. Dla mnie najciekawszymi atrakcjami są miejsca z dala od innych turystów, gdzie ludzie są nieprzyzwyczajeni jeszcze do ich częstego widoku. Najczęściej wtedy można doświadczyć ich gościnności, porozmawiać z nimi szczerze, zaprzyjaźnić się i dowiedzieć się o rzeczach, których nie wyczyta się w żadnym przewodniku. W obecnej podróży zacząłem sobie też cenić to, że mam czas. Że nie pędzę gdzieś na złamanie karku tylko po to, bo za dwa dni mam zorganizowaną wycieczkę w innym miejscu, a za 5 dni muszę wsiąść w samolot. Mogę zostać gdzieś dłużej, nawiązać bliższe znajomości z innymi podróżnikami czy miejscowymi i nie mam uczucia, że marnuje czas stojąc czwartą godzinę przy drodze z wyciągniętym kciukiem. Jestem wolny, może nie od wszystkiego i w zupełności, ale mając czas, rzeczywiście wiele rzeczy schodzi na drugi plan. Podoba mi się ta „wolność”.

3. Jak długo się przygotowywałeś przed wyprawą?

Nie lubię słowa „wyprawa” w odniesieniu do mojej podróży. uważam, że nie jest ona „wyprawą” i nigdy jej tak nie nazywam. Ale przygotowania oczywiście były. Pomysł o wyjeździe narodził się na trzy lata przed wyruszeniem, choć już jakieś myśli o „podróżowaniu” oczywiście krążyły mi po głowie od 15 roku życia. Pomysły z czasem się zmieniały, ale wiedziałem, że chce wyruszyć w trakcie studiów. Sporo czytałem, ale nie były to konkretne przygotowania do wyjazdu. Ten etap można by było chyba nazwać mentalnymi przygotowaniami. Właściwe preparacje zaczęły się tak naprawdę po podjęciu ostatecznej decyzji, że jadę, a miało to miejsce mniej więcej na pół roku przed opuszczeniem domu. Miałem wsparcie kolegi, z którym wyruszyłem z Polski stopem na zachód. Podzieliliśmy się w niektórych zadaniach, dzięki czemu każdy z nas miał trochę mniej na głowie. A ja w tym czasie na głowie miałem wiele innych spraw, spośród których najwięcej czasu pochłaniało mi pisanie pracy licencjackiej i zaliczenie egzaminów przewodnickich. Generalnie jednak można powiedzieć, że funkcjonowałem normalnie. Najgorętszy okres to dwa ostatnie miesiące przed podróżą. Wtedy wszystko nabrało tempa. Większość rzeczy tak naprawdę miałem już od dawna w posiadaniu, ale sporo gadżetów trzeba było dokupić – kłódeczki na plecak, nowy kompas, wodoodporne ziplacki, skarpety trekingowe, rękawiczki. Z większych zakupów to nowe buty, obiektyw do lustrzanki… Na trzy miesiące przed wyjazdem zacząłem się szczepić. Wtedy jeszcze nie wiedziałem gdzie mnie rzuci, może to będzie tak jak zakładałem na starcie Ameryka Łacińska, a może już Azja lub środek oceanu. Chciałem być możliwie najlepiej przygotowanym. Nie mając konkretnych planów niestety trzeba być bardzo elastycznym, jeśli chodzi o dobór sprzętu. Nie można wziąć za dużo ciepłych rzeczy, jeśli się przypuszcza, że większość czasu spędzi się w upałach. Z drugiej strony na morzu czy w górach bez ciepłych ubrań się nie obędzie. Plecak pakowałem kilka razy sprawdzając co się najlepiej składa, dobierając to i odrzucając tamto, próbując wybrać uniwersalny zestaw. W końcu udało się zmieścić w 18kg. Na trzy tygodnie przed „dniem 0” pozakładałem konta w bankach, zamówiłem karty płatnicze i czeki podróżne. Później to już tylko zalaminować kopie dokumentów, odebrać wizę do USA i…ruszyć. Krótko można powiedzieć, że przygotowałem się tak naprawdę trzy miesiące.

4. Co Cię wkurwia?

Prawdę powiedziawszy, to nic. Moja podróż z założenia miała być wędrówką w głąb siebie, chciałem poznać swoje słabości, uporać się z nimi. Odmienić swoje postrzeganie świata, poszerzyć horyzonty, spojrzeć na wszystko z innego punktu widzenia. Zgłębić nowe nurty filozoficzne i odpowiedzieć sobie na pytania – co chce robić w życiu, jak osiągać wyznaczone cele, czym się kierować w życiu. Dlatego nazwałem moją podróż ‘grandtour’, nawiązując do średniowiecznej, europejskiej tradycji podróżniczej. Po drodze poznałem kilku ludzi, którzy poprzez rozmowy ze mną otworzyli mi zupełnie nieznane wcześniej drzwi. Zainspirowali mnie, podsunęli kilka książek. W toku dalszego podróżowania, sprawdzania i testowania kolejnych poznawanych przeze mnie uniwersalnych praw, przyswajałem sobie pewną wiedzę. Dziś stosuje wiele z tych prawd na co dzień, w każdym momencie, w każdej sytuacji. Nie jestem ani oświeconym mędrcem, ani fanatykiem, ale czuje się odmieniony w jakiś sposób. Dobrze mi ze sobą, z tym, jaki się stałem podczas tej podróży. Jedną z rzeczy, którą osiągnąłem, jest umiejętność oczyszczania umysłu z negatywnych energii i myśli, jakie się w nim pojawiają. Większość w ogóle mnie nie ‘trafia’. Czuje jakąś harmonię w środku, spokój. Negatywne emocje po prostu nie służą niczemu i staram się ich unikać. Dlatego nie wkurwiam się, gdy stoję kilka godzin przy autostradzie, otrząsnąłem się szybko po rabunku w Boliwii i nie koncentruje się na tym, że w autobusie miejskim obok mnie stoi zgryźliwa babcia i depcze mi po nogach…

Jeżeli coś mnie irytuje to może jedynie to, że z turystyki zrobiono dziś nieprawdopodobny biznes. Podróżowanie jest łatwe, są hotele dla backpackerów, agencje turystyczne oferujące setki wycieczek w różne miejsca, a na ulicy w wielu miastach jest się chodzącym banknotem tylko dlatego, że ma się białą skórę i plecak na grzbiecie. Wszystko jest takie proste – masaż, ‘wyprawa’ do dżungli, lot awionetką? Nie ma sprawy, tylko zapłać. Najlepiej kartą mastercard. Z jakimś dziwnym szacunkiem i może trochę z tęsknotą słucham opowieści o starych podróżnikach, którzy jeszcze 30 lat temu odwiedzali te same miejsca, ale w zupełnie innym stylu. Nie ukrywam, że próbuje szukać swojego własnego stylu podróżowania, który byłby podobny do tego sprzed lat, ale wszystkiego nie da się mieć. Zawsze jest coś za coś. Jest Internet, który ułatwia życie, bankomaty, przewodniki. I zawsze już się jest gringo – potencjalnym klientem, potencjalną ofiarą napaści czy kradzieży. Nic nie jest czarne albo białe, ale zdarza mi się, że z irytacją patrzę na ulicznych naganiaczy oferujących mi coś po ‘specjalnej’ cenie, wołających za mną „Amigo”.. Pytanie tylko, czy bardziej ten fakt, że jestem „gringo”, irytuje mnie czy też ich?

5. Za czym tesknisz najbardziej?

Za ludźmi, których zostawiłem w kraju. Za rodziną, przyjaciółmi. Za wspólnymi wypadami w góry, na żagle, polskim browarem (ew. wódką) w dobrym towarzystwie. Za rozmowami z osobami, którym mogę powiedzieć znacznie więcej, niż jestem w stanie wyrazić w jakimkolwiek języku. Bo tu nie rozchodzi się o wiek, język czy kolor skóry. Tu chodzi o wychowanie, wspólnie przeżyte chwile, które są jakąś dodatkową płaszczyzną porozumienia. To jest to, że kiedy rzucam tekst z Chłopaki nie płaczą, Misia albo z jakiegoś innego kultowego filmu, to wiem, że zostanę tak samo zrozumiany. Tęsknie też za moimi treningami siatkarskimi, wspinaniem, skitourami. Ale nie pęka mi z żalu serce. Bo wiem, że liczy się ‘tu i teraz’ i że ‘jeszcze będzie czas’ na wszystko.

Ciąg dalszy wywiadu na blogu Kuby.

kuba tuż przed dalszą podróżą w nieznane

Zdjęcia: Szymon Kochański

Jeśli podróżujesz i chciałbyś wziąć udział w tym projekcie to skontaktuj się z Wujkiem Filipem.

bolivian style

Wednesday, April 28th, 2010

Właśnie wyszedłem z trzydniowego zatrucia pokarmowego. W sumie nic strasznego, standardowe objawy obukanałowe. Ciekawsze jest jednak, to jak się zatrułem. Otóż zatrułem się street foodem w drodze do domu z lokalnego boliwijskiego klubu (gdzie gringosi też czasem trafiają, jednak w liczbie nie przekraczającej 10% ogółu). Muzyka niczego sobie, poza latynoamerykańskim rockiem można usłyszeć także The Doors i tego typu klimaty. Marihuany tym razem nikt sprzedać mi nie próbował, kokainy tym bardziej. Kilku pijanych typów oczywiście chciało się mniej lub bardziej bratać (bardziej to z Olą, która jako blondynka w Boliwii ma wzięcie wszędzie). No ale dobra, wracamy z małą o trzeciej w nocy na piechotę przez miasto (to tylko jakieś 15-20 min i wbrew pozorom opcja na piechotę w centrum La Paz jest bezpieczniejsza niż opcja taxi). Po drodze jakieś młode pijane typy krzyczą za mną “gringo, gringo” i coś łamanym angielskim zaczepieją, więc ja, zgodnie z zasadą taktyki ulicznej, wracam się i zagaduję moim o niebo lepszym hiszpańskim (wciąć jednak kijowym), żeby nie wyjść na miękką faję. Odczepili się. No to dalej z małą idziemy. Na rogu, jedna “quadra” od mojego wieżowca, w nocy rozstawia się “casera” z przenośnym grillem. Grill raz po raz bucha ogniem, gdy ona raz po raz nakłada szaszłyczki i smaruje je bliżej nieokreśloną substancją łatwopalną. A że wszystko dzieje się w środku nocy, to efekt jest raczej widowiskowy. Zamówiłem i ja “una porcion doble” tego przysmaku co zwie się anticucho i serwowany jest wraz z papas (kartofelki) i aji (pikatny sos). Anticucho to posiekane w plasterki kawałki serca krowy. Taka przyjemność za porcję kosztuje 5 bolivianów, czyli 2 PeeLeNy. No tak, bo u nas w Boliwii po pijaku nie chodzi się na zapieksy do budek. No i strułem się na trzy dni. Przesraną resztę weekendu miałem. A w poniedziałek, skoro nie przeszło, to mała zaprowadziła mnie do znajomego lekarza od brzuszków, który ponaciskał i stwierdził, że to kartofelki albo sos były trafne, a nie mięsko, przepisał zastrzyk w dupę i 10 pigułeczek, i życzył zdrowia. No i wyzdrowiałem. Do pracy poszedłem we wtorek i wszytko było ok, wszyscy mnie żałowali, ale jednocześnie zastrzegali, że miałem pecha, bo wszyscy ową “caserę” znają i nigdy się nic nie działo złego. Mi też nie, dopiero za piątym razem mnie trafiło licho. No ale wszyscy się cieszyli, że wróciłem do świata żywych, bo w końcu swój chłop jestem.

A ona, ona, ona tak pięknie się mną zajęła, że aż słów mi brak w tym temacie.

nie warto burzyć tej ciszy, to złodziej mówi tak, choć życie to dla wielu z nas jedynie głupi żart

Monday, August 3rd, 2009

[La Paz, Bolivia]

La Paz. Mógłbym tu mieszkać.

Rano prysznic. Jeśli jest prąd. Za zimno na zimny prysznic.

Jaja z Jose, hostelowym pracownikiem po trzydziestce, do którego głównych zajęć należą sprzątanie pokoi i otwieranie kraty przy wejściu do hostelu, gdy ludzie chcą wejść lub wyjść. Simon. Polaco. Simon Templer. Haha. I jeszcze po cichu przypomina, że jak chcę, to może sprzedać marihuanę albo kokainę. Hasta Luego amigo!

Soczek na małym targowisku u tej baby co zwykle. Już się ze mną oswoiła. Como esta? Muy bien, usted? Szejka z bananów i może saładka owocowa dziś, bo ostatnio krew z nosa i w ogóle mało witamin. Jest dolewka? Muchas gracias!

Ulica stromo w dół, wyczekać moment, aż samochody zatrzymają się na światłach albo w korku i można się przeciskać. Na każdym rogu rozpiździel, bałagan, coś się dzieje. Potrzebuję czasem tego stanu totalnego pobudzenia umysłu. Że na każdym kroku jesteś atakowany jakimś bodźcem, małym światem. Te krótkie spojrzenia 50 razy na minutę. Szybka analiza, przypasowuję do widzianych wcześniej puzli, obserwuję, rozgryzam, zazwyczaj trafiam. Taka moja gra w niedoprzewidzenia. Uzależnia.

Więc włóczę się ulicami bez celu i składu zastanawiając się co na śniadanie, co na kolację. Pływając zazwyczaj na powierzchni tej rzeczywistości, nie zanurzając się. Zawsze tak samo. Czy to w Warszawie, czy w Brukseli, czy w Istanbule, czy w Delhi, czy w Bangkoku. Pochodzić, “pozwiedzać”, czasem przystanąć i zapytać się ile to kosztuje. Ale zazwyczaj nic, bo przecież nic nie potrzebuję. Jedynie napełnić brzuch od czasu do czasu. A żołądek coraz bardziej wybredny. Pieczony kurczak z frytkami – nie, może stek, makaron, pizza.

Deptak. Jak monciak w Sopocie. Ale stragany inne. Można kupić nie tylko pączka, ale i słuchawki, kłódkę, gacie czy stanik. Ale i tak jest luźno, bo mercado jest gdzie indziej. A tam to dopiero jest zajeb, stragan na straganie na stromych wąskich uliczkach i wszystkie produkty świata o gabarytach poniżej 30×30 cm. Od gwoździ aż po mięso.

Internet.

Skype z Tomskim. Krząta się, robi hałas w swoim tymczasowym apartamencie w UK. Dziecko w drodze od marca, u Anki burza hormonów, może zdążę na ślub. A do mnie w kafejce podchodzi boliwijski dzieciak, gapi się w monitor, pokazuje na ekran palcem i gada po hiszpańsku. Biorę go na kolana, pokazuję Tomskiemu do kamery. Po prostu wzruszył mnie ten mały. Otwarty na wszystko, bez uprzedzeń, mały ciekawski brzdąc.

Telefon do domu. Znowu z tatą. Bo mama z Emilką znowu “podróżują”. Za miasto nad jezioro. Bardzo fajnie, przynajmniej tak! Ciekawe jak Kajtkowi idzie autostop.

Facebook, strumień informacji o znajomych duszach z całego świata. Ktoś pyta gdzie jestem, ktoś prosi o zdjęcia, ktoś tęskni. O Marta znowu podróżuje. To dobrze, bo to znaczy, że już ją wyleczyli, bo ostatnio umierała na choroby tropikalne i nie mogła chodzić. Miałem do niej napisać. Aurelie gdzieś wyjeżdża, będzie przez miesiąc poza zasięgiem. Znowu nie napisze gdzie. Zdjęcia z jakiś “szalonych” imprez. Mała wrzuciła moje zdjęcia z cmentarzyska pociągów, Stefi podobało się w Tupizie i sprzedała samochód. Zdjęcia po tajfunie w Hong Kongu (tęsknię za małą_v). Zdjęcia z urodzin Tomali na statku na Wiśle. Znajome twarze, Koala, Anet, Konrad… Ktośtam ma urodziny – zignoruj, taki tam znajomy. Facebook. Czat, Luis w Limie, podoba mu się, przypomina dom – Sao Paulo, musi być ohydnie. :) Lena wrzuciła zdjęcia w bikini na jakiejś plaży, pewnie w Brazylii. Ktoś znowu zrobił quiz po tajsku, spam, spam, spam. Facebook.

Maile. Ira pisze bardzo prywatnie o samotnoście w Buenos Aires, pyta dlaczego ja też czułem się tam samotny. Solene już z powrotem we Francji. Pisze mi po hiszpańsku o tym, że lato i koncerty. Z Francuzką po hiszpańsku, kto by pomyślał… Ktoś chce mi dokuczyć, wysyła ładunek jadu zawarty w kilku liniach tekstu. Niby przelatuje koło mnie niczym balon z wodą rzucony z innego świata, niby nie trafia, i spływa, ale wciąż… będę o tym myślał. I walczył z pokusą, by odesłać swój balon z jadem, kilka celnych kąśliwych słów. Ale po co, znowu zdalne wojny, tym razem nie dam się sprowokować.

Blogi. Płyną zdjęcia ze wszystkich stron świata. Relacja po ile jest hostel w Kuala Lumpur, nuda. Relacje lepsze i gorsze. Widoczki, widoczki, ja na tle fontanny, ja na tle oceanu, ja z Meksykanką, ja na tle piramid. “Odkrywam” bloga parki podróżującej po Azji z malutkim dzeckiem. Wow. To dopiero wyczynowcy! Dodane do ulubionych. Monia wędruje muzycznie i wewnętrznie, szyfruje swoje nastroje. Kiszczak barwnie opisuje swój bezkompromisowy świat, gdzieś tam daleko Lenonka znowu ma mieć dziecko, duchy z dalekiej przeszłości, z którymi już się nie znam, a których życia śledzę niczym jakąś fikcyjną powieść.

Stan konta, spoko, starczy jeszcze na kilka miesięcy dryfowania. :) Nie ściągnęli mi z konta tego co mnie bankomat oszukał i nie dał kasy, żadnych podejrzanych operacji na karcie kredytowej.

Flickr. Upload ponad dwustu zdjęć z ostatnich 1,5 miesiąca. Kurde, jak ja nie lubię tagować. A potem wrzutka – tylko 2 godziny, spoko.

Zdjęcia na bloga. Spoko. Ola wysłała maila z linkiem do kilku agencji fotograficznych. Fajnie, że dziewczyna we mnie wierzy i że zrobiła coś do czego sam bym się nie zmotywował. Nie wiem, czy coś z tego będzie. Kasa z tego pewnie mała, a trzeba będzie się spinać, tagować, targować, wysyłać pliki. A to przecież mój intymny świat, moja intymna wędrówka. A ktoś będzie chciał to oglądać, oceniać, decydować czy się przyda, czy nie przyda. Z resztą to Boliwia, to się przecież nie sprzeda. Kto by tam chciał jeździć do Boliwii!.. Majorka, Teneryfa, Turcja, Egipt, Ibiza…, to może kupiłyby biura podróży, widoczek do folderku. Szybciej Tajlandia. Chociaż to i tak na razie “daleko” dla przeciętnego Polaka. “Bo znajomi byli w Egipcie i takie piękne zdjęcia przywieźli.” Chyba wolę zarabiać pieniądze jako informatyczny najemnik. Złego życia przecież nie miałem. Dużo samotnych nocy i hotelowych pokoi. Ale przecież Bruksela, to było życie. Znajomi, imprezy, kino za darmo, samochód, szalone weekendy, Rue Royale… I te szalone weekendy w Warszawie. Czemu nie, mógłbym znowu pomieszkać w Bruskeli. Z resztą może wypali ten job w Antwerpii. Bo ja tylko chcę mieć ciekawe życie. Mogę znowu zwolnić, ściszyć na rok, czy trzy. Albo Warszawa. Mógłbym przecież pochodzić do kina, na piwo z Naleśnikiem, zakręcone akcje, pawilony, dużo śmiechu, złote tarasy, czasem lunch jakiś razem, koncert w Stodole, Kazik kolejny raz, Grabaż, nieprzewidywalne kluby na Pradze, Jadłodajnia, czasem może Klubo przez sentyment, nocne powroty na piechotę przez centrum albo taksówką. Miałbym czas, żeby uaktualnić się serialowo i muzycznie. Albo do Gdyni. Kurde, przecież tam lato, możnaby z Lesiem kabrioletem na Hel . Albo Kaszuby, jeziorko, kiełbaski…

Komentarze na blogu. Blablabla, czasem cieszy, a czasem wkurwia. W cholerę wyrzucić możliwość komentowania. To nie film, żeby wystawiać recenzje. Ale czasem miło połechta, jak jakiś znajomy coś napisze. Miło wiedzieć, że zagląda i ogląda. Moderowane. Bo czasem jakiś debil się uaktywni. Nie podoba się, to nara, ale nie wylewaj mi tu pomyji, miło ma być, jarzysz?

Wirtualna Polska, o ja p$@(#%lę, bez sensu.

Koniec internetu.

Ulice długie i strome, oddech płytki, czasem trzeba się zatrzymać. SPALINY. Kaszel i chusta na nos. A płuca jeszcze mniejsze. Policja w maskach, przed grypą czy przed spalinami? Stragany, pirackie płyty, warzywa, kosmetyki, kompoty…

Zdjęć robię mało. Nie czuję tego. Większość czasu w ogóle nie noszę aparatu, bo zupełnie nie jestem w nastroju do focenia. Poza tym jest ciężko, bo w tym bałaganie nie ma czasu na jakiś mądry kadr. Poza tym mówią, że niebezpiecznie. To paraliżuje. Choć nie czuje się realnego zagrożenia, bo przecież matki z dziećmi i małolaty w mundurkach, to jednak trzeba mieć oczy dookoła głowy. Nigdy nie wiadomo gdzie czai się licho… Tak jak Filipa w Peru porwała i złupiła taksówka z Jezusem o dwunastej w niedzielę. Bynajmniej nie zawieźli go do kościoła. Niedoprzewidzenia. Nie fotografuję, nie czuję tego, za duży rozpiździel.

Kolacja, może tam gdzie wczoraj, niezłego steka mieli. Serwis jest tak sprawny, że zdążę zrobić tylko pół lekcji hiszpańskiego w książeczce. Lekcja 8. Wolno mi to idzie. Ale przecież każdego dnia uczę się nowych słów. Ze słowniczka, jak coś mnie zainteresuje, wyczytam albo potrzebuję żeby kupić. Ręcznik – toalla. Quiero comprar una toalla, sabe usted donde puedo comprar? Comprar czy comprarlo? Kulawo, ale działa. Cały czas nie kumam jak robi się czas przeszły. Umiem tylko powiedzieć “podróżowałem”, “byłem”, “kupiłem”, “rozmawiałem”…, ale przez osoby odmieniać nie potrafię. Może na lekcjach w mp3 będzie, posłucham sobie w autobusie, jak będę gdzieś jechał.

Ulice. stromo pod górkę, dziesięć przecznic do hostelu.

Jeszcze na ostatniej prostej kupić wodę od pani i 8 cukierów. Też już ze mną się oswoiła. Cansado? Si un poco. W końcu trochę się nałaziłem.

Hostel duży. Za duży, żeby kogoś poznać. Tymczasowy. A mnie przeraża tłum backpackersów. Oczywiście wszyscy grupowo. Polacy jacyś, dziwni, byłem z nimi na kolacji, nie chce mi się z nimi gadać (a im ze mną). Jakiś świat swój mają odległy za górą i rzeką. Pojechali bez pożegnania, no tak przecież nie będziemy do siebie wysyłać maili. Urugwajczycy – dredy, trampki, żonglerka i atresania, Francuzi – wino i dududu-dududu, Niemcy – hahaha i jajaja, Anglicy – fąfąfąfą. Nie nie nie, nie chce mi się, pozwólcie mi dryfować po mojemu. W moim jednoosobowym pokoju na balkonie, 5 metrów ponad światem. Tu chcę być. Bo w końcu przecież i tak pojawi się bratnia dusza, statek na horyzoncie, zawsze przecież tak było, nawet w Chinach. I nie trzeba będzie sygnałów świetlnych, wąchania się, wyrachowanych żarcików, taktyki jak sobą zainteresować. Po prostu zadziała i pojawi się nowy przyjaciel. Choć możliwe, że trzeba będzie na niego poczekać tydzień, miesiąc albo dwa.

Hostel duży. Taki w który można być anonimowym. Ludzie przyjeżdżają i wyjeżdżają. A ja potrzebuję czasu. Nie kilku dni. Potrzebuję tygodni. Żeby zaledwie poczuć to miejsce, to miasto. Początkowo etap odkrywania, długie spacery, kolejne dzielnice. A potem zamykanie się w kwadracie “ulubionych” ulic, knajp, restauracji, numerów telefonów, pani od której soczek, buenos dias, pani od której wodę i 8 cukierków, buenas noches, a tam nie warto iść, bo tam byłem i nie ma nic ciekawego.

Hostel taki jak lubię, taki gdzie nie pytają się na wejściu na ile nocy zostaniesz. Gdzie obsługa milej uśmiecha się każdego następnego dnia, bo rośnie wspólne poczucie, że dzielimy razem ten dom, to miejsce, nie tylko na chwilę, że nie jestem tak bardzo tymczasowy jak pozostali.

Pokój. Podłóżny. 3 łóżka. Jedno do spania (bo szersze niż pozostałe, a ja lubie szersze), jedno na bałagan, jedno do siedzenia z laptopem (bo blisko jedynego gniazdka). Balkon. Długość 30 cm, szerokość 2 m. Właściwie to okno balkonowe zakończone barierką i kratą. Uwielbiam. Zaspokaja nocne potrzeby wyglądania na ulicę, nie muszę się szwendać. 25 boliwiaków – 12PLN za noc. Łysa żarówka. Wspólna łazienka na korytarzu. Jeden ciepły prysznic (jak jest prąd), pozostałe letnie.

Komputer. Muzyka. Znowu nie mogę znaleźć nic dobrego. Puszczam te same zdarte płyty. Błąkam się po tych samych dźwiękach niczym po kwadracie bezpiecznych ulic. Zdjęcia. Wybrać. Za dużo ich, te same ujęcia. A jednocześnie tak mało “fajnych”. Dziwnych. Innych. Moich. Ale idą nie tylko “fajne”. Nie ma być profesjonalnie. Bo to przecież przede wszystkim dla mnie, trochę dla znajomych, też żeby rodzina wiedziała, że żyję. Dla innych szalonych nieznanych podróżników, marzycieli. Miejsca moje, w których byłem, ja.

Komputer. Czasem coś napiszę, częściej przeczytam co napisałem wcześniej. Muzyka…

Ktoś puszcza sygnał na komórkę. Od ponad 2 miesięcy w tym kraju, a Wciąż nie wiem co to znaczy, jak puszczają ci sygnał. Że niby co, myślisz o mnie, czy czegoś chcesz? Że co, chcesz się umówić spotkać, czy tylko myślisz sobie o mnie i ma być mi teraz miło. Ignoruję.

Pokój. Po dwóch miesiącach w końcu sam. Nie ma nikogo znajomego w żadnym sąsiednim pokoju. Zamykam się, dryfuję myślami, kopię wgłąb siebie, wspominam, rozbieram na kawałki. Bo dużo się działo. Takie wakacje od “zwykłych moich” wakacji. Czy dobrze, czy o to chodzi, czy mam dalej tak samo, czy znowu po swojemu?

Więc tkwię w takich miejscach, hostelach, miastach tak długo jak potrzeba. Bez planu na jutro. Kupić szampon, papier, ściąć włosy, odwiedzić muzeum koki, cmentarz może, pojutrze może, pójść na pocztę, spytać się o autobus, może jeszcze pojechać na ten drugi mirador, ale daleko, nie chce mi się minibusem. Bo ja nie lubię minibusów. Za szybko wywożą w nieznane i niedoprzewidzenia. Spacerować. Na każdym skrzyżowaniu wybierać ulicę. Nie patrząc na mapę. To jest mój sposób.

Późno się zrobiło. Ciszej w hostelu. Można ściszyć muzykę. Balkon zamknąć bo zimno. Druga w nocy. Budzik na jedenastą.

Jeszcze do snu muzyka na uszach. A gdy skończą się myśli, to zasnę. Zimno. Śpiwór. Albo jeszcze jeden koc z drugiego łóżka.

la paz hostel room

Europejczycy to brudasy

Saturday, May 16th, 2009

– Czy to prawda, że w Europie ludzie nie biorą prysznica codziennie? – usłyszałem od jednego ze współlokatorów w Rio.
Totalnie mnie zamurowało. Cóż mogłem odpowiedzieć?
– Cóż, nie wiem, ja biorę prysznic albo kąpię się co najmniej raz dziennie.
Trochę się wyjaśniło ostatnio, gdy pewna trochę starsza wiekiem kobieta zadała podobne pytanie: czy w Europie często się myjemy. Odpowiedziałem bezpiecznie, że raczej tak.
– Bo jak ja byłam, to było tak zimno, że przez 2 tygodnie tylko raz wzięłam prysznic…

Tymczasem jestem w Bonito (które wcale nie jest bonito). Temperatura w dzień wynosi ze 20 stopni i jest lekki wiaterek, więc lokalesi trzęsą się z zimna, zakładają sweterki, kurtki…

tym razem o piłce

Monday, March 30th, 2009

Na piłce nożnej się nie znam, czasem obejrzę jakiś finał w TV, ale generalnie wisi mi to. Na meczu byłem raz, Polska-Belgia w Brukseli w belgijskim sektorze, nie powiem, nawet fajnie było. Więc z góry przepraszam ekspertów, że zabieram głos w temacie, na którym się nie znam. Ale…

W Ameryce Południowej futbol jest ważny jak nigdzie indziej. No i wczoraj podczas hostelowej posiadówy temat piłki został oczywiście poruszony. I dowiedziałem się, że Maradona trenuje reprezentację Argentyny. I już sam fakt powinien być wystarczającą motywacją dla grających w reprezentacji piłkarzy. Duma i chęć walki, bo przecież trenuje ich Maradona.

Dowiedziałem się także jaka jest różnica pomiędzy reprezentacją Argentyny i Brazylii. Otóż Brazylia wygrywa ze wszystkimi oprócz Argentyny. Zaś Argentyna przegrywa ze wszystkimi, oprócz Brazylii.

I cytowali Maradonę, który jak wiadomo w pewnym momencie życia z dragami za bardzo się zaprzyjaźnił, ale wyszedł na prostą, nie stracił autorytetu i nadal jest tu bogiem piłki, jak to w swojej mowie na koniec kariery powiedział, że futbol może być brudny, jednak na samej piłce plamy nigdy się nie pojawiają. I tylko to się liczy – czysty duch, czysty sport.

Jaki z tego wniosek? Pomyślałem sobie o naszej reprezentacji i naszym importowanym zagrzewaczu do boju – Leo Beenhakkerze i o narodowych zrywach kibiców, gdy pojawia się gwiazda typu Małysz. Albo o zachwytach, gdy Kubica zajmuje “dobrą szóstą pozycję”. I co odpowiedzieć, gdy pytają jaki jest nasz sport narodowy? I bardziej ogólnie, czym się szczycimy, co jest dla nas ważne, co nas łączy i napawa dumą? Ile można piać do hasła “Wembley’73”? Wcześniej przynajmniej Papieża mieliśmy, dziś Wałęsa jest drwiną, Szymborska żyje, ale jakoś do niej mi daleko… Chyba nie mamy takiej żywej gwiazdy. Czy o kimś zapomniałem? Boruc? Czerkawski? Podolski? … ja przepraszam… nie mam pomysłu.

Z góry przepraszam wszystkich fanów sportu, polskiego futbolu, Małysza, Kubicy, w ogóle wszystkich przepraszam.

A z trzeciej strony, kto powiedział, że musimy mieć gwiazdę? Może wystarczy nam 1000 lat tradycji, przyjaźń z mocarstwem północnoamerykańskim (i ich tarcza rakietowa) i rozejm z mocarstwem zachodnioniemieckim?

Captain

Friday, August 22nd, 2008

[Koh Chang, Thailand]

Age: 85. Living alone in a house by the sea. He used to be a captain (got his title from the King). Smoked too many cigarettes in his life, so now he has breathing problems. He shared with me the best things he had – coconuts, fruits… In excachange I visited him again with two beers. Amazing person, amazing experience, amazing moments.

Live long, Captain!