Sunday, August 26th, 2007
[21-8-2007, Kashmir, Srinagar, Needin Lake, houseboat Peony]
Dojechaliśmy do Kashmiru. Pierwsze wrażenie bardzo złe. 300 naciągaczy chce zabrać Ciebie niezobowiązująco i pokazać swój domek na wodzie na pobliskim jeziorze (z których słynny jest Kashmir). Same jeziora z autobusu wydają się być zarośnięte glonami. Za punkt honoru stawiamy sobie asertywność. Z autobusu w którym połowa to turyści (z czego 2/3 to Izraelici) wysiadamy ostatni dopiero na stacji docelowej. Pozostali turyści zostają porwani przez naganiaczy (sympatycznych, dobrze ubranych, z komórkami lepszymi niż moja - lesson learnt: nigdy nie ufaj Hindusowi, który ma lepszą komórkę niż ty). Tu po prostu biją się o turystów. Na stacji autobusowej znowu nas atakują. Bierzemy ich na przeczekanie, załatwiamy swoje sprawy a następnie wymaszerowujemy z postanowieniem najpierw wypicia herbaty, a potem lets see. Herbata z kolejnym naganiaczem, którym Koala wdaje się w dyskusje o życiu. To dla niego nowa lekcja asertywności, z której wychodzi obronną ręką na swój uprzejmy, śmiesznie stanowczy sposób. Uczymy się tego raju. “How much for a ride to Nagin Lake?” “120 ruppies.” “You must be crazy.” I śmiech. I następna rikshaw. Tak długo aż gościu mówi 60. My 50. On buja głową na boki cokolwiek to znaczy, a my wsiadamy interpretując to jako “whatever”. Wywozi nas co prawda w inne miejsce niż się spodziewaliśmy, ale ok. Jesteśmy nad brzegiem, są łodzie, możemy wybierać. Jest 5 naganiaczy trochę zaskoczonych faktem, że sami nagle pojawiliśmy się pod ich przed ich domami. “Sir, see my houseboat first” mówi Hindus, którego skóra na skutek jakiejś choroby przebarwiła się na kolor biały. “And then my, ok?” przekrzykują się. Wchodzimy na pierwszą barkę. Widzę i nie wierzę swoim oczom. Sufity wyłożone mozaikami z drewna, piękne kolonialne meble, kryszałopodobne żyrandole, chińskie wazy w rogach pokoju, moziężne popielniczki, poduszeczki na kanapę obszyte tym samym, ładnym materiałem co zasłony, tarasik na rufie z pięknym widokiem na jezioro. 2 sypialnie z łazienkami i wannami, jakieś 80 metrów kwadratowych. Koala nie może uwierzyć i ma zachwyt wypisany na twarzy. Ja lepiej radzę sobie z nieokazywaniem emocji. Wzdycham gdy siadamy w saloniku. Nie ma szans, że zaakceptujemy cenę. Rozmowa przyjemna, nieśpiesznie do sedna, właściciel błyszczy kulturą, klasą i obyciem, “so sir, how much would it be for a night for us? tell us the big number”, “you want double room, 2 meels per day?”, “yes, sounds good”, “then I can give you 300 ruppies each” (=2×7,5$) “and what if we take both rooms? I mean the whole boat for us”, “400 each”. Nie mogę uwierzyć. Ale zasada człowieka asertywnego brzmi, żeby nigdy nie brać pierwszej zaprezentowanej oferty. “No matter if we come back or not, Sir, I wanted to tell you that you have a really nice boat”. Kolejne nie robią żadnego wrażenia. Wszystkie są troszkę tańsze, niektóre mają telewizory, ale mozajek z drewna na suficie nic nie przebije (pewnie jakiś historyk sztuki albo pan Stefan z mieszkania Tomka znalazłby na to lepsze słowo niż mozaika
). Wracamy. Powtarzamy szczegóły. Bierzemy całą łódkę! Dalsze szczegóły. O której kolacja, o której przysznic (bo muszą napalić drewnem), czy jesteśmy wegetarianami, co na kolację.
Spędzamy czas z właścicielem, na rufie, gawędząc. Idziemy do sklepu, napełniamy lodówkę napojami. Od czasu do czasu pojawia się duch-pomocnik Bashir. Nigdy nie puka. Jest jak część rodziny, służący, który robi swoje, nie widzi, czego nie powinien i stara się nie przeszkadzać. W moim świecie nie powinno być relacji pan-służący, ale w tym przypadku jest to bardziej przyjaciel, pomocna dłoń, friendly ghost. Dostajemy do podpisania dokumenty. Patrzyamy wstecz w księgach. W rubryce REMARKS ludzie z całego świata dziękują za gościnę, za cudowne chwile, załączają wesołe rysunki. Potem dalej tarasik, aż w końcu Bashir serwuje ogromną, pyszną kolację w stylu indyjskim. Wszystko jest idealnie. Nawet jak dla Koali (typ pedant-esteta). Wciąż nie możemy uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.
Późnym wieczorem w stanie upojenia na rufie naszego królewskiego houseboatu wymyśliliśmy z Koalą, że to nie może być prawdą, że it’s too good to be true, że prawda jest taka, że zginęliśmy na jednej z mijanych serpentyn i trafiliśmy do nieba. Pociągnęliśmy tę wizję dalej poprzez podliczenie statystyk kto z nami trafił do nieba (strasznie dużo Żydów i tylko kilku potencjalnych katolików), co każdy z nas wziął ze sobą (Szymon ma wszystko, od scyzoryka przez ipoda, 2 aparatów, aż po laptopa), aż do analizy otaczajączego świata (przepis na niebo - bierzesz Morskie Oko w Tatrach, rozciągasz, wrzucasz 1 mln Muzułmanów-cywilów i 100 tys. Hindu-żołnierzy z karabinami i kamizelkami kuloodpornymi. Generalnie ulice nieba przypominają atmosferę Iranu, język - Kashmiri także zbliżony do Farsi - perskiego). I że jak za 3 dni, tydzień, czy kiedyśtam zdecydujemy się wyjechać Bashir stanie nam na drodze, pokiwa palcem i powie “yyyy-yyyymm jeszcze nie zrozumieliście? Nie możecie stąd wyjechać. Wasze życie, jakie pamiętacie, już nie istnieje. Musicie tu zostać. Witam w niebie… Czy wiecie kim jestem?” Tak właśnie się czujemy. Albo jesteśmy w niebie, albo kryje się za tym jakiś przekręt. Ale o tym przekonamy się jutro.
Zasypiam w wielkim, rzeżbionym łóżku bardziej przerażony myślą, że naprawdę umarliśmy i naprawdę jesteśmy w niebie, niż obawą, że możemy być potencjalną ofiarą dalszego naciągania lub oszustwa.
posted in bullshit, in-polish, travel | country: india | trackback | 1 comment »
Sunday, August 26th, 2007
Amazing mountain pass from Leh to Kashmir. 480kms in 2 days (with an overnight stay in some shitty village). Avarage speed: 30kms per hour. Bumpy ride.






posted in bullshit, in-english, photos, travel | country: india | trackback | no comments »
Sunday, August 26th, 2007
[Leh, 20-08-2007]
AMS - Acute Mountain Sickness. Symptoms: headache, lethargy, dizziness, difficulty sleeping, and loss of appetite. Had all of them. Recovery usually takes a day or two. Three days and two nights in my case. Rested a lot, slept 12-16 hours per day, sweared like hell and got better. Lesson learnt: taking a flight to high altitude is not the best idea. Take a bus instead.
But the flight itself was so worth it. Delhi-Leh. Over snowy mountain tops and exciting landing (lowering down to the tops of hills surrounding Leh, then a narrow 180 degrees turn and a smooth touchdown - priceless). Koala was waiting for me at the airport.
Luckily Dalai Lama himself was visiting the around so luckily we’ve seen him (and took some pics). White skin got us straight to the VIP sector. Lots of luck.
After 3 days in Leh we are going to Kashmir.




















posted in bullshit, in-english, photos, travel | country: india | trackback | no comments »
Saturday, August 25th, 2007
After days in Ladakh and some lazy time in Kashmir I am going south. Now I am in McLeod Ganj - the residence of Dalai Lama. Later Amritsar, Delhi, Jaipur, Agra. So few days left and so many places to visit.
I have some stories and pics, but have no patience to upload them using overpriced Internet. I will do that later.
Anyway… see you around.
posted in bullshit, in-english, travel | country: india | trackback | no comments »
Thursday, August 16th, 2007
All pictures were taken in Varanasi, India.
6am boat trip:






during a breakfast in a roof top restaurant we watched (and were watched by) monkeys on the surrounding buildings
Ganges blessing evening celebration:












Varanasi Panorama:


[update: 26-08-2007]

Rikshaw ride.
posted in photos, travel | country: india | trackback | no comments »
Thursday, August 16th, 2007
[Varanasi 2007-08-14]
What an amazing day. Wake up at 4:30 with a strong will to take a boat trip on Ganges river right after the sunrise. Of course since the very begining one guy approached me offering a boat and wouldn’t let it go saying that he is the only option and there is no other way to make this trip for a single person if not with him for a tremendous price. I have just ignored him and tried to join some other big, big group but the people who were aranging tours wouldn’t let me in (perhaps the whole groups were ripped off). So I was wandering around in the morning rain losing my hope and the guy was still not backing off.
I take a rikshah to the train station to buy a ticket for the day after. (More about rikshaws later on). After waiting in a line of tourist for 30 minutes and after 2 powercuts, 2 office floor cleaning breaks I manage to get a ticket. Not for the train I wanted, cause that one was sold out, but on the earlier one. On the other hand train never seem to be on time here anyway. I have tried the lower class sleeper last time and it was ok, but this time I am going for some luxury - 3-AC (3 levels of beds in a cabin, air conditioning).
Then I met another guy (funny American) and his buddy (blue raincoat Brit) and then a couple of Spanish people. So we were 5 looking for a cheap option. It is a raining season, so the Ganges is up, so currents are strong, so rowing is more difficult, so prices are higher, but we were all experienced India tourists (
), so it was the matter of honour not to get ripped off. So finally we went down with the price to the acceptable level, came to the agreement with the guy that was bothering me for the last hour and at 6 we have finally set off. Watching how hard it was to row I felt sorry for the guys, but on the other hand they were trying to rip us off terribly at the begining, so no tips. A light monsoon rain was puring all the time, but this is something you get used to (even though I was wearing just a t-shirt and it was early morning I was fine). I made some nice pictures of people washing themselves up in the gaths by Ganges river. We see a real monkey group attack on some food store. The annoying guys seem to be ok, just too pushy and “clever”. So everything works out. Then together with the American and the Brit we have a breakfast at the rooftop restaurant next to a busy street and monkeys playing on the other buildings.
Then I drop off everything in the hotel and go to the Golden temple of… shiva penis. Right. Got a blessing. You cannot bring anything in the whole neighbourhood cause there were some bomb attacks so now they are paranoid about security (and doing a good job).
Then I get lost in the narrow streets and wonder around for some time till I find some main road, and some more time before I know where I am.
Willing to try something different to my hotel’s restaurant (good and cheap btw), I go to a place called German Bakery where they have all kind of good and fancy food India, Thai, European… whatever you can imagine. All kept in a laid back atmosphere. I meet Beatriz - a cute female Columbian freelance journalist. We talk much about traveling in India, sharing observations, experiences, about traveling in general, about plans, ambitions, about Poland, Columbia. We exchange email addresses (being watched with waiter-boys all the time - no privacy in this country), hug goodbyes and go our ways.
Then I go to the night ceremony of fire, music, smells, flowers, water by the river. I made many amazing pictures there. People are really great. I am doing my best not to disturb anybody, but they are so nice even moving away and giving a place so I can get a nice shot. And the ceremony is amazing. And I even stepped into Ganges to get some good shots. I hope I will not get sick of that cause water in the holly river is super polluted . I am so impressed.
After such a day I feel truelly happy. And I really feel like I change my attitude. Finally I get the right attitude. I am starting to trust people, I start joking with guys who offer to give a massage to my neck, I play with kids, I talk to friendly rikshaw guys. Then I head up to the hotel… But the best is still to come. I meet Raja Baba… But this is a different story for another note. And this is still an open story. To be continued…
Before I came to India I talked to Nacho (my Spanish buddy from Brussels). He had just came back from India. And he told me “Amazing country. But so challanging. You will see.” I think after 3 days I understood what he meant. It was while taking a cycle-rikshaw. This guy took me for a 2 minutes ride, being all exposed to the rain, on bumpy streets, hardly being able to make it at some moments. I felt so bad seeing it. This guy was doing that because of me. And I will pay him really shitty nothing in return. Thing that should not be. (My second reflection though was that it would be interesting to do that job for some time as a white guy in India
). On the other need if you use a motor-rikshaw instead this guy is let with nothing. Nacho, I know you have such a good heart (deep beneath your hairy chest :P) and I know you must have felt the same.
Photos will come later on. Memories fly away more quickly than images.
PS. [Delhi 2007-08-16] I am back to Delhi to catch a flight to Leh on 17th 5:30am.
Nie mam kontaktu z Koala (wylaczony telefon). Jak sie nie znajdziemy, to wyglada na to, ze sam lece w Himalaje.
posted in bullshit, in-english, travel | country: india | trackback | no comments »
Monday, August 13th, 2007
Pełne wrażeń 2 dni w Indiach. Uczę się tego kraju. Na razie jestem nieśmiały i niepewny. Mnogość doznań, widoków, twarzy, zwierząt, zapachów. Dokładnie wszystko jest nowe, nieznane, inne. Daję sobie czas na aklimatyzację. Muszę się nauczyć jak się poruszać, zachowywać, dawać radę.
Przylatuję do Delhi 11 sierpnia rano. Z lotniska autobusem do centralnej stacji koleji, od razu przyzwyczajam się do widoku auto-rikszy, których wokół są tysiące, szybko przechodzę przez bazar (okolicę hosteli), cośtam jem, kupuję jakieś drobiazgi i już tego samego dnia po południu jadę pociągiem do Varanasi (na wschód). Pociąg oczywiście odjeżdża z ponad 3 godzinnym opóźnieniem, ale spędzam ten czas ze spotkanymi na peronie Brytyjkami, którym wszyscy zaglądają w dekolty. Przynajmniej nie jestem największą atrakcją. Oczywiście najłatwiej kontakt nawiązuje się z dzieciakami. Lesson learnt: nie puszczać oka do mamusiek.
Jadę sleepers’em (2nd class, no AC) razem z Japończykiem Takashi i całą masą lokalesów. Wrzucam plecak pod siedzenie i przypinam kupionymi wcześniej łańcuchami. Zamawiam posiłek wegetariański (ryż + leczo + przyprawy + więcej przypraw zapakowane w folową torebkę jak dragi, wszystko to na aluminiowych tackach zawinięte w folię aluminiową) - lepsze niż w Lufthansie.
I kolejna lekcja - po spożyciu opakowania wyrzucamy za okno (wbrew moim zasadom, ale ulegam lokalnym znawcom obyczajów). W nocy dosiada się jeszcze parka mieszana Hiszpanów. Zasypiam twardo i budzę się koło 10tej.
Stoimi na jakiejś stacji. Nagle Hiszpanie zaczynają robić zamieszanie. Biegają, pakują się, mówią, że przejechaliśmy Varanasi. Wyglądam za okno, patrzę na zegarek… hmmm… może i przejechaliśmy, ale na pewno nie wysiadam tutaj, toż to jakieś zadupie totalne jest. No ale Hiszpanie, wiadomo, w gorącej wodzie kąpani, i już za chwilę widzę ich na peronie przeskakujących przez tory i pędzących do stacji. Za moment przyjeżdża lokalny pociąg z przeciwnego kierunku, obładowany ludźmi, z boku podwieszone rowery, w środu masa pakunków. Okazuje się, że jest tylko jeden tor, a to była mijanka. No dobra, no to brniemy dalej w nieznane. Na spokojnie z Takamashi próbujemy ustalić fakty. Decydujemy się wysiąść w Mau, 2h od Varanasi, i tam złapać express z powrotem. Dojeżdżamy ekspres stoi 2 tory dalej, bieg, ale express od razu rusza i nam ucieka. No trudno.
No to jesteśmy w Mau (mieście którego nie ma w Lonely Planet, OMG!
). Szaro, same riksze rowerowe, kropi, a potem zaczyna się potworna ulewa. Ludzie się na nas gapią, a my siedzimy sobie i czekamy. Jakieś tam interakcje z ludźmi. Fajka z rikszabrzem, pokazywanie książki sprzedawcy orzeszków, zabawa z 2-letnim dzieckiem (mama nawet dała mi potrzymać księżniczkę, ale ta zaraz zaczęła płakać). Pociąg spóźnia się 5 godzin. Docieramy do Varanasi wieczorem po zmroku.
Przepychanki z rikszarzami w końcu bierzemy pre-paid’a. Jestem zmęczony, nieufny i arogancki. Jeszcze nie potrafię odróżniać złych twarzy od dobrych, przekrętu od chęci pomocy. Do tego deszcz, i ulice zalane na 15 cm. Rikszarz chce nas podwieźć pod hotel, chce wyminąć korek na głównej drodze i skręca w ciemne wąskie boczne uliczki. Jak zaczyna jechać w przeciwnym kierunku wietrzę postęp, wkurzam się i besztam go. “Excuse me sir, but I know the way.” Zupełnie niepotrzebnie wybucham. Każę mu zawieźć nas do głównego placu. W końcu docieramy. Rikszarz mówi jak dojść do hotelu, dziękuje i żegna się. A mi głupio, bo był miły, a ja nie.
No to zostało tylko zadanie znalezienia hotelu. Wokół masa pomocnych młodzieńców, którzy nie chcą się odczepić, ale chcą Cię zaprowadzić tylko do ichniego hotelu, bo w tym co wybrałeś nie ma miejsc. Jeden jest wybitnie natręny, nie chce się odczepić. Ignoruję go i pytam sklepikarzy o drogę. On twierdzi, że zna drogę i że zaprowadzi, ale ja znowu jestem bezczelny i próbuję go przegonić. Giniemy w gąszczu uliczek szerokich na półtora metra. wszędzie ludzie, pootwierane sklepiki, handel wszystkim, brud, krowy, kozy, kupy, ulewa. Natręt idzie cały czas z nami, a ja co jakiś czas pytam się sklepikarzy, czy na pewno idziemy w dobrym kierunku. “To the left sir, welcome to Varanasi.” Jak w dzielnicy wysiada elektryczność, to przestaję besztać natręta, który ma latarkę i tylko modlę się o jego ucziwe intencje. Docieramy do hotelu o 21. Nie ma pokoi, ale będzie jeden po 23. Jemy pierwszy tego dnia posiłek w hotelowej restauracji na tarasie z widokiem na spowity w ciemnościach Ganges. Schodzą emocje. O 23 dowiadujemy się, że nie ma pokoju, recepcjonista dzwoni do innych hoteli, w trzecim mają miejsca, przychodzi boy. Prowadzi nas ciemnymi ulicami przez 5 min i zachrypniętym głosem opowiada ciekawe rzeczy o Varanasi. Hotel słaby, obsługa ponura, pokój mały (jak na Okopowej), tylko podwójne łóżko i ściany. Kibel/prysznic w jednym wspólny. Bierzemy razy dwa. Żegnam się z Takamashi. Marzę tylko o prysznicu i przebraniu ciuchów, które założyłem jeszcze w Gdyni. Robię to i padam spać przy zamkniętych oknach i wirującym wentylatorze. Pierwsza noc w łóżku w Indiach. Uratowany.
Dziś (13 sierpnia) pobódka o 10tej, powrót do ładnego hotelu, a potem szwędanie się po ulicach. Odwiedzam miejsca gdzie palone są zwłoki. Zaduma i przygnębienie. Chodzę brudnymi ulicami. Nieśmiało zaczynam robić zdjęcia. Bardzo uważam (bardziej niż inni turyści z równie wielkimi aparatami). Trochę żałuję, że nie wziąłem też małej cyfrówki. Wracam do hotelu koło 18stej. Na dziś wystarczy. Muszę uważać, żeby nie przeholować fizycznie. Piję dużo wody, 3 prysznice dziennie dla ochłody. Organizm stary i nie przyzwyczajony, a warunki niezwykłe.
Uczę się Indii. Są zupełnie inne niż wszystko co widziałem wcześniej. Fakt, że podróżuję sam wzmacnia doznania, sprawia, że odbieram wszystko bardziej, mocniej. Masa czasu na przemyślenia. Na pewno cenne doświadczenie.
Dalszy plan - 2 dni w Varanasi, potem powrót do Delhi, żeby 17stego polecieć do Leh - daleka północ, Himalaje.

Bazaar street in Delhi.

Mau.

Mau.

Gimme some power.

Ganges view from Alka Hotel.

Ganges view from Alka Hotel.

Streets of Varanasi.

Pilgrims in Varanasi.
posted in bullshit, in-polish, photos, travel | country: india | trackback | 3 comments »
Friday, August 10th, 2007
English version will follow later (or not).
Lot z niespodziankami. Wylatuję z Gdańska do Warszawy planowo, by tam dowiedzieć się, że lot to Wiednia został s’cancel’owany. Nerwy, że podróż przeciągnie się w nieskończoność, wizyta w biurze Austrian, opcja Monachium, nie jednak Wiedeń. Okazuje się, że Wieden-Delhi jest opóźniony aż do wieczora i że zdążę na niego dolecieć następnym Warszawa-Wiedeń. No więc Executive Lounge (ubrany jak śmieć w Meksykańskim wdzianku wśród smutnych panów w garniturach). Jak w Fight Clubie - single-serving friends, kola, piwo, kawa, snack. Warszawa-Wiedeń, sprite, i znowu Executive Lounge, sok, gulasz, herbata, piwo. Planowany odlot 21:00 (miało być 13:25).
Na lotnisku w Wiedniu dwie znajome twarze - koleś ze studiów i gość z Accenture. Obaj służbowo - nie podchodzę. Wiadomość z pracy na sekretarce. Oddzwaniam. “Szymon, czy mogę w razie czego dzwonić do Ciebie w czasie urlopu?”. “Nie wydaje mi się, będę w innej strefie czasowej.” Niemiec w życiu by tak nie zapytał. Chyba, że waliłby się świat, to wtedy wysłałby smsa. A Polak potrafi.
Zaczynam wakacje. Czuję się dobrze. Problemy nie istnieją (znowu potwierdza się, że problemy, są lokalne - wystarczy się trochę oddalić i już nie istnieją). Czytam - wcześniej Kapuścińskiego, teraz Pałkiewicza. Zbieram w głowie “smaczki”. Np. w Afryce obcego gościa traktuje się jak boga. Tak na wszelki wypadek. Lepiej zachować ostrożność i ugościć przybysza niż potencjalnie narazić się bogom. Albo: co roku na świecie na malarię choruje 150 milionów ludzi, 1 na 100 umiera. Czuję, że włącza mi się kreatywność. Mózg gdy nic nie musi zaczyna robić to co lubi. Przemyślenia odnośnie sensu, celu, sposobu. I podekscytowanie podróżą w nieznane. I jeszcze ten cholerny przewodnik, do którego zmuszam się by zajrzeć. Brak planu - zdaję się zupełnie w ręce losu. Może zatrzymam się w Delhi, a może od razu pojadę dalej. Like fish in a sea.
posted in bullshit, in-polish, travel | country: india | trackback | no comments »
Thursday, August 9th, 2007
My passport (and visa) arrived with a delay. One more day and there would be no trip. But fortunately everything worked out this time. You can achieve quite a lot with some patience and politeness. So tomorrow, with God’s help, I will be far, far away. Alone with my backpack in a strange land. Still had no time to read the guidebook. Will do that on a plane. On a very last moment. And then, shall the adventure begin. Just another dream coming true. So easily. I was looking for a nice self-portrait for facebook (narcism, hell yes) and found this one (crop from a bigger picture):

in Sandra’s glasses (Mexico’2007)
Wish me luck!
posted in bullshit, in-english, travel | country: india, mexico | trackback | 2 comments »
Tuesday, August 7th, 2007
The work stress is changing into a travel stress… and I kind of like it. Not ready for my travel at all. Haven’t looked into the guidebook yet. I hope I will have enough time for that on a plane. The idea of the travel is to visit the Northern part of India - the desert of Rajastan, Himalayas and the holy city of Varanasi. Let’s see how it works out.
I’ve had many shinny days recently. Full of laud and honest laughter. Hanging around having fun and getting to know each other. Putting aside this-will-not-work thoughts and just giving it a chance. Fair enough.
Crazy headhunters stroke me with double power. I have no idea why, but I am getting like 3-5 emails per day with “once-in-a-lifetime opportunities”. Crazy motherfuckers want even to arrange phone interviews when I am in India. Damn, I hate this pushy approach. But I am taking it easy and just checking the options. I kinda like my job so no quick moves - just looking around.
posted in bullshit, in-english, travel | country: india | trackback | no comments »
Monday, July 23rd, 2007
GOING TO INDIA on 10.08 - 04.09! Not planned at all. Decided today, urlaub taken, tickets bought! I love it!
Andrzej and Asia got married this weekend. Nice feeling to participate in that (and be the best man) after so many years of history together. Remembering the old times - long hair, hardcore parties at Orbital, going to concerts together, drinking one bottle of wine each straight from a backpack (to hide from the police), so many nights I slept over at their place watching movies, drinking beer, hundreds of games of pool played in Ygrek while having some hours off during the classes… And now - adult lives, working, having wives, driving cars, changing flats… Anyway, I really had so much fun on their wedding and the party afterwards. I am too modest to say that I was the king of the dance floor, but for sure Justyna (my dancing partner) was the queen! And she left me with an aching knee. Totally worth it!
Visited Tina in Fürth. And this feeling for having a person cut out of a photo and put together with a different background which doesn’t fit to an image kept in ones head.
Now - off the projects, taking a deep breath in Gdynia. Summertime.
posted in bullshit, in-english, travel | country: india | trackback | no comments »