Archive for the travel category
Tuesday, January 31st, 2012

W Boliwii, kraju gdzie choduję się kokę i znajduje się 70% globalnych złóż litu, znajdują się również małe muszki. Małe muszki, który są strasznie dokuczliwe. Bo gryzą. I odlatują pijane ze szczęścia z brzuszkami pełnymi naszej krwi. A nas swędzi, może w drogę? Jeszcze Cię dorwę, Mucha!
posted in in-polish, postcards, stories, travel | country: boliwia | trackback | no comments »
Wednesday, January 25th, 2012
…kolejne dni naszej podróży z Radkiem do Brazylii…
Dnia kolejnego ruszamy z ostatniego hotelu Sheraton na świecie.



Paliwo tankujemy kiedy jest.

Drogi są długie i proste, samochody z naprzeciwka nie częściej niż raz na pół godziny. Upał i kurz niemiłosierny. Co prawda dziur jest wiele, ale postanawiamy zaryzykować i złamać przepis o abstynencji.

Miast po drodze dużo nie ma. A jak są, to samochodów w nich nie ma.

Wywózka dżungli amazońskiej.


Dnia któregoś z kolejnych udaje nam się dotrzeć nad rzekę Mamoré w Guayaramerín na północnym czubku Boliwii. Tam za 50 USD Radek wynajmuje jeden z niewielu boliwijskich okrętów marynarki by dostać się na drugą stronę. Pasażerowie sztuk 2 – gratis.

A wszystko po to, żeby zobaczyć jak zachodzi słońce w Brazylii.

Po nocy spędzonej na imprezowaniu w Rio Branco na kacu uderzamy tam gdzie kończy się droga.




Po odwiedzinach u kolegi Radka udajemy się w drogę powrotną. Cieszymy się asfaltem, którego w Boliwii zazwyczaj nie ma.

Ponieważ ceny benzyny w Brazylii są takie jak w Polsce (czyli 4x droższe niż u nas w Boliwii), to ostatnie 150km robimy na oparach.

I znowu dofinansowujemy budżet marynarki boliwijskiej.

Radio? Telewizja? Biblioteka?

La Paz – 4 dni drogi. To nie Europa, że można ją ot tak przejechać.

Benzyna jest tania. Jeśli jest.

Dla porównania – droga w Boliwii.

Szukamy miejsca na nocleg.


Filmy o kowbojach to nie fikcja.

Nie wszystkim się udaje.



Wszystkim zainteresowanym przygodami białego samochodzika polecam blog Radka. A oto zajawka czego można się tam spodziewać:

posted in bullshit, in-polish, photos, travel | country: bolivia | trackback | no comments »
Thursday, January 5th, 2012
Trzeciego dnia dojechaliśmy do ostatniej na świecie placówki Sheratonu. Zapewne niektórzy z Was nie wiedzą, ale Sheraton prowadzi w krajach trzeciego świata sieć hoteli Sheraton Express, które w najodległejszych rejonach świata zazwyczaj położone są w miejscach trudnych i niedostępnych ale uczęszczanych. Tak było i w tym przypadku. Nasz Sheraton położony był odkładnie o 1 dzień drogi od najbliżyszch sklecionych z patyków drewnianych chat przykrytych liśćmi bananowca. Jaka to była dla nas ulga. Dla nas, prowadzących tę ekspedycję Szymka i Radka. No i nasego psa Rockiego.
Dzień już od dobrych kilku godzin skończył się pięknym zachodem słońca. Jechaliśmy więc ciemną stepową nocą. Drogi nie widzieliśmy już od 3 dni. Ale coś nas niosło, jakaś chęć walki, zdobycia czegoś, poznania. Poznania czego? Świata? Kobiet? Wszystkiego po trochu? Ale my o tym nie myśleliśmy, bo gnaliśmy na ostatnich kroplach wody, benzyny i whiskey. A ju tam, tam miał być nasz dom, Hotel Sheraton Express. Nasze schronienie przed nocą, nasz dom daleko od domu.
Najpierw w ciemności wyłoniły się na tle gwiazd ogromne anteny do odbioru telewizji satelitarnej. Prąd włączany jest tylko nocą z rozklekotanego, smrodzącego generatora wokół którego pasą się kukurydzą kury i psy. Tak proszę państwa, anteny są potrzebne, żeby mieszkańcy tego oderwanego od cywilizacji szałasu i goście mogli dowiedzieć się o wydarzeniach jak Tsunami w Haponji. Ale jest, jest, dojeżdżamy. Niemal nieprzytomni wywalamy się z samochodu. Za nami słychać dzwięk wypadających puszek ze smarem.
Udało się!
Dotrwaliśmy.
Już wiemy, że mają tu dla nas i wode, i mleko, i pięcioletnie snickersy, i papierosy. ŻYJEMY!
Atmosfera w barze była taka jak nasze samopoczucie. Zmęczeni ale na luzie. Z otaczających stolików patrzyli na nas brudni od pigmentu i błota kierowcy ciężarówek. “Ależ żar…” wyjęczyliśmy najgorszym hiszpańskojęzycznym slangiem. “Skwar, skwarrrrrrr” wyjęczeli zatrudzeni kierowcy ciężarówek z kokainą. Wiedzieliśmy, że musimy najbardziej jak to możliwe wtopić się w tłum. Wszyscy tu za paskami mieli ukryte długie maczety, a przy niektórych hamakach stały oparte karabiny. “Cicho tam!”, “Zaczyna się!”, krzyknął z meksykańsko-kolumbijskim akcentem kierowca cysterny. I już nie śmialiśmy się odezwać.
Rozpoczęły się pierwsze obrazy filmu. Przerażeni staraliśmy się wpasować w tłum, ale na nas już nikt nie patrzył, nie, oni już patrzyli w telewizor. Myśleliśmy, że mecz jakiś albo pogrzeb Diany, ale nie, pomimo wielkich anten satelitarnych sygnał z satelity jest tu wygłuszany, żeby utrudnić komunikację. Bo jest się kogo obawiać. Piraci drogowi ograbiający przejeżdżające pojazdy. Wygłodniali mieszkańcy wiosek którzy nasłuchując z własnoręcznie skonstruowanych przy pomocy z USAid radiostacji satelitarnych knuli zamachy terrorystyczne. Oni wszyscy chcieliby grabić przejeżdżających. Więc dlatego sygnał z satelity wyciszyli. Bo jasne, że lepiej wyłączyć zamiast wsłuchiwać się w ten obrzydliwy bełkot skorumpowanego kawałka tej ziemi.
Zaczęło się. Z przyjemnością obejrzeliśmy najpierw przygody Chackie Chana w Hong Kongu, a potem Steve Segal w Warszawie (specjalnie dla nas). A potem, potem to już nie pamiętamy, bo wciągnęliśmy się w rozmowę ze wszystkimi 60 kierowcami ciężarówek. Przemytnikami.
“Jak tam ścieżka na wschód? Stoją?” – spytał fachowo Radek. “Keinen Anung!… Dojechały!…”. Wszyscy odetchnęli z ulgą. To była również i dla nas super wiadomość. Bo to znaczyło, że bęzyna na wschodzie jest. Być może już za 150-300 kilometrów gdzieś znowu zalejemy baki i wszystkie dostępne naczynia benzyną. Uda się! Jeszcze przed granicą z Brazylią, gdzię benzyna jest co 50 kilometrów, ale jest droga i żółta, a nie tak jak u nas, przeźroczysta. I już wszyscy byliśmy braćmi, poleciały w powietrze pierwsze bąki. Łzy w Oczach, Bracia w Ramionach, a Podemną Stołek. “ŻYJEMY!!!” – wykrzyczeliśmy z Radkiem na głos! “ŻYJEMY” – odkrzyknęli z akcentem z Pruszcza Gdańskiego i Kościeżyny zgromadzeni przestępcy.
Obudziłem się dopiero następnego dnia rano. Otworzyłem oczy, a przede mną wisi góła baba. Dobrze, że plakat tylko. Patrzę w prawo na Radka, a tam… o kurwa. Radek leżał w objęciach krowy! “O kurwa!” wyszeptał by nie obudzić zwierzaka. A ja wytoczyłem się ze stodoły, bo zrozumiałem, że obudziliśmy się w mleczarni. Ale nie. Zza pozostałych krów wystawiły się inne głowy. To gospodarze i pojedynczy kierowcy, którzy zaspali, a z którymi wczoraj urządzaliśmy libację. “O kurwa!” wyszeptałem. Bo zrozumiałem, że to właśnie tak wygląda mekka podróżników, legendarny umiejscowiony na końcu świata Ostatni Hotel Sheratonu.
[Tekst sponsoruje Sheraton i USAid]
Więcej historii takich i podobnych na razie tylko po niemiecku na blogu Radka! :P Radek przetłumacz kurka, nie karz nas tak i nie każ czekać na polskie tłumaczenia.










posted in bullshit, photos, stories, travel | country: bolivia | trackback | no comments »
Wednesday, December 14th, 2011


















posted in photos, travel | country: bolivia | trackback | no comments »
Tuesday, December 13th, 2011
Musiałbyś przejść się po drogach, które ja przeszedłem, żeby choć mgliście zrozumieć to gdzie teraz jestem

















Wycieczki z Radkiem do Brazylii dzień pierwszy – prowincja Los Yungas, Bolivia.
Gościnnie pojawiłem się na blogu Asi i Kuby, zapraszam również do obejrzenia ich zdjęć z La Paz i nie tylko.
posted in bullshit, in-polish, photos, travel | country: bolivia | trackback | no comments »
Wednesday, September 14th, 2011

Jedna z dwóch dróg krajowych północ-południe, łączy La Paz z Rurrenabaque, góry z dżunglą. To z naszego tripu z Radkiem do Brazylii…
…ale urwał.
posted in in-polish, photos, travel, u nas w boliwii | trackback | no comments »
Monday, August 29th, 2011
Niemal na codzień ścieram się z kawałkami rzeczywistości, które pomimo ponad dwóch lat spędzonych w tym kraju wciąż trudno jest mi zrozumieć/zaakceptować. Czasem frustrują, czasem śmieszą, czasem wprawiają w zadumę nad sensem istnienia.
Przykłady:
Święto Zmarłych. Jedziemy gdzieś za miasto, po drodze zahaczamy o cmentarz. Gabicha chce kupić symboliczny kwiatek dla dziadka. Idziemy na drugą stronę ulicy tam gdzie kwiaciarki sprzedają kwiaty. “Po ile kwiatek?” “Cztery” “To poproszę” Kwiaciarka już już podaje kwiatek, Gabicha już już podaje dychę (najmniejszy banknot, równowartość 4 PLN). “Nie, nie, tylko monety” – mówi kwiaciarka i spowrotem wkłada kwiatka do wiadra.
W zeszłym tygodniu poszliśmy do sklepiku pod naszym nowym domem, żeby kupić bułki. Siedzi tam cholita* i robi na drutach. “Są bułki?” “Są takie i takie” “Po ile tamte?” “Wszystkie za tyle” Cholita już przy kartonie z bułkami chce nam załadować w plastikową siateczkę. “To 4 takie poprosimy” “Nie, nie, tylko mieszane sprzedaję”, zasłania karton i wraca do robienia na drutach.
Gabicha jest jedyną wegetarianką w tym kraju, więc momentami jest ciężko (bo przecież kurczak, to nie mięso, nie?). Wieczór, przed pójściem do baru chcemy jeszcze coś wrzucić na żołądek. Podchodzimy do ulicznego sprzedawcy hamburgerów z frytkami. “Dobry wieczór, chciałabym tylko frytki” “No hay” (czyli “nie ma”). A przed nim smaży się na blasze sterta.
I jeszcze jenda historia zasłyszana: Siedzi baba i sprzedaje rękodzieła. Podchodzi turysta i mówi “dzień dobry babo, ile za wszystko?” “Nie panie, wszystkiego nie sprzedam.” “Ale czemu babo?” “Bo co ja będę robić, jak sprzedam wszystko?”
“Ale o co chodzi?” spyta zdziwiony Europejczyk? “Pokićkani” – bez namysłu powie Północnoamerykanin. Tutaj życie toczy się trochę inaczej. Bo sklep to nie sklep, tylko HOBBY. Przychodzi się siedzi, gapi na przechodniów… I jeśli uzbiera się na almuerzo**, to zadanie wykonane, nie trzeba się więcej starać na dany dzień, bo przecież brzuch pełny. Więc można się trochę z przechodniami poprzekomażać. Nie sprzedam, a co! To przecież mój sklep, moje bułki, moje frytki!
*boliwijska baba
**boliwijski lunch

posted in in-polish, photos, postcards, travel, u nas w boliwii | country: bolivia | trackback | no comments »
Tuesday, August 16th, 2011
[Buenos Aires, Argentina]

posted in photos, travel | country: argentina | trackback | no comments »
Saturday, August 13th, 2011

posted in photoshopped, travel | country: bolivia | trackback | no comments »
Thursday, July 21st, 2011
Siedzę w McDonaldzie w Buenos Aires. Wokół młodzież, hałas i syf. Patrzę na swoje odbicie w szybie. Widzę zaniedbanego kolesia, nie ścinane od kilku miesięcy włosy, nieokreślony zarost. Mógłby być bezdomnym, który z okazji trzydziestych urodzin wybrał się na ucztę – kanapkę z potrójnym mięsem. Sam. Panienka na kasie się ze mną nie dogadała. Nie mam pojęcia o co mnie pytała, w końcu od 1,5 roku nie byłem w restauracji pod klaunem. Jem zachłannie, bo przez cały dzień nie miałem czasu. Poza tym jadę ekonomicznie, bo przecie jestem na minusie, a i ta podróż już za pożyczone od Gabichy. Swoim prześwietlającym na wylot wzrokiem patrzy na mnie ochroniarz.
Dziś poprosiłem jednego z prowadzących (pracownika LA Times) o szczerą ocenę moich zdjęć. Kilka się podobało. Niektóre ocenił jako “fotki do Lonely Planet, ale przecież możesz dużo lepiej” (a ja przecie marzyłem kiedyś by jeździć do takich miejsc i robić takie zdjęcia). Niektóre jako ładne still shoty do powieszenia na ścianie. Jeszcze inne jako takie do przyczepienia magnesem do lodówki. Ale do fotożurnalizmu potrzebna jest HISTORIA (słowo powtarzane tutaj do znudzenia), a ja jej nie mam, moje zdjęcia to pocztówki. Cóż, nie potrafię wstrzelić się w jakiś temat i prowadzić zdjęciami narracji. Bo tak naprawdę, to mnie nie interesują prawie żadne historie. Spływa po mnie wszystko. Technicznie jestem w stanie strzelać takie fotki, o jakie im chodzi, ale brakuje szczerego zainteresowania jakimkolwiek tematem. Przecie ja gazet nie czytam ani telewizji nie oglądam. Cudze życie, też średnio mnie interesuje. Może kiedyś, ale póki co będę pocztówki robił. Na razie interesuje mnie tylko MOJA HISTORIA. I czuję ciągły niedosyt, że moja codzienność nie jest wystarczająco intensywna i interesująca.
Buenos Aires znowu zaczyna być dla mnie samotne. Tak jak wtedy gdy w styczniu 2009 ewakuowałem się pośpiesznie z Europy, tak teraz znowu zaczynam to czuć. Sam w wielkim mieście. Przyklejony do szyby autobusu, słuchający muzyki w metrze, przemierzający kilometry na piechotę chodnikami ulic.
Czas wracać do domu. Próbować mieć dom.

posted in bullshit, in-polish, postcards, songs, travel | country: argentina | trackback | no comments »
Monday, July 18th, 2011
















Jestem na warsztatach fotograficznych w Buenos Aires, a wraz ze mną 150 osób, które marzy o karierze w fotożurnaliźmie.
Argentyna zimą przypomina Polskę w pierwszych dniach jesieni. Ludzie uprawiają sporty. Nie mamy tego w La Paz (sporty na 3600 m n.p.m. to przedwczesny zawał a także zadyszka).
Chodząc po ulicach dziwiłem się, że wszyscy mają tu balkony i podziwiałem wspaniałe drzewa rzucające cienie na ulice, które mają chodniki.
A na Cmentarzu Recoleta zastanawiałem się co muszę jeszcze zrobić, żeby mi na koniec postawili grobowiec i w jakiej pozie chciałbym mieć pomnik. Na kanapie z laptopem poproszę.
posted in bullshit, in-polish, photos, travel | country: argentina | trackback | no comments »
Saturday, May 21st, 2011
Do dalekich portów przyszło nam żeglować, po nieznanych wodach, odległych akwenach. Gwiazdy mamy za przewodników i kompanów, wiatr targa nam włosy, słońce pali skórę. Czasem myślimy, w którym kierunku dom. Zagubiony na oceanach Przyjacielu, co też nie chcesz zasnąć, choć dawno po Twojej wachcie. Bądź pozdrowiony.

[Lago Titicaca - kwiecień'2011]
posted in bullshit, in-polish, postcards, travel | trackback | no comments »
Thursday, April 7th, 2011
Zdjęcia, słowa, historie, to zaledwie malutki kawałeczek tego co doświadczam każdego dnia. Ludzie, smaki, zapachy, spojrzenia, to ciężko pokazać.
Pojechaliśmy z Radkiem i ekipą do Coroico na weekend kilka tygodni temu. Siedliśmy na ryneczku przed sklepem, kupiliśmy browara. 14-letnia dziewczynka z siostrą na plecach spytała się nas, czy będziemy tu chiwilę siedzieć, jasne, no to zostawiła sklep otwarty pod naszą opieką na pół godziny.
Radek po latach spędzonych na kontynencie przygotowuje się do swojej podróży. Kupił i wyremontował samochód, teraz gromadzi gadżety – laptopy, dyski twarde, kindle i ebooki, aparaty… Ostatnio kupił kamerkę na dach… Więcej o jego podróży będzie kiedyś na stronce, którą tworzy: www.rocky-project.info. Choć na razie niewiele tam jest do zobaczenia, jednak mam nadzieję, że wkrótce Radek się przyłoży i ogarnie.
Załączony filmik ma pokazać Wam trochę tej rzeczywistości, w której żyję, tak po prostu, na codzień, chodzę, jeżdżę, piję browara, czasem sklepu przypilnuję…
PS. Dla maniaków sprzętowych – z Vimeo można ściągnąć ten filmik w 720p@60fps
posted in bullshit, in-polish, travel, videos | country: bolivia | trackback | no comments »
Thursday, March 31st, 2011

Blog ostatnio zaniedbany, a ja szukam balansu. Dosyć mam pracy po 5h dziennie, w biurze, w firmie, która jest totalnie zdezorganizowana – tak po boliwijsku, za pieniądze, które ledwo starczają na opłacenie naszych rachunków. Więc wystarczył impuls (skończył mi się kontrakt, powiedzieli, że nie zapłacą mi za przedłużenie wizy) i odszedłem. Toksyczne to było miejsce, dosyć miałem ścierania się z boliwijską mentalnością w miejscu pracy. Powiem tylko tyle, jeżeli chcesz pracować zupełnie bez odpowiedzialności za fuck upy, bez ciśnienia na deadline’y to Boliwia, to dobre miejsce. Ja nie potrafię pracować w miejscu, gdzie nie można polegać na nikim.
I co dalej? Mam nadzieję, że na razie uda mi przeżyć z jobów, które dostałem z Polski i że uda się przedłużyć wizę na kolejne 2 lata. Mam opcję pracy w innej firmie, ale na razie daję na wstrzymanie i szukam i myślę co dalej. Jakieś kontakty nawiązałem. Czasem wątpię w słuszność sprawy, ale przecież życie mam wciąż wygodne i NIE PRZYJECHAŁEM TUTAJ ROBIĆ PIENIĘDZY ANI KARIERY.
No to wrzucam to co mi się przez miesiąc zebrało w aparacie.
Przed karnawałowym długim weekendem w biurach świętuje się ch´alla, czyli składa się ofiarę dla pachamamy (płatki kwiatów, kolorowe wstążki, trochę browara na podłogę) i prosi o pomyślność w nadchodzącym roku.
Odwiedziłem znajomego USAmerykanina w jego biurze-fundacji promującej wolny software. Amos jest aktywistą przeciw globalizacji software’u. Grupa podejmuje się szalonych akcji w stylu tłumaczenia programów pod linuksa na języki indiańskie Quechua i Aymara.


W biurze Gabichy też świętowali. Miało być mięsko i piwko, a skończyło się na polewaniu wodą i pryskaniu pianą w sprayu, nie podobało mi się.


W jeden z weekendów z grupą znajomych pojechaliśmy po raz kolejny do Coroico. Tym razem pojechaliśmy Rocky’m samochodem Radka, o którym jescze usłyszycie. By się dostać z La Paz do Coroico trzeba wjechać na przełęcz 4500 m n.p.m., następnie zjechać przez chmury by znaleźć się wśród tropikalnej roślinności. Jak zwykle zatrzymaliśmy się w naszym ulubionym hotelu, gdzie wynajęliśmy domek na zboczu góry.







(śniadanko dnia następnego)

(Radek i jego działko)



(bez rączek)














(była z nami Żubróweczka)
(i wołowinka – nie to nie jest nietoperz)



Widok konia na ulicach La Paz do codziennych nie należy.

Poza tym asystowałem przy zdjęciu grupowym pracowników średniej wielkości wytwórni kokainy (podobno nawet a zwłaszcza w Boliwii nie można tak żartować z firm powyżej 3 pracowników).




Miałem też okazję spojrzeć na swoje miasto z góry.

a także zrobić kilka fotek na lekko snobistycznych eko-targach organizowanych przy jednej z rezydencji Amasady UK (jak w końcu mnie na Ambasadora wybiorą, to też będę miał taką rezydencję i też będę imprezki organizował)







(pan w kapeluszu w kolejce do prosiaka)
Poza tym w niedzielę zjedliśmy śniadanie.

A także uczciliśmy godzinę Ziemi ciemnością.

posted in bullshit, in-polish, photos, stories, travel | country: bolivia | trackback | no comments »
Saturday, March 26th, 2011

Lekarze mówią, że każdy człowiek ma określoną liczbę pożegnań do wykorzystania w życiu. Że emocje związane z żegnaniem się, jeżeli przeżyte naprawdę, skracają życie o 23 minuty (papieros skraca życie tylko o 3 minuty). Z czasem Ci to obojętnieje. Nie próbujesz zaprzyjaźnić się z każdym, wygasa to zainteresowanie każdą kolejną nową osobą. Uścisnąć rękę, chwilę pogadać, wkrótce zapomnieć. Pasażer w autobusie jadący w tym samym kierunku, by gdzieś przedwcześnie wysiąść.
Dziękuję Oli, Radkowi, tamtaramom za zbliżenia dusz, które pomogły i pomagają mi przeżyć na tej obczyźnie.
posted in bullshit, in-polish, photos, travel | trackback | no comments »
Friday, March 4th, 2011
przejechałbym się darmowym autobusem do Tesco
albo lepiej starym warszawskim tramwajem
na Pragę
przeszedł po wilgotnych ulicach
wzdłuż Wisły albo Syrenki
odwiedził zakurzone knajpy
u Misia na Kruczej wypił kawkę
i pognał sterylnym metrem
w znowu nieznane
posted in bullshit, in-polish, postcards, travel | trackback | no comments »
Thursday, February 10th, 2011
Na kolanach przewieszona szmaciana torba z laptopem. Po lewej drzemie indianka w spódnicy, po prawej typ niczym najgorsza postać jaką widziałeś w meksykańskim filmie o mordercach. W busie może z 15 osób oświetlonych światłem fioletowej diody. Prawie jak ultrafiolet. Jedziemy główną aretrią miasta, długa trasa przez te miejsca, które za dnia nie wyglądają tak źle, o tej porze jednak nie wszędzie chciałbyś wysiąść. Wracam zmęczony z pracy jednej i drugiej. Minibus zaczyna się piąć pod tymi mostami nowymi nad doliną wypełnioną nieotynkowanymi domami. Jadę do domu. Nie słucham muzyki bo mi mp3 playera, a potem telefon ukradli, a moja 10-letnia Nokia nie ma takiej opcji. Przemierzam tę arterię po raz dwusetny chyba. Taksówkami, trufi (boliwijskie colectivo), minibusami, micro (amerykańskie autobusy, które 40 lat temu woziły grube dzieci w USA, a teraz wożą wszystkich). Wspinamy się do dzielnicy wieżowców, gdzie supermarkety i zachodnie restauracje, gdzie parę drzew, latarnie, czasem nawet śmietniki. Gdzie żebrająca indianka z dzieckiem nie może wpasować się w równy chodnik przed nowym dwudziestopiętrowcem. “En la escuina voy a bajar!”. Płacę 2,30. Dwie przecznice i zamykam się w czterech ścianach.
posted in bullshit, in-polish, stories, travel | country: bolivia | trackback | no comments »
Friday, January 21st, 2011







Nasza mała przygoda na pustyni Uyuni w listopadzie 2010.
Po tym doświadczeniu Naleśnik postanowił zostać surferem w Peru.
Jacek zaś wybrał długą do domu. Tak długą, że aż po raz pierwszy nawiązałem korespondencję z Ambasadą Polski w Buenos Aires. Tytuł maila brzmiał “Zaginiony Polak”.
Jaka z tego lekcja? Nie ufaj chłopakom z forum. Jakiego forum? Spytaj Naleśnika lub Jacka, jeśli kiedyś ich spotkasz.
posted in bullshit, in-polish, photos, travel | country: bolivia | trackback | no comments »
Thursday, January 6th, 2011

Szukam odpowiedzi na pytania:
Czy ma sens muzyka w pustym pokoju?
Czy rośliny rosną lepiej, gdy się z nimi rozmawia?
Czy ma sens nadawanie imion kuchence, pralce i lodówce?
Czy jak przychodzi się do domu po ciężkim dniu, to czy lepiej będzie w progu przywitać się z mieszkaniem?
posted in bullshit, in-polish, photos, travel | country: bolivia | trackback | no comments »
Thursday, January 6th, 2011

[San Ignacio de Moxos, Bolivia, lipiec'2010]
posted in photos, photoshopped, travel | country: bolivia | trackback | no comments »
Thursday, January 6th, 2011
Łyk szampana, a poza tym w Sylwestra trzeba:
- wygrzebać z szafy plecaki i walizki, i przejść się z nimi po schodach, a przynajmniej wskoczyć na krzesło,
- i liczyć kasiorę.
Ma to zapewnić w nowym roku podróże i dobrobyt. Przyda się jeszcze zdrowie i uśmiech do kamery poproszę.
W 2011 wszystkim życzę kilku pojechanych akcji po bandzie.
Cambio y fuera.
posted in bullshit, in-polish, photos, postcards, travel | country: bolivia | trackback | no comments »
Monday, December 20th, 2010

[Potosí, lipiec 2009]
Pomagam Pasikonikowi tłumaczyć fragmenty materiału do filmu z Boliwii. Dziś tłumaczyłem rozmowy z górnikami z Potosí. Mocny i dobry materiał. Trochę smutny.
Miłego tygodnia w pracy.
posted in bullshit, in-polish, photos, travel | country: bolivia | trackback | no comments »
Wednesday, December 15th, 2010

W imieniu Pasikonika, a także swoim i Filipa, zapraszam na premierę filmu Sezon na lwy, która odbędzie się w Jarocinie już 28 grudnia 2010.
Filmu jeszcze nie widziałem i pewnie przed premierą nie zobaczę, ale już się go boję, bo zrobiliśmy z chłopakami kilka niezłych numerów… Ale mam nadzieję, że po premierze film znajdzie się w undergroundowej dystrybucji na kasetach wideo, przegrywanych płytach CD i zawszonych serwerach FTP.
Czekam z niecierpliwością.
posted in bullshit, in-polish, photos, sezon na lwy, travel | country: bolivia, nowhere, poland | trackback | 1 comment »
Wednesday, December 15th, 2010

boję się dokąd zaprowadzi mnie to życie. te małe rzeczy, które robię. to ciągłe łamanie reguł i płynięcie pod prąd.
bo to wbrew pozorom nie jest łatwe. niby zamykam się w tych czterech ścianach co wieczór. ale też każdego dnia muszę z nich wyjść. powiedzieć “buenos días” do portiera. ¨!Hola, joven!¨ odpowiada. i wychodzę na tę ulicę. gdzie każdy samochód jest twoim wrogiem.
bo w mojej naturze jest ostrożność. mierzenie każdego kroku. ciągła obserwacja tego co dzieje się wokół.
ale to też trzyma mnie w ramach. bo gdyby było zbyt łatwo, to mógłbym zabłądzić i się zgubić.
niektórzy obcokrajowcy wpadają tu w pułapkę zamykania się w czterech ścianach. poruszania się tylko w zamkniętych enklawach. ja jestem gdzieś pomiędzy.
ale ten świat jest jak patrzący na ciebie duży pies. jeśli pokażesz mu odrobinę słabości, to rzuci się na ciebie i odgryzie ci ręce i nogi. więc musisz iść naprzód nie dając po sobie poznać, że trochę się boisz.
to jest uzależniające, ten kop adrenaliny na każdym kroku. ale czy zdrowe?

Pojechaliśmy z Gabichą do Cochabamby. Choć miasto duże, to jednak czuć w nim powiew prowincji. Jest cieplej. Jest więcej powietrza. I dobrze tu karmią. Cochabamba była pierwszym miastem w Boliwii (na świecie?), które rozpoczęło rewolucję przeciwko McDonaldowi. I tę rewolucję miasto wygrało, ba, McDonalds całkowicie wyniósł się z Boliwii. Bo ludzie lubią tu dobrze zjeść. Zupa z orzechów. A jak zamawiasz porcję czegokolwiek, to dostajesz tyle, że możesz nakarmić 2-3 osoby. Niebezpiecznie. Ale w coś trzeba inwestować. ;)
I są rozmowy między nami. Czy się tu nie przenieść kiedyś. Bo cieplej, przyjemniej, ale też bardziej prowincjonalnie.
Bo to może o to chodzi. Mieć 3 miejsca gdzie się chodzi na lunch. Ulubioną kawiarnię. Spacer wiaduktem do multikina.
Myślimy. Kiedyś. Myślimy. Czy byłoby tu lepiej? Czy to tylko chęć przecierania nowych ścieżek. Czy to nieśmiałe marzenie o trochę cieplejszym klimacie, trochę wyższym ciśnieniu powietrza, nowych smakach, przygodach, barach, mieszkaniu jakimś większym… Myślimy. Może trzeba będzie wymyślić jeszcze kilka powodów. Ale ciii.. szaaaa..

posted in bullshit, in-polish, photos, travel | country: bolivia | trackback | no comments »