it all started with a little kiss

Wednesday, July 22nd, 2015

20150628_szk_3001

Nie wiem jak to wygląda u Was, ale u mnie każdy dzień to wielki wysiłek. Każdego dnia staczam bitwę z tym co trudne i niewykonalne, i staram się sprzedać to jako łatwe i proste w użyciu. Zawsze jest więcej zadań niż czasu, zawsze ktoś czegoś ode mnie nie dostanie. Czuję się jakby to była walka o przetrwanie. O utrzymanie się w dobrym pracowym układzie, o utrzymanie zdrowego związku, oto by mieć miejsce, które nazywa się domem. Jedną z zasad tego bloga było unikanie narzekania. Nie narzekam. Każdego dnia jesteśmy wdzięczni za to co mamy. Każdego dnia wspieramy się i utwierdzamy w przekonaniu, że damy radę, przetrwamy, że jeszcze przed nami dużo przygód. Jest stres, ale świat nie wali nam się na głowy. Jest spinka, ale to po to, żeby potem było lepiej.

2015-07-11 18.20.362015-07-12 15.26.102015-07-12 09.41.552015-07-12 09.59.172015-07-12 11.18.352015-07-12 10.55.472015-07-12 11.46.022015-07-12 12.26.512015-07-12 13.36.122015-07-12 13.13.312015-07-12 13.02.092015-07-12 12.35.162015-07-12 16.52.142015-07-12 15.42.512015-07-12 15.28.23

W USA Syfilis a w Germanii truskawki i krasnale.

2015-07-18 00.02.43-1

byle do lata

Monday, January 26th, 2009

[Frankfurt, Germany]

Dobre powietrze, czyli Buenos Aires. Czwarty kontynent, mój pierwszy raz na półkuli południowej. Znowu bez planu, bez biletu powrotnego. By uczyć się miejsc, słów, smaków, gestów. Kolejna przygoda.

Nico

Friday, July 25th, 2008

Nico – born in Kazakhstan, living in Germany for 5 years.
Favourite music: techno/electro.
Beliefs: good karma/bad karma.
His way of living: music festivals animal.
One of his dreams: to organize a music festival for 1.000.000 people.

One of my drivers during hitch-hiking from Poland to Frankfurt.

This post is a part of my miniproject “dreamers“.

Frankfurt nad Niemnem

Friday, July 25th, 2008

Dojechałem do Frankfurtu, ba nawet do Kelsterbach gdzie mam nocleg u Jacka. A wszystko w mniej niż 18h (z Gdyni). Z ciekawszych stopów – gościu który jeździ od festiwalu do festiwalu (techno i elektro) i tam zbiera puszki i butelki i z tego i tym żyje, no może jeszcze medytacją i karmą. I szalony czeski kierowca ciężarówki, który magnesem wyłączył tachometr i gnał ciężarówką z naczepą nawet 130 kmh, zmienił trasę i podwiózł mnie pod sam dom Jacka (przy okazji jeszcze się pomylił ze skrętem i ciężarówką podjechał pod terminal lotniska). Dobry początek podróży.

Tęskno wciąż, miłe smsy z nóg zwalają.

raz dwa nie wiem czy wiesz już za parę minut zaczyna się mecz

Sunday, June 8th, 2008

Może to dziecinne i sztuczne, ale dziką satysfakcję sprawi mi chodzenie po lotnisku we Frankfurcie w czerwonej koszulce z napisem POLSKA i wielkim orłem w koronie. :-) A na mecz do Brukseli.

Update – FRA: a na mecz do Brukseli nie zdążyłem, bo samolot z Gdańska się spóźnił. Przynajmniej dłużej pochodzę po lotnisku we Frankfurcie. A w czasie samego meczu będę w powietrzu. No i trudno.

powoli zbliża się nasz czas, coraz mocniej swędzą ręce

Tuesday, May 20th, 2008

widzę wokół coraz więcej poezji. w tym całym niemieckim syntetycznym biurowym otoczeniu. w znudzonej minie ładnej informatyczki wpatrzonej w ekran nieobecnym wzrokiem, podpierając przy tym bródkę ręką opartą łokciem o stół (podpatrzoną przez otwarte drzwi w niekończącym się korytarzu bliźniaczych pomieszczeń). w naklejkach w kształcie czarnego jastrzębia na szybach przeszklonych zawieszonych nad ziemią korytarzy łączących budynki (by przestraszyć, a zarazem uchronić od śmierci, szybko latające ptaszki nieświadome postępu techniki w dziedzinie produkcji niewidzialnych barier). w naklejkach i plakatach, które w ciekawy lub totalnie beznadziejny sposób informują o czymś ważnym lub zupełnie nieistotnym. a nawet setkach kubków po kawie ułożonych w nieładzie (w artystycznym porządku) na dziesiątkach piętrowych tac w kafeterii.

chyba jestem na haju (drugi tydzień łykania prochów na przeziębienie).

working class hero

Thursday, April 24th, 2008

– co tam?
– szkoda gadać.

satan is out of town

Friday, November 23rd, 2007

20071123_wdf_0097.jpg

a stranger with your door key explaining that I am just visiting

Thursday, November 22nd, 2007

20071121_wdf_0041.jpg
WDF19

Tomorrow going to Switzerland to visit dr Elise whom I met in India. Fun or weird? We’ll see. ;-)

i’m running out of places to hide

Tuesday, October 2nd, 2007

Na tydzień zagościłem w Heidelbergu. Idąc głównym deptakiem wymyśliłem, że w żadnym z państw, które odwiedziłem nie odczuwałem samotności tak bardzo jak w Niemczech. Tak jak w Indiach co chwilę słyszysz “Hello sir, where are you going?”, tak tutaj każdy ma Ciebie w dupie (przynajmniej na pozór) obojętnie jak wyglądasz i co robisz. A że ja wyglądam jak wszyscy i nie mówię po tutejszemu, to totalna cisza. No ale znajduję “swoje” miejsca. Pizza u Turka stylizowanego na Włocha (kilka słów po Turecku i już jest mój). Zaczytuję się w Kapuścińskim i wywalam pizzę na jedyne spodnie. To nic. Potem mijam innych turecko wyglądających gości palących sziszę lekko schowanych za filarem. Nieśmiało zawracam i pytam się, czy można też. Jasne, zegz juros. Goście okazują się być z Iranu, “very beautiful country”, “thank you”. No to siadam na stoliku przy głównym deptaku i palę całą sziszę dmuchając w książkę, że na moment znikają literki. Tęskniłem za tym.

Po krajach które zwiedzam staram się podróżować “in style”. Dzieląc autobus/ciężarówkę z lokalesami w Indiach, itp… Tak samo jest teraz w Niemczech. “Are you travelling alone, sir?” “Yes” “So I can offer you a sport car, is that ok?” “Ok.” Sportowy kabriolet convertible z dwoma siedzeniami i automatyczną skrzynią biegów. W dodatku Meraś. Jak mawia Mr Skiuba – “Meraś, to Meraś – należy mu się szacunek”. Robi wrażenie nawet na mnie, a przecie auto-mania zawsze była mi obca. Dociągnąłem do 200kmph, na więcej jestem zbyt rozsądny. [Chłopaki rozkminili jak dostać dobre auto z wypożyczalni w niskiej cenie – zamawiasz klasę compact z GPSem – takie samochody nie istnieją, zawsze dostaniesz co najmniej terenówkę. Ot Polak rozkmini wszystko.]

Ostatnio spisałem wiele ocenzurowanych myśli. Pełna historia kilku niemiłosiernie miłych chwil. Jeśli chodzi o wydarzenia, to historia jest zamknięta. Jeśli chodzi o emocje, to wciąż się miotam. Zagubienie, a może szukanie siebie, rysy na zasadach i ideałach. A może oszukiwanie się, że jestem kimś innym niż jestem. Tylko w którą stronę. Ta cisza jest pozorna. Układam.

Krystalizuje się wizja kolejnej podróży. Wymarzyłem sobie objechanie Morza Śródziemnego. Stopem przez Europę Zachodnią. Dokładniejsze zwiedzenie Hiszpanii i Portugalii, a potem lightowa przeprawa przez Afrykę (kontynentu, którego na razie się boję), oswojenie się, Maroko, Algieria, Tunezja, Libia, Egipt. A potem już tylko Izrael, Syria, Turcja, Bałkany (moja biała plama). Marzenie. Doable.

on Polish-German relationships

Wednesday, July 18th, 2007

It’s been a year now I’ve been working for a German company. I’ve spent quite some time in the lovely country of beer, schnitzel and pommes frites. For the anniversary I wanted to write a serious note on Polish-German relationships, stereotypes and so on. But I won’t. I will tell you a bullshit story instead.

Last week I was out with 2 other Polish guys to a pub in Heildelberg. Sitting, drinking beer, speaking not too loud (not to scare anybody with our Slavic language). Then a group of drunk young German guys came. 15 of them. And of course they started talking to us. I was expecting troubles. So when the question “where are you from?” finally came up I thought “oho… it’s coming”. “Poland.” “Whaaaat?” “We are from Poland.” “Aaaaaa, Polen…. VODKA!” Yeah – so, finally. The best words we could hear from the young Germans. No “Polish people still cars” as we heard so many times before, but “vodka”. So we ended up drinking Polish vodka with them, buying each other a round and sharing these magnificent moments. Nice.

What does it mean to me? The new generation of Germans again starts to value and respect Polish people for the good stuff and our uncommon abilities (vodka!). Hopefully I soon will no longer have to deal with assholes calling Polish people thieves so I would not have to give them a quick history lesson about WW2, 50 years of communism and poverty. And our not-always-good relationships will become a song of the past. And the day will come when we would really forget the memories and just sit together and drink. And make a toast. Für Grünewald!

This week I am again working in the German HQ. Staying in a village close to Speyer and driving a tiny car that makes me smile. :D Sleeping a lot! Today driving to Nürnberg to meet up with Tina (German girl met in Mexico, too nice to be German ;-) ). Feels a little bit like vacation. 

For you, I’d give up all I own and move to a communist country

Friday, June 8th, 2007

Biurową ciszę zagłusza dźwięk telefonu. Niespodziewana moc melodii sprawia, że wszyscy Kollegen odrywają wzrok od monitorów i oczami szukają posiadacza telefonu z tak niespotykanym dzwonkiem. Uśmiechaja się, bo to miła odmienność od codziennej rutyny i wszechobecnych standardowych ustawień. A ja uśmiecham się do nich. Jeszcze chwila, gdy zerkam na wyświetlacz kto dzwoni i odbieram krótkim “Siema”. Kollegen wracają do pracy nieświadomi, że ta fajna melodia, która tak bardzo im się podobała, to pierwsze takty Stawki większej niż życie.

Spent a week working in Waldorf and staying in Oberflockenbach. At first it felt like vacation… Countryside, fresh air, nice weather, big bed, room with a balcony. Big Salsa Party in Heidelberg on Wednesday. But after a week of spending too much time with 2 Hungarians and 1 Polish I feel like I need more privacy. But finally – the weekend has landed. Since I am not coming back to Poland for a weekend I had to arrange my time here in Germany. Just in case took my palm with GPS maybe to visit around. So I started planning and checking how far it is to some cities around. Chose HOME, calculating…, 450 km, 4 hours.

Hey Nacho, what are you doing this weekend? Are you in Brussels, can you sleep me over? I will be coming with a friend. What kind of party? Garden party, barbecue… Awesome! I’ll be there.

Hey Aurelie! You bitch, you never pick up! I am coming to Brussels for a weekend. Just to let you know. I hope to see you! Ciao!

So the story continues… Brussels again.

airport reality

Friday, September 8th, 2006


Another Friday jump Frankfurt-Warsaw. Next week in Warsaw. I am sick, wanna rest. Got project opportunity in Bruxelles. Half a year. Very good client. Really hope this will work out.

WANTED

Thursday, September 7th, 2006


Warning on the main door of the building I work in (Walldorf, Germany).

Factory worker

Friday, September 1st, 2006

On my way to the SAP “factory”. Walldorf – Germany. Everyday reality.