muszę czasem zmylić krok

Thursday, November 20th, 2008

[Chengdu, China]

są konstelacje gwiazd i nieprzebyte drogi, ja krokiem izbę mierzę, gdy zdrętwieją nogi!

Tuesday, November 18th, 2008

[Shanghai, China]

Każdy chce fotkę z Putongiem w tle.

lub slalomem gubiąc krok wracam po dwóch głębszych późno w noc

Thursday, November 13th, 2008

[Beijing, China]


[Dreamer. Worker (bicycle rental point). Beijing, China.]

kieł

Tuesday, November 11th, 2008

[Shanghai, China]

[Gdynia, 11.11.2008, Dzień Niepodległości]
Chiny, Hong Kong, Londyn, Warszawa, Gdynia. Pomieszanie z poplątaniem. Kilka zaliczonych kanap. Sam nie wiem, czy jestem w domu, czy w drodze. Plecak jak zawsze nierozpakowany leży na środku pokoju. Ale odpoczywam i ładuję baterie. Bo tu można w końcu przestać się pilnować. Bagażu, aparatu, godzin, stron świata. Dziwnie uspokaja nocna jazda SKMką. Znajomi stawiają na nogi.

driving in your car i never never want to go home because i haven’t got one. anymore.

Thursday, November 6th, 2008

[Beijing, China]

if you could just crack the shell open i think inside you would find something sweet

Monday, November 3rd, 2008

[Leshan, China]

i’m leaving but i don’t know where to

Thursday, October 23rd, 2008

[2008-10-20, T99B, Shanghai - Hong Kong]

Prysznic, pakowanie, check-out, przechowalnia bagażu, śniadanie, laptop, internet, ładowarki, sprite. Pożegnanie z nowym przyjacielem, którego pewnie nieprędko (jeśli w ogóle) zobaczę. Ale nigdy nie wiadomo, w końcu nie raz tak zawiązane znajomości miały ciąg dalszy.

Plecak, metro. Chichoczące Chinki (w Szanghaju ładne i fajnie ubrane). 3 stacje. Przepychanie się przy wysiadaniu. Korek z ludzi przy schodach, by zejść z peronu. Przejście podziemne, tłok, facet, który nad śmietnikiem “czyści gardło” i soczyście spluwa (bo w metrze wiszą zakazy “No spitting”). Bramka metra, która połyka bilet. Prześwietlanie bagażu przy wejściu na stację kolejową. Kontrola paszportu. “Sir, you will need another visa if you want to come back to China”. “I know, thank you.” Droga na stacji oznaczona jest znakami “Exit from the country”. Pięknie powiedziane. Wsiadam w pociąg. Hard sleeper, top berth - tak jak lubię. Maksimum intymności, najmniej ciekawskich oczu, blisko półki z bagażem. Książka.

Kolacja w warsie. I wtedy mnie uderza. Że to się dzieje po raz ostatni. Głośne rozmowy Chińczyków przy sąsiednich stolikach, kucharze, personel i goście palący szlugi pod nic nie znaczącymi zakazami palenia, kelnerka, która stawia przed tobą talerz nie patrząc na ciebie i zapomina przynieść pałeczek. To wszystko z czym na codzień musiałem się ścierać, aż w końcu zaakceptowałem i przywykłem, nagle wzrusza i rozwala na kawałeczki. Opuszczcam to miejsce, którego się nauczyłem, częściowo zrozumiałem, polubiłem.

Podróż na pewno odniosła skutek. Trochę czasu zajmuje uświadomienie sobie, że świat naprawdę kręci się i bez ciebie. Wyjście poza ramy pozwala ujrzeć obraz z innej perspektywy. Nagle dostrzegasz więcej możliwości, nabierasz przekonania, że jest milion sposobów, żeby sobie poradzić, milion rzeczy, którymi można się zająć. Przetasowują się priorytety.

Wracam - wznoszę toast ciepławym Tsingtao w miękko mknącym przez noc wagonie restauracyjnym. Czuję się tak jak wtedy w samolocie, wracając z Nicei z ostatniej podróży służbowej, z kieliszkiem szampana w ręku, już po wypowiedzeniu umowy o pracę, to samo poczucie, że oto zostawiam za sobą coś far behind.

Got out from China just before my visa expired. The last days I will spend in Hongkong. Luckily I will be hanging out with the newly-met friends (from this trip) - tiny B and V. Happy to be seing them again, cause the chances for that were pretty low. But you know… life is full of surprises. ;-)

remember

Friday, October 17th, 2008

this european air, it always warms my face, i wish i could pass on

Friday, October 17th, 2008

[Shanghai, China]

(english version below)

Wyjechał Tomek i znowu zostałem sam. Dni razem spędziliśmy raczej leniwie. Późne śniadania i wczesne piwka, potem double-cheese i sprite z lodami, zakupy, spacery bez celu, knajpy z widokiem, jazdy metrem z muzyką w uszach. I wyjechał z poczuciem, że mimo, że widział niewiele, to widział wystarczająco dużo. I dosyć miał już zarówno chińskiego żarcia, jak i słynnego Tsingtao. A co ja mam powiedzieć? :-)

Ja też niedługo wracam. Pomarzyć o czymś innym. Doświadczyć ciągu dalszego historii opowiedzianej tysiąc razy.

(english version)

I am coming back soon. To dream another dream. :-)

pierdolę, nie wysiadam, czyli the time i saved the world again

Monday, October 13th, 2008

[Pingyao, China]

Autobus zatrzymał się, piąta rano, ciemno, mówią nam, żeby wysiadać. Wychodzimy, rozglądamy się, nie wygląda jak miasto. Wygląda jak zjazd z autostrady. Jedna taksówka. Ile? You’re crazy! Otworzone luki bagażowe, i czekają na nas, aż się zabierzemy, by reszta śpiochów (autobus sypialny) mogła pojechać dalej. Gołąbki zakręcone, Tomski zaspany. O nie. Nie damy się tu wysadzić. Najpierw po angielsku, a potem już po polsku (i tak nie było zrozumienia) coraz głośniej negocjuję (drąc się i gestykulując) dalszą podwózkę. Zadziałało - autobus podwiózł nas dalej. A hasłem wieczoru było “pierdolę, nie wysiadam”.

Na taksówkarza, który wiózł nas do hotelu też profilaktycznie nakrzyczeliśmy, ale tu starczyło nam fantazji tylko na: kto wygra mecz? arka gdynia!

Nie litujcie się nad Chińczykami, oni tak się porozumiewają - wrzaskiem. Oj, Chiny dały mi wystarczająco w kość i takie numery, to już pestka.