gdybym nie był tym kim jestem i nie mieszkał tu gdzie mieszkam

Monday, November 19th, 2012

Gdybym miał wybrać z miast w których byłem te 3 najlepsze, i gdyby nie mogła to być Gdynia, to…

Rio de Janeiro…

Jest taka skała w Rio, gdzie ludzie przychodzą co wieczór i patrzą jak słońce zachodzi w oceanie. A jak już zajdzie to biją brawo. Miasto zachwyca. Ocean, plaże, ciepły klimat, tropikalna dżungla. Kolorowe i piękne dziewczyny. Rio to miasto zdecydowanie warte odwiedzenia szczególnie w te polskie zimowe miesiące.

Brazyliczycy, starają cieszyć się każdą chwilą życia, z resztą to życie poznałem od podszewki mieszkając ze studentami, w 7 osób w 3 pokojowym mieszkaniu. I przez ponad 2 tygodnie to z nimi poznawałem tajemnice tego miasta. Radość życia, piękna pogoda, ale i wiszące w powietrzu niebezpieczeństwo. Czy to tylko iluzja, strach białego turysty przed nowym miastem, czy też rzeczywistość? W Rio czujesz ten dreszczyk, wiesz że kilka kilometrów od centrum, na okolicznych wzgórzach rozciągają się favele, dziennice biedy, gdzie choć żyje też niższa klasa średnia, to jednak prawa nie egzekwuje tam policja. Nie oznacza to, że jest to świat bez zasad, o nie. Tam po prostu porządku pilnuje ktoś inny. I wiesz, że jak nad favelą pojawiają się fajerwerki, to znaczy, albo że Flamengo wygrało mecz, albo że masz siedzieć w domu bo po wąskich uliczkach i tysiącach schodów wchodzi do faveli transport narkotyków. To miasto jest piękne, agresywne, uzależniające. Jeśli nie potrafisz dotrzymać mu kroku – odpadasz. Ja chyba długoterminowo bym nie podołał.

Nad wszystkim czuwa figura Jezusa, punkt orientacyjny, ale także wielki symbol. Dobra które zwycięża i jest ponad małymi brudami. Niewidzialnej opieki nad wszystkimi maluczkimi.

 

Hong Kong…

Hong Kong jest miastem podobnym do Rio jeśli chodzi o krajobraz. To również skały, ocean, wyspy, tropikalna zieleń. Ale to miasto o zupełnie innej kulturze. Nowocześni, dobrze wykształceni młodzi ludzie, mówiący perfekcyjnie po angielsku (brytyjska exkolonia, dah), z którymi być może nawet mógł się zaprzyjaźnić. Niesamowite jedzenie, małe uliczne restaur acje. Ale niestety, to wyspa, miliony skupione na niewielkim kawałku ziemi, mała enklawa kontrolowanej (pozornej) wolności przylepiona do Chin.

(Na marginesie, jest jeszcze jedno miasto podobne do tych dwóch, a nazywa się Istanbul. Piękne, ale niestety kulturowo zbyt odległe. Turkom po prostu nie ufam. I chyba nawet pita na każdym kroku herbata i faja wodna spalona na tarasie wyłożonym poduszkami, z widokiem na Cieśninę Bosfor nie przekonają mnie do tego miasta. Ci ludzie są dla mnie zbyt dziwni. Niby nowocześni, niby państwo świeckie, a nie muzułmańskie, to jednak w tym jak się zachowują, knują, jest dużo jakiś ciężkich, spaczonych światopoglądów i sposobu w jaki patrzą na pewne kwestie.)

 

La Paz…

No i przechodzimy do La Paz, czyli miasta w którym mieszkam. Czemu lubię to miasto? Bo to nieodkryta zagadka. Największa indiańska wioska świata. Wyobraź sobie Indian, którym nagle dasz samochody i komórki. Tak to właśnie będzie wyglądało: na ulicy brak zasad, stragany na każdym kroku, psy bez obroży. Film o dzikim zachodzie wyświetlany 24h na dobę, pokazujący drugą stronę medalu, życie ludzi, którzy polowali na kowbojów. Miejsce gdzie La Paz jest położone jest surowe, ale spektakularne. Dolina wypełniona po brzegi domami. I Illimani, zawsze zaśnieżona święta góra widoczna ponad miastem.

Ludzie w La Paz są tacy jak miejsce – surowi. Trudno się z nimi zaprzyjaźnić, mam wrażenie, że kulturowo są zbyt odlegli by się do nich przebić. Są zagadką, fascynują, nigdy nie wiesz co siedzi w ich głowach (a oni co w twojej ). W swoich nieotynkowanych domach wieszają telewizory LCD, ale oglądają na nich nagrania z karnawałowych parad. Jedzenie jest proste, ale intensywne, dużo mięsa, tłuszczu. Owoce pyszne przez cały rok. A w promieniu kilku godzin od La Paz ciekawe miejscówki na weekendowe wypady. Więc życie tu to wciąż przygoda.

ktokolwiek słyszał ktokolwiek wie

Sunday, June 26th, 2011

Za tierralatina.pl powtarzam, zaginęli w Peru Celina Mróz i Jarosław Frąckiewicz. Może to zwykłe opóźnienie w ich planach, na które nie mieli wpływu (moja łódź na Amazonce miała 4 dni opóźnienia), ale Oni raczej należą do tych, co zwykle nie spóźniają się na samolot. Jeśli ktoś coś wie to niech skontaktuje się z placówkami dyplomatycznymi i tierrąlatiną, coby odwołali alarm i wszyscy przestali się martwić.

A Szymon tymczasem po raz pierwszy od 1,5 roku opuścił Boliwię, by na niezadługo pobawić u Brazylijczyków. Pozdrowienia z Rio Branco. A niedługo “boskie” Buenos Aires.


Update: już wiadomo, że nie odnajdą się. :(

the world is my playground too and i’ll do what i like

Tuesday, May 26th, 2009

[Pantanal, Brazil]

pantanal, brazil

pantanal, brazil

pantanal, brazil

pantanal, brazil

pantanal, brazil

pantanal, brazil

pantanal, brazil

pantanal, brazil

pantanal, brazil

pantanal, brazil

pantanal, brazil

pantanal, brazil

pantanal, brazil

pantanal, brazil

pantanal, brazil

pantanal, brazil

pantanal, brazil

so why’d you come home to this faithless town

Tuesday, May 26th, 2009

[Bororo indians, Tarumã, Rondonópolis, Brazil]

Fotki z osady Tarumã indian Bororo, o których wspomniałem tu.

Bororo indians

Bororo indians

Bororo indians

portret farmera

Monday, May 25th, 2009

[Rondonópolis, Brazil]

portrait of a farmer

na farmie fajnie jest

Monday, May 25th, 2009

[Primavera do Leste, Brazil]

Zdjęcia z wizyty na farmie (tej z Rafaelem i Thalitą).

farm visit, Primavera do Leste, Brazil

farm visit, Primavera do Leste, Brazil

farm visit, Primavera do Leste, Brazil

farm visit, Primavera do Leste, Brazil

farm visit, Primavera do Leste, Brazil

farm visit, Primavera do Leste, Brazil

farm visit, Primavera do Leste, Brazil

and then you took the words right out of my mouth

Saturday, May 23rd, 2009

[Pantanal, Brazil]

piranha kiss

A oto namacalny dowód, że żyję i mam się dobrze.

It’s all quite safe… if you’re lucky.

Friday, May 22nd, 2009

Ostatnie dni spędziłem na farmie pośród równin Pantanalu, gdzie oglądałem różne dziwne zwierzątka, łowiłem piranie, jeździłem konno, a nocami pijąc campirynie i cachace, grałem w pokera z Leanną i Jasonem – sympatyczną parką Kanadyjczyków i Josem – życzliwym Żydkiem, którego oskubaliśmy niemiłosiernie. Fotki później.

Po tem jedna noc W Corumbie, a teraz już siedzę w Quijarro w Boliwii, czekając na pociąg, który ma mnie zabrać do Santa Cruz. Znowu ścisk żołądka (właściwie od kilku dni), który występuje zawsze przed wizytą w nowym kraju. Ale przekraczam granicę i znowu momentalnie widać różnicę. Inne drogi (do dupy), samochody (rozpadające się), ludzie (ponad 50% populacji to Indianie). No i znowu można się dogadać po Hiszpańsku. Uważać na siebie trzeba, ale jak mówi przysłowie “uda są zawsze dwa – albo się uda albo się nie uda”. Albo jak powiedział spotkany ostatnio Japończyk (w podróży po Ameryce Środkowej i Połuidniowej od roku) “It’s all quite safe… if you’re lucky.” To tyle, żyję i mam się dobrze.

trzeci został przyjacielem ryb w jeziorze. ten trzeci ma najgorzej.

Sunday, May 17th, 2009

[Balneário Municipal, Bonito, Brazil]

rybki

jakie czasy tacy kowboje

Saturday, May 16th, 2009

[Rondonópolis, Brazil]

kowboj

2010-11-18 – Jacek będąc w La Paz powiedział: “Nowy szeryf w mieście”.

Europejczycy to brudasy

Saturday, May 16th, 2009

– Czy to prawda, że w Europie ludzie nie biorą prysznica codziennie? – usłyszałem od jednego ze współlokatorów w Rio.
Totalnie mnie zamurowało. Cóż mogłem odpowiedzieć?
– Cóż, nie wiem, ja biorę prysznic albo kąpię się co najmniej raz dziennie.
Trochę się wyjaśniło ostatnio, gdy pewna trochę starsza wiekiem kobieta zadała podobne pytanie: czy w Europie często się myjemy. Odpowiedziałem bezpiecznie, że raczej tak.
– Bo jak ja byłam, to było tak zimno, że przez 2 tygodnie tylko raz wzięłam prysznic…

Tymczasem jestem w Bonito (które wcale nie jest bonito). Temperatura w dzień wynosi ze 20 stopni i jest lekki wiaterek, więc lokalesi trzęsą się z zimna, zakładają sweterki, kurtki…

chcesz dziś sam daleko iść, w Tobie też i anioł śpi

Thursday, May 14th, 2009

[Rondonópolis, Brazil] [Primavera do Leste, Brazil]

Przyjechałem z Rafaelem i Thalitą do Rodonópolis – rodzinnego miasta Thality. Rodonópolis, to duże miasto w pobliżu geograficznego środka kontynentu. Jest jesień, temperatura w nocy spada tu do 30 stopni, bezwiatr…

Okazało się, że rodzina przejęła się moim przyjazdem do tego stopnia, że w trosce bym nie spał na materacu na podłodze, bez prywatnej łazienki i klimatyzacji, zarezerwowali mi miejsce w hotelu (którym tata Thality zarządza). Cóż, jakoś przecierpiałem. :)

Dwa dni i dwie nocy spędziliśmy na “farmie” wujka Thality w okolicach Primavera do Leste. Olbrzymie rancho z ponad 4500 sztukami bydła, z polami sięgającymi daleko za horyzont, porośniętych kukurydzą, soją, bawełną. Rodzinna atmosfera, wszyscy razem spędzają czas, nie wiadomo kto jest żoną, narzeczoną, kuzynką, zięciem, czyje dzieci są czyje. Plan dnia jest prosty – jeść, pić, odpoczywać. Odnośnie jedzenie, to oczywiście króluje soczyste mięsiwo w ilościach niograniczonych, poza tym fasola, ryż, warzywa, owoce, słodkości. Jeśli chodzi o picie, to oczywiście piwo i od czasu do czasu kieliszeczek cachaçy (wysokoprocentowy trunek z trzciny cukrowej). Ponieważ temperatura powietrza jest strasznie wysoka, to butelki tutaj się współdzieli (by zawsze piwo było zimne). Schłodzoną butelkę piwa wkłada się do termosu, do szklanek nalewa tylko połowę i co drugim łyku uzupełnia. Efekt uboczny jest taki, że totalnie nie wiadomo ile się wypiło. Jeżeli chodzi o rozrywki, to było łowienie piranii, wycieczki motorówką po rzece, przejażdżki dżipami po ranchu (a także pogoń po polach za dzikim emu), obserwowanie Kapibar (największe z rodziny gryzoni) podkradających paszę krowom. Bardzo miło spędzony czas.

Poza tym kilka dni spędziłem w domu Thality. Mama pilnowała, by brzuchy były zawsze pełne. Śmiałem się, że nie mogę tu dłużej zostać, bo każdy dzień to +1 kilo.

Odwiedziłem też inną farmę na obrzeżach Rodonópolis, mniejszą (2700 sztuk bydła). Wbraliśmy się stamtąd do pobliskich osad Tarumã indian Bororo. Największa z osad – Octavio Kodo Kodo, ma dziś już szkołę podstawową i piekarnię. Na małym boisku do piłki nożnej bawią się dzieci ubrane w szorty i kolorowe t-shirty. Starsze dzieci codziennie autobusem zawożone są do szkoły w Rodonópolis. Podobno po tym zetknięciu z “cywilizacją” nie chcą wracać do tradycyjnego życia. Podobno dziś indianie są na rządowej dotacji, więc nic nie uprawiają. Ludzie wciąż jednak żyją w chatach o ścianach i dachach pokrytych liśćmi palm. Z daleka za pozwoleniem mogłem zrobić kilka zdjęć.

Jutro wyruszam do Bonito, by zobaczyć Pantanal – największe mokradła świata, które dzięki temu, że są regularnie zalewane, to znacznie bardziej niż Amazonia opierają się penetracji i wyniszczeniu. Potem wybieram się do miasta Corumbá, a potem już Boliwia.

from Sorocaba to Rodonópolis

Tuesday, May 12th, 2009

[from Sorocaba to Rondonópolis, Brazil]

1450 km w jeden dzień.

from Sorocaba to Rodonópolis

from Sorocaba to Rodonópolis

jeżeli któryś z was odwiedzi wyspę syren, niech krzyknie pośród fal, że do nich nie przypłynę, bo walka jeszcze trwa

Monday, May 11th, 2009

[Ilhabela, Brazil]

Ilhabela to duża wyspa na oceanie, 3,5 godziny od São Paulo, co czyni ją celem tłumów turystów w weekendy i wakacje. Ja trafiłem tam w środku tygodnia, na początku jesieni, więc byłem sam w hostelu. Pogoda piękna, więc przez 2 dni ciężko pracowałem nad opalenizną wędrując po pustych zazwyczaj plażach, czasem obchodząc wodą skały, docierając na oddzielone od świata plaże przy prywatnych willach.

Ilhabela, Brazil

Ilhabela, Brazil

Ilhabela, Brazil

Ilhabela, Brazil

Ilhabela, Brazil

Ilhabela, Brazil

Ilhabela, Brazil

Ilhabela, Brazil

Ilhabela, Brazil

what makes you tick, it makes me smile

Tuesday, May 5th, 2009

[Sorocaba, Brazil; Ilhabela, Brazil]

rafa floating

Po intensywnym pobycie w Rio/Niterói wróciłem na weekend w gościnne, rodzinne progi Mr i Mrs Miotto. Mieliśmy zacząć podróżować, ale po części korporacja Rafaela, a po części lenistwo, a przede wszystkim uwielbienie chill-out’u, zimnego piwka i soczystego mięsiwa z grilla sprawiły, że weekend do intensywnych zdecydowanie nie należał.

Na szybko musiałem sobie wymyśleć coś na ten tydzień (bo z Rafaelam i Thalitą mamy zacząć podróżować pod koniec tygodnia). No to wybyłem dziś na Ilhabela (czyli “Piękną Wyspę”). Przybyłem do hostelu i okazało się, że jestem jedynym gościem. Cóż, idzie jesień…

Od jakiś 3-4 tygodni nie używam polskiego numeru komórki (mam brazylijski). Jeżeli ktoś coś wysłał, to trafiło to w czarną dziurę.

(a fotka jeszcze z Wielkanocy)

lepiej będzie na czas jakiś wziąć i zniknąć, wrócisz na czysto, gdy sprawy w mieście przycichną

Friday, May 1st, 2009

[Niterói, Brazil]

20090429_szk_0132

20090429_szk_0136

20090429_szk_01761

Ostatniej nocy w Niterói wyprawiłem sobie należytą imprezę pożegnalną. Momenty do zapamiętania, to:
– zaskoczone twarze współlokatorów, gdy wróciliśmy z supermarketu obładowani browarkami
– gruba murzynka przyciskająca mnie do obfitego biustu, ucząca mnie ciasno tańczyć Forró
– uściski ze współlokatorami, sugestie, żebym, został, wrócił, zapewnienia, że kiedy tylko zechcę…

Pokochałem to miejsce i tych ludzi. A licznik pożegnań tyka.

Andressa, me and SKOL [2004-2009]

Thursday, April 30th, 2009

Andressa, SKOL and me - Turkey'2004
Andressa, Skol and me – Turkey’2004
We met a moment before taking this picture. She came to me and said “hey, you’re drinking a Brazilian beer, I’m Brazilian” (I thought I was just drinking the cheapest one, it was in a 1-liter plastic bottle, I didn’t know it was Brazilian :)).

me, Skol and Andressa - Brazil'2009
me, Skol and Andressa – Brazil’2009
On my goodbye party in Rio.

irytujesz ich gdy po wodzie z sukcesami kroczysz

Thursday, April 30th, 2009

[Corcovado, Rio de Janeiro, Brazil]

Marzyłem o tym, by zobaczyć to miejsce. Pocztówkowy widok, gdzieś na drugim krańcu świata. W mojej głowie zawsze to było miejsce odległe i nieosiągalne. Tak jak Taj Mahal. Byłem, widziałem, było pięknie.

Christo, Corcovado, Rio de Janeiro

Christo, Corcovado, Rio de Janeiro

Christo, Corcovado, Rio de Janeiro

Christo, Corcovado, Rio de Janeiro

Spotkałem się tam (planowo) z Quebekańczykami, ostatni raz widzieliśmy na końcu świata w Ushuaii. :)

Rio walkabout

Tuesday, April 28th, 2009

[Rio de Janeiro/Niterói, Brazil]

To nie był stracony czas. Dwa tygodnie w Rio i Niterói. Nawet te wszystkie imprezy i kluby dużo mówią o tej kulturze. Samba na żywo wywołuje gęsią skórkę. Na scenie 25 muzykantów i te potężne brzmienie bębnów. A oni nawet hymn narodowy grają na sambową nutę. Albo ten raz jak poszliśmy do fancy klubu przy Copacabanie i stałem tuż przed Romario zasłaniając mu plecami widoki wszelakie. Albo te wszystkie przeprawy przez zatokę Guanabara promem, mostem, autobusem, nielegalnym minibusem, samochodem, taksówką. Mecz obejrzany w barze i drugi na stadionie. Lunche, owoce, współlokatorzy. Andressa i jej koleżanki. Rozmowy. Spacery i jazdy autobusami (strach, gdy wieczorem wsiadłem w nie ten co trzeba). Albo jak przypadkiem pojechałem na lotnisko, zwiedziłem, bo lubię, i wróciłem ciesząc się, że byłem tam tylko przypadkiem, a nie z konieczności (bo to jeszcze nie czas na powrót).

Rio – piękne, dzikie, niebezpieczne. Chciałbym tu zostać dłużej.

Rio walkabout

Rio walkabout

Rio walkabout

Rio walkabout

Rio walkabout

Rio walkabout

Rio walkabout

Rio walkabout

Rio walkabout

Rio walkabout

Rio walkabout

Rio walkabout

Rio walkabout

Wszystkie z małpki.

Cadê Você ?! Cadê Você?!

Monday, April 27th, 2009

[Maracanã stadium, Flamengo-Botafogo game (2:2), Rio de Janeiro, Brazil]

Flamengo - Botafogo (26-04-2009)

“Cadê Você ?! Cadê Você?!
no Maraca nunca vi, no Engenhão não tava lá,
os jogadores todos choram, não tem torcida pra apoiar!”

“Gdzie jesteście? Gdzie jesteście?
na Marakanie nigdy was nie widziano, na Engenhão was nie było,
płaczcie gracze, których nie wspierają fani!”

YouTube Preview Image

Przyśpiewka wymyślona na potrzebę chwili przez fanów Flamengo, by skomentować wolne miejsca w sektorach Botafogo. Nawiązuje do sytuacji, gdy gracze Botafogo po przegranym meczu płakali na konferencji prasowej. Ale tym razem większość z 95 tys miejsc była zajęta (dawniej wpuszczano tu nawet 200 tys ludzi). Dziwnym nie jest, skoro Flamengo, to najpopularniejsza drużyna w Brazylii i ma 43 miliony fanów. Tak, miliony.

Niedziela, to przede wszystkim święto piłki. Bębny, flagi, wytatuowane herby drużyn i dzika celebracja.

I żadne słowa tego nie opiszą, jak czuje się człowiek będąc w środku rozentuzjazmowanego tłumu, więc jeszcze jeden filmik. Pierwszy raz w życiu doświadczyłem falowania betonu pod stopami.

Ten wpis dedykuję Wujkowi Michałowi Skiubie, który ze względu na miłość dla sportu powinien kraj zmienić.

Flamengo - Botafogo (26-04-2009)

pocztówka z Zakopanego

Saturday, April 25th, 2009

[Zakopane, Kasprowy Wierch, Poland]

Sugar Loaf

it’s all a joke after all

taksówka o tym wie

Friday, April 24th, 2009

[Rio de Janeiro, Brazil]

Andressa

Andressa

Sometimes she’s like a kid. Sometimes she’s like a super-model who doesn’t care. Sometimes she’s both.

quero ficar contigo

Thursday, April 23rd, 2009

[Niterói, Brazil]

Fotoreportaż z Choppady – imprezy studenckiej zorganizowanej przez studentów Wydziału Inżynierii Uniwersytetu w Niterói. Zasady są proste – płacisz za wejście i masz piwo (chopp) za darmo.

Wszystko dzieje się w klubie bez klimatyzacji, gdy za oknem temperatura wynosi pewnie z 25 stopni.

Całowanie się jest tu częścią kultury imprezowej, każdy wie o co chodzi, nikt nie patrzy na to zbyt krzywo, nawet jeśli na jednej imprezie ktoś całuje się z więcej niż jednym partnerem. Magiczna fraza to “quero ficar contigo”, czyli “chcę z tobą być”. Po obustronnej akceptacji następuje wymiana pocałunków. Brazylijczycy to plotkarze, decydując się na pocałunki, musisz wiedzieć, że następnego dnia wszyscy będą o tym wiedzieć i rozmawiać (ale nie oceniać).

***

My photoreportage from Choppada – students’ party organized by students of the Civil Engineering Faculty of the Univercity of Niterói. The rules are simple – you pay to get in and have unlimited beer inside.

These all happens with outdoors temperature of 25C degrees and no airconditioning (so the temperature inside is much, much higher).

Kissing here is a part of the “party culture”, nobody bothers if you kiss a few partners during one party. The magic phrase is “quero ficar contigo” (meaning “I want to stay/be with you”). After the both sides agree they just start kissing. Watch out – Brazilians gossip a lot – on the following day everybody will know who kissed whom.

choppada

choppada

choppada

choppada

choppada

choppada

choppada

choppada

choppada

choppada

choppada

choppada

choppada

choppada

choppada

choppada

choppada

choppada

choppada

choppada

choppada

Kilka uwag:
– woda na ścianie to skroplony pot
– chłopczyk w czerwonej koszulce, to mój współlokator Misxkytha, ten co zabiera mnie na lunche w stołówce studenckiej
– białas ze zdjętą czerwoną koszulką, z dwoma piwami w ręce, to mój współlokator Alemão
– dziewczyna ubrana jak flaga Polski, to oczywiście Andressa
– proszę zwrócić uwagę na mistrzowskie przekazanie szklanego kufla pomiędzy dwoma półnagimi mężczyznami, którzy są w trakcie wymiany pocałunków z osobami trzecimi
– dziewczynka ma na ramieniu wytatuowaną gwiazdę Dawida, na szyi zaś dynda Matka Boska

pocztówka z Rio

Monday, April 20th, 2009

[Rio de Janeiro/Niterói, Brazil]

Rio de Janeiro, Copacabana beach

Rzadko używam słów “naj”, bo wiem, że niewiele widziałem, i co ja w ogóle wiem, żeby wydawać sądy ostateczne. Ale…

Rio de Janeiro jest dla mnie najpiękniejszym miastem, z tych które dotychczas widziałem.

Przebija Istambuł, Hong Kong, Paryż…

Bo wyobraźcie sobie te zielone pagórki i skalne wzgórza wyrastające z oceanu, a do tego białe plaże i palmy. I 13 kilometrowy most łączący Rio z Niterói, którym jechałem taksówką, gdy słońce wschodziło nad oceanem. I lotnisko Santo Dumont położone tuż przy centrum, tuż nad zatoką, więc samoloty nad oceanem kołują do lądowania. I prom z Niterói, z którego widać to wszystko jak na dłoni.

A nocą, rozświetlone ulice centrum, a nad nimi pagórki z pojedynczymi lampami, fawele, dzielnice biedy, pokryte przylepionymi do siebie małymi domkami pokrywającymi stoki wzgórz.

A na ulicach piękni, kolorowi ludzie (och te dziewczyny!), wszystkich ras i kolorów.

Ale to także bosy chłopiec. Czasem tylko w gaciach z deską surfingową, inny w brudnym t-shircie, przy supermarkecie prosi o drobne.

A wspominałem, że “zimno” oznacza tu 20 stopni?

Zamieszkałem w 3 pokojach (wliczając living-room) z 6 Brazylijczykami. Sympatyczna paczka studentów. Niesamowite jest to jak mnie traktują, zabierają ze sobą wszędzie, przekazują znajomym, po prostu spędzają czas. Więc czerpię z tego doświadczenia, chodzę do stołówki studenckiej (z pożyczaną legitymacją studencką, na której paluchem muszę zakrywać zdjęcie, zwłaszcza jeśli gościu jest czarny), gdzie za 70 centavos jem lunch’e składające się z ryżu, fasoli, kawałka ryby/mięska, jakiejś nieokreślonej papki i kompotu. Chodzę na imprezy studenckie, gdzie piwo leje się strumieniami, a zagęszczenie ciał ludzkich ciał jest ogromne, zaś pot spływa po ścianach. A wszyscy są dla mnie sympatyczni i poznaję znajomych znajomych. Wiem, że taka możliwość wejścia w życie lokalesów, to coś wyjątkowego, więc korzystam. I wolę być tu z nimi, odkrywać, poznawać, mieć tę namiastkę tego ich życia w tym mieście, niż gnać przed siebie, zwiedzać kolejne miejsca, kolejne atrakcje turystyczne.

Andressa też o mnie dba, przychodzi/zabiera na imprezy pomimo pracy, studiów. Nie widzieliśmy się 5 lat, ale wciąż jest to doskonałe porozumienie, prawdziwa przyjaźń.

Zdjęć robię mało, małym aparatem, przestępczość uliczna jest duża – trzeba uważać, poza tym koncentruję się na doświadczaniu.

Kocham to miasto.

Cidade de Deus

Wednesday, April 15th, 2009

Swieta spedzilem glownie przy basenie u Rafaela. Byli przyjaciele, rybny Wielki Piatek, grill, SKOL, Guitar Hero.

Dzis dotarlem do Rio. Zakwaterowalem sie w mieszkaniu studenckim u znajomych Andressy. Zapowiada sie doswiadczenie z dala od turystycznych szlakow.