the road this far can’t be retraced. what did I come down here for?

Tuesday, January 19th, 2010

(English version below)

Mam prośbę. Składam do kupy swoje portfolio. Bardziej na potrzeby lokalne boliwijskie, niż jakiekolwiek inne. Prośba jest taka, jeżeli masz jakieś swoje ulubione zdjęcie, z tych co zrobiłem, to daj mi o tym znać. W komentarzu, mailem, czy jakkolwiek. Najlepiej bezpośredni link do zdjęcia albo postu.

I am trying to put my portfolio together. So if you have your favourite photo (or a couple of them) of the ones I’ve made, please let me know which one it is. You can send me a link to a photo or to a post via comment or email.

GRACIAS!

powiedz temu kogo spotkasz, że nie ma końca ta historia

Tuesday, January 12th, 2010

Są blogi ciekawsze. Bardziej o podróżowaniu. Z lepszymi zdjęciami. Są blogi “profesjonalne”, pełne praktycznych informacji. Są blogi gdzie autorzy nie przeklinają, nie wylewają swoich smutków, żalów i przemyśleń. Są nawet blogi, których autorom nie wypadają włosy!!! Jest masa takich blogów. Czytam kilka, zaglądam na dziesiątki. A próba wyłonienia najlepszego, cóż moim zdaniem się nie da. To bardziej plebiscyt, który blog trafia do największej liczby odbiorców. Kto najczęściej uaktualnia, kto jest “najatrakcyjniejszy”. A ja lubię nic nie musieć. A ja lubię wrzucać to co lubię. A ja lubię swoją niszę, swój kawałek internetu. A ja nie lubię feedbacku, bo ma być po mojemu, a nie po twojemu. Bo to jest mój blog. Szalalala.

Ale znowu to zrobiłem, zgłosiłem bloga do Konkursu Blog Roku 2009. Żeby się podlinkować głównie. Oblukajcie kategorię Podróże i szeroki świat. Ludzie robią naprawdę niesamowite rzeczy. Lektura niektórych z tych blogów zastępuje mi książki na tym moim wygnaniu w Boliwii. Może i Wy znajdziecie coś dla siebie.

A jeśli już naprawdę musisz zagłosować, bo lubisz konkursy, to wyślij SMS o treści D00119 (de-zero-zero-ajnc-ajnc-noin) na numer 7144. Koszt SMS, to 1,22 zł brutto. Z jednego telefonu tylko raz można. Głosowanie trwa od teraz do 21.01.2010 do 12:00. Zysk podobno idzie na coś charytatywnego. Ale lepiej, zaoszczędź, odwiedź mnie w La Paz i kup mi piwo. Tyle w tym temacie.

[Update: głosowanie zakończone, znowu nie wygrałem, oh well, czas bardziej okopać się w mojej niszy]


[foto by Gabicha]

PS. Żartowałem, chcę wygrać tego laptopa za 2950 zł netto, głosujcie na mnie, kurwa, a mój blog i tak jest najlepszy.

Przyjeżdża Orkiestra, czyli o podróżowaniu i o zderzeniach światów

Sunday, October 11th, 2009

Hej,

Trafilem na Twoj blog dzisiaj. Wiele mnie ciekawi, o wiele moglbym pytac, ale teraz interesuje mnie jedno. Napisales gdzies, bedac w Polsce, ze widziales film “Przyjezdza Orkiestra” i on pokazuje to, co w podrozowaniu tak bardzo Cie wciaga. Czy mozesz mi powiedziec, czym jest “TO” wlasnie dla Ciebie?

Pozdro,
Marcin

###

Marcinie,

Dziękuję za maila. Z grubej rury uderzyłeś. Zamiast pytać o bagaż, aparat, czy koszty, Ty pytasz mnie o SENS, pytasz PO CO? Czym jest TO, co sprawia, że warto podróżować. Postaram Ci się na to pytanie odpowiedzieć.

Nazywam to “zderzeniami światów”.

Film (“Przyjeżdża Orkiestra”) doskonale to ukazuje. Orkiestra złożona z egipskich policjantów ląduje na obcej ziemii. Żeby było ciekawie, są to Arabowie na Izraelskiej ziemii. Ubrani w śmieszne oficjalne, niebieskie mundury. Nikt na nich nie czeka, muszą radzić sobie sami. Wszyscy są przerażeni. Banda młodych i starych mężczyzn, każdy o swoim charakterze, historii, każdy z nich jest w orkiestrze z zupełnie innych, swoich powodów. Odpowiedzialny starszy stopniem oficer decyduje: jedziemy sami, mamy przecież zagrać koncert, tam przecież na nas czekają. I jadą, mylą im się miasta, lądują na jakimś zadupiu, mącąc codzienność tego miejsca. Wszystko jest inne od tego co znają, jedzenie, domy, klimat, język, kultura, zachowania. I tu zaczyna się jazda. Nie ma hotelu, wszyscy patrzą na nich jak na dziwaków/przebierańców. I zaczynają się te małe kroczki, wąchanie się, zbliżanie, znajdowanie wspólnych płaszczyzn porozumienia. A w końcu lądują w mieszkaniach prywatnych, na kanapach i każdy z nich przeżywa inną przygodę. Młodzi idą na imprezę i próbują znaleźć sobie “prostą miłość”, dziewczynę na noc. Starszy oficer otwiera się przed piękną właścicielką restauracji, rozmawiają o życiu, rodzinie, swoich przejściach i w końcu też mają swoją małą historię. Albo zderzenia z absurdem, jak scena z czekaniem przy budce telefonicznej, coś co w innej społeczności jest normą dla przyjezdnego jest czystą abstrakcją. I potem scena wyjazdu. Już nie są sobie tak obcy jak wcześniej. Z dziwaków i przebierańców stają się ludźmi, którzy przez moment dzielili jakąś historię. Poczuli “porozumienie dusz”. I grają na koniec swoją melodię. Choć nie po to przyjechali przecież, żeby zagrać przed właścicielką małej restauracji i lokalnymi bezrobotnymi pijaczkami. Jednak dla nich ważne jest, żeby podzielić się z nimi swą muzyką. A i “słuchacze” dorośli już, by tej muzyki wysłuchać. Piękne symboliczne zakończenie wyjątkowej przygody, którą razem przeżyli.

Film jest bardzo dobry. Doskonale uchwycone zostały te małe szczegóły, który jednak przecież bardzo definiują kim jesteśmy i skąd przychodzimy. Małe różnice zachowań, nawyków, szczegóły, jak na przykład, to ile Egipcjanie palą fajek, to jak pozornie twarda i szorstka jest izraelska kobieta. A potem to wszystko się zaciera i przestaje dziwić.

Więc czym jest dla mnie podróżowanie? Jest pasją. Godzinami mogę patrzeć się na zmieniające się za oknem widoki. Uwielbiam wysiadać na obcych dworcach nie wiedząc, co przydarzy mi się w tym obcym mieście. Lubię włóczyć się bez celu ulicami, kojarząc tylko mniej-więcej strony świata i na czuja wchodzić w coraz ciaśniejsze uliczki. Lubię wybierać jedzenie nie mając pojęcia, co mi się przytrafi, próbując coś przewidzieć tylko po wyglądzie, pojedynczych znajomych słowach, cenach. Lubię wczuwać się w rolę tych napotkanych ludzi, którzy żyją tak bardzo inaczej niż ja, lubię próbować odgadnąć jak to jest być nimi, czy też po prostu na krótką chwilę zagościć w ich życiu, kupując coś, pozdrawiając, uśmiechając się, czy bawiąc się z dziećmi. W końcu, pasjonuje mnie nieustanne odkrywanie, że ci napotkani ludzie, tak bardzo odlegli kulturowo, społecznie, geograficznie, to jednak problemami są tuż obok. I uwielbiam tę magiczną nić obustronnego porozumienia, kiedy czujesz, że nawiązałeś komunikację z drugą osobą, i że ROZUMIESZ. I to chyba właśnie to porozumienie jest dla mnie najważniejsze.

Nie trzeba podróżować daleko, żeby doświadczać “zderzeń światów”. Występują na każdym kroku. Zawsze tam gdzie spotyka się dwoje ludzi. Bo przecież każdy z nas jest wyjątkowy, unikalny, jedyny w swoim rodzaju. Pochodzimy z różnych domów, miast, kultur, religi. Wychowaliśmy się w różnych warunkach, na różnych szerokościach geograficznych, niektórzy z nas nigdy nie widzieli wojny, morza, oceanu, nigdy nie lecieli samolotem. Często oglądamy te same filmy, seriale w telewizji, śmiejemy się z tych samych żartów, mimo, że patrzymy na świat zupełnie inaczej. I właśnie eksploracja tych różnic, przełamywanie barier, znajdowanie wspólnego mianownika jest dla mnie tym CZYMŚ, dla czego warto to wszystko, to jest TO, co mnie pasjonuje i od czego jestem uzależniony.

Podróż to nauka. Nazywam to Uniwersytetem Życia. To wyjście z kwadratu znanych ulic, przetartych ścieżek. To lekcja nowego spojrzenia na świat. Inaczej smakują banany, gdy zobaczysz łodzie wypełnione nimi płynące Amazonką i potem spoconych tragarzy niosących ich wielkie kiście na głowach. Inaczej patrzysz na codzienne produkty, z których korzystasz, gdy zobaczysz plantacje bawełny, tytoniu, kawy, ryżu, herbaty. Inaczej patrzysz na produkty z etykietką “Made in India” czy “Made in China”, gdy odwiedzisz te kraje. To nauka “od dołu”. Historii, geografii, kultury, religii. To świat zupełnie inny niż ten widziany przez okno telewizora. Inaczej myślisz o Bogu, o wojnach religijnych, gdy porozmawiasz z buddyjskim mnichem, czy starcem siedzącym w meczecie. W każdym z miejsc zostawiasz kawałek siebie, ale wyjeżdżasz bogatszy, więcej rozumiesz.

Taka podróż, to także podróż do własnego wnętrza. Inne, zupełnie nieznane otoczenie, świat, gdzie nic nie jest znajome, brak zależności od ludzi, odziedziczonej kultury, rodziny, sposobu myślenia, wyzwolenie od propagowanych ambicji i presji, w połączeniu z innym klimatem, jedzeniem, to wszystko działa niczym narkotyk zmieniający percepcję, pozwalający spojrzeć na świat i siebie inaczej. Napotykani ludzie są często inspiracją, poznajesz milion nowych sposobów na życie. Umożliwia przedefiniowanie priorytetów i pragnień, krystalizują się nowe marzenia.

Pozdrawiam serdeczenie z La Paz,
Szymon Kochański

uśmiechu brak na twarzy, nienauczony marzyć

Monday, September 28th, 2009

Mam na imię Szymon, od 15 miesięcy nie pracuję.

To chyba było jak leciałem do Meksyku. Na 3-tygodniowe wakacje od korporacyjnej rzeczywistości. Wyjątkowo długie, zwykle tyle nie dają, ale szef – Niemiec, na szczęście kumał, co to życie prywatne i co to ciężka praca, i potrafił oddzielać te rzeczy od siebie, swoim pracownikom także starał się dawać choć trochę wytchnienia, gdy można było…

W każdym razie jestem na lotnisku. Kiedy to było? 2007 chyba. Czekam kilka godzin na ten lot międzykontynentalny kupiony za mile wylatane w korporacji. Lot z długą przesiadką w jakimś Monachium, czy Stutgarcie, ktoż wie co to było, widziałem te wszystkie lotniska tyle razy latając na delegacje. Dzieciak z laptopem, który lata do pracy co tydzień samolotem, kto by pomyślał, 2 lata wcześniej, jak kończyłem studia, że będę latał do pracy samolotem. Ale korporacja mnie wyczaiła, ex-bardzo-dobry-student, ambitny, potrzebują takich dzieciaków. Dobrze jeżeli przy tym w miarę wygląda i potrafi się wysłowić w zdaniach więcej niż pięciowyrazowych.

Dużo czasu do zabicia. Mega ulga i luz, że tym razem nie jestem na lotnisku w przyciasnym garniaku. Łażę gapiąc się na to wszystko. Kawiarnie, bezcłowy, alkohol, fajki, perfumy, koszulki polo, okulary słoneczne, walizki, zegarki… Wszystkie gadżety człowieka sukcesu. Łażę, patrzę. I widzę zegarek za 14.ooo euro. Holy shit! Włącza mi się myślówa. 14.ooo euro, kurwa, kogo na to stać. Gdybym miał 14.ooo euro… No właśnie. Co bym zrobił?

Nie, korporacyjne życie nie było złe. Przynajmniej nie ta druga praca. Dostałem na tacy, za darmo kilka błyskotek, za które niektórzy daliby się pokroić. Brykę z radiem i klimą, w kolorze jakimchciałem, telefon z nieograniczoną ilością impulsów. I to co dla niektórych było poświęceniem, a dla innych zbawieniem, pracę, dzięki której miałem namiastkę podróżowania. 100 czy 200 startów i lądowań w 2 lata. Poza tym ten blichtr życia, na którego bym pewnie nigdy nie zaznał, gdybym miał sam za to płacić. Hotele za 200 euro za dobę, z białymi jak śnieg, mięciutkimi szlafrokami, sauną i gym’em. Albo wtedy, gdy dali mi w wypożyczalni kabrioleta, sportowego Merca, i jechałem nim 210 z opuszczonym dachem po autobahnie. Albo Hilton w Sztokholmie z widokiem na zatokę i stare miasto. I niewyobrażalny stres na żołądku. Ale nie, nie było źle, toż dla niektórych ten blichtr, to niedoścignione marzenie, dla mnie ciekawe doświadczenie, zdecydowanie “coś nowego”.

Pierwszy kumpel “wykitował” (zwolnił się, zmienił firmę) po 6 miesiącach. Szef pyta co poszło źle. Mówi “Sorry, to nie dla mnie, nie chcę takiego życia, te wstawanie o 4 rano na samolot, a potem jeszcze 8h w pracy, to nie dla mnie.” A hotelewe pokoje są tak bardzo samotne. Zwłaszcza, jeśli przez 3 miesiące żyjesz w hotelu, gdzie otwierane na karte magnetyczną pokoje wyglądają tak samo, tylko zmienia się numer na drzwiach. Tyle razy zdarzyło się nam iść do recepcji z pytaniem “Przepraszam, zapomniałem jaki jest numer mojego pokoju w tym tygodniu.”. Obciach, nie? Zapomnieć numer swojego pokoju. I to nie raz.

Na szczęście w Brukseli udało mi się załatwić sobie mieszkanie na własną rękę, z Ignacio, hiszpanem, włochatą małpą. Mieszkanie i życie. Znajomych, spacery, imprezy, gofry, balkon. Piękna odskocznia od tej roboty po 10h dziennie. Było tak pięknie, ciężka praca, ale wszystko poza tym, jedna wielka, wspaniała przygoda.

Tak więc stoję przed tym sklepem i myślę sobie, co bym zrobił gdybym miał np. 14.ooo euro. Wtedy chyba wymyśliłem tę podróż. Wciąż nie wierzyłem, ze naprawdę mógłbym to zrobić, ale urodziła się szalona idea. Marzenie.

Kumasz, o czym mówię, doktorku?

Nie ma limitu, możesz gonić w nieskończoność. Za zegarkami, samochodami, domami. Albo w małej skali za nowymi butami, świecidełkami, kurteczkami, telefonami, gadżetami. Spoko, jeśli o tym marzysz i daje ci to szczęście, to dobrze, goń, goń, do utraty tchu i bądź szczęśliwy. Gorzej jeśli nie sprawia ci to szczęścia, a wciąż za tym gonisz i przysłania ci to cały świat. Lakierki i żel we włosach. Tacy kończą raczej źle.

Bez przesłania, bez komentarzy.

PS. Przepraszam wszystkich wyczulonych na język, za to, że użyłem wulgaryzmów.

życiowi nomadzi a problem realizacji marzeń

Saturday, September 12th, 2009

(fragmenty pewnej pracy doktorskiej na UW z dziedziny psychologii społecznej)

O turystach mówi się, że nie wiedzą gdzie właśnie byli.
O podróżkach mówi się, że nie wiedzą kiedy i dokąd pojadą gdzieś dalej.

Jest jendak trzecia kategoria, a właściwie nie, to jest zupełnie inna liga, to zupełnie inna gra. ŻYCIOWI NOMADZI.

Kim jest życiowy nomad?

Życiowy nomad, to ten, kto zadedykował swoje życie przygodzie. Ale to nie wszystko. Życiowy nomad sukcesywnie realizuje swoją wizję życia jako przygody.

Często robią to od zawsze. “Od małego” podróżują, realizują marzenia. Bo to nie tylko o podróżowanie chodzi. Są życiowi nomadzi specjalizujący się również w innych dziedzinach. Dzielą oni jedną tajemnicę, która mówi: DO REALIZACJI MARZEŃ NIE POTRZEBNE SĄ PIENIĄDZE. Chociaż dla nich to nie tajemnica, dla nich to wiedza powszechna. Dziwią się, że niektórzy tego nie widzą. Zaobserwowano, że z tej grupy wywodzą się często artyści, wielcy politycy (o dziwo), papieże, oraz programiści SAP/ABAP.

Istnieje również pewna podgrupa nomadów życiowych, tak zwani NOMADZI UTAJENI. Siedzą oni na przykład na stołkach (tudzież krzesłach) na przykład w korporacjach. Ich też łączy jedna tajemniaca. MAJĄ MARZENIE, WIELKIE. Tylko, że jeszcze nie wierzą do końca, że można je ot tak zrealizować. Często wychowani w kulturze katolicko-kapitalistycznej myślą, że żeby cokolwiek osiągnąć to trzeba się nacierpieć i napracować.

Jeżeli w pewnym momencie ockną się, że już mogą, i jeżeli nie stchóżą, i zrealizują swe WIELKIE MARZENIE, to mamy tzw. “sukces”!

Duża część z nich po realizacji pierwszego WIELKIEGO MARZENIA rozpoczyna przygotowania do realizacji innego WIELKIEGO MARZENIA. Często jest to zagadnienie z tej samej dziedziny (np. zdobycie kolejnego ośmiotysięcznika, zdobycie bieguna tym razem bez jednego kijka albo narty, kolejne dzieckoitp.) albo z zupełnie innej (przykłady innych dziedzin można mnożyć, nawet rozumując trywialnie można podać ich co najmniej dziesięć*). O takich osobach mówimy, że są to NOMADZI UTAJENI-CYKLICZNI.

Inna grupa poprzestaje na realizacji jednego WIELKIEGO MARZENIA, i żyje już raczej spokojnie do końca życia pod zdjęciem-symbolem odniesionego sukcesu – momentu ostatecznej realizacji JEDNEGO WIELKIEGO MARZENIA. Osoby takie będziemy nazywać “NOMADAMI UTAJONYMI – JEDNEGO WIELKIEGO MARZENIA” (w skrócie NU-JWM).

Istnieje również oczywiście grupa ludzi, która ponosi “klęskę” i nie dopina swego, w momencie, gdy są o krok od realizacji marzenia i wystarczy ten krok zrobić (niemal nacisnąć guzik), to wycofują się, padają, łamią, oddają czemuś innemu. Ci stają się zwykłymi cieniami (nazywani jednak będą w dalszej części pracy TYMI CO WPADLI W PUŁAPKĘ FAŁSZYWYCH WIELKICH MARZEŃ). Dla ciekawostki można przytoczyć statystyki, które wskazują, że z tej grupy często wywodzą się osoby uzależnione od narkotyków, ciemne typy, modelarze, makaroniarze i przestawiacze zwrotnic.

[...]

Wspomniani wcześniej CI CO WPADLI W PUŁAPKĘ FAŁSZYWYCH WIELKICH MARZEŃ, to osoby, które w pewnym momencie życia postanowiły zaangażować się w coś, co tak naprawdę nie było im potrzebne, co nigdy przenigdy nie przyniosłoby im szczęścia. To właśnie te złudne rzeczy/sytuacje, które przysłoniły im cały świat, sprawiły, że zabrnęli w sytuacje i układy tak skomplikowane, wkręcili się w nie tak bardzo, że już nigdy się z nich nie wysupłają. A miało być tak pięknie, mogli wynaleźć lekarstwo na raka albo znaleźć rozwiązanie problemu głodu na świecie. Ale nie, siedzą w gównie tak głęboko po uszy, że już właściwie ich nie widać.

Są jeszcze oczywiście ludzie, skrzywdzeni przez los, którzy nie mogli wybrać sami, bo coś, bo wojna, bo rodzina, bo nie dostali od Pana Boga zielonej karty, jak również ci, co którym wszystko “sypnęło się po drodze na szczyt” (np. bo ktoś umarł, i kot, i rodzina). Jednym słowem – ci, którzy nic nie zawinili, a mają do dupy. Ci mają przerąbane. Nie stanowią oni jednak tematu pracy.**

###

Pacjent #136
Mężczyzna, lat 28, sylwetka szczupła, chłopięca, oczy szaro-niebieskie, raczej przystojny, wykazuje pewne cechy jednostki aspołecznej. Podejrzenie, że jest typem samotnika o skłonnościach skrajnie-nasycystycznych.

Po latach studiowania z sukcesami (studia informatyczne ukończone na drugiej pozycji na roku, studia podyplomowe z biznesu i zarządzania na SGH) i 3 latach pracy w czołowych korporacjach na odpowiedzialnych stanowiskach (choć z rozrzewnieniem wspomina te czasy i tłumaczy, że tak naprawdę to był “korporacyjnym nomadem”***) zdecydował się “rzucić to w cholerę” i postanowił “poszukać swojej ścieżki na tym świecie”.

Wizję tę realizuje dosyć konsekwentnie (z pewnymi istotnymi, wyraźnie zaakcentowanymi zwrotami akcji). Od 14 miesięcy głównie podróżując, robiąc zdjęcia, pisząc (o swych tekstach sam mówi, że to “bullshit”). Prace te publikuje na swoim blogu, który ma czytelność: 3 wejścia dziennie – Mama, Naleśnik i on sam. W ramach swej autokreacji od kilku lat opłaca wymyślną domenę i miejsce na serwerze.

Historia pacjenta kwalifikuje go jako UTAJONEGO NOMADA, który ujawnił się i zaczął realizować swe WIELKIE MARZENIE. Co więcej pacjent twierdzi, że nigdy nie był bardziej szczęśliwy, jak również, że “nigdy nie był bliżej siebie”.

Pacjent jest w przełomowym momencie decyzyjnym. O tym czy pacjent stanie się NOMADEM UTAJONYM – JEDNEGO WIELKIEGO MARZENIA, czy też podejmie się realizacji kolejnego marzenia zadecydują prawdopodobnie następne miesiące. Uwarunkowane głównie kończącą się kasą, która dotychczas dla pacjenta warunkowywała możliwość realizacji marzeń.

###

*) ćwiczenie dla zaintersowanego czytelnika tudzież profesora: wymyśl dziesięć przykładów z innych dziedzin

**) Jeżeli jednak Drogi Czytelnik pokusi się kiedyś o anazlizę przypadku ludzi, którzy nic nie zawinili, a mają do dupy, to sugeruję co najmniej jeden rozdział poświęcić prawie takich ludzi do MAŁYCH MARZEŃ i MAŁYCH SZCZĘŚĆ, oraz przeanalizować przypadki ludzi, którzy pomimo pozornie beznadziejnej sytuacji początkowej szczęśliwie zrealizowali swoje marzenia (wielkie). Autor pracy dotarł do co najmniej 5 osób na świecie, którym się to udało – z pozornego gówna po uszy aż na piedestały marzeń.

***) w literaturze fachowej termin “korporacyjny nomad” nie pojawia się

#####

DZIĘKUJĘ BIBLIOTECE UW ZA PRZYSŁANIE MI NA MAILA (w drodze wyjątku, bo podróżuję i nie mogę stawić się osobiście, żeby obejrzeć oryginał pracy) ZESKANOWANYCH ZNACZNYCH FRAGMENTÓW CYTOWANEJ PRACY DOKTORSKIEJ.

A TAKŻE PANI LUDWICE, Z DZIEKANATU, KTÓRA TEŻ CZYTA MOJEGO BLOGA I POZDRAWIA WSZYSTKIE KOLEŻANKI Z BUDYNKU UW-B8. PANI LUDWIKA BARDZO POMOGŁA MI Z LOGISTYCZNYMI ZAGADNIENIAMI DOSTĘPU DO DZIEŁA I SKANERA. DZIĘKUJĘ TEŻ PANI KAZI, KTÓRA WPUŚCIŁA DO BUDYNKU PO OFICJALNYCH GODZINACH PRACY (o trzeciej w nocy, hihi). DZIĘKI DZIEWCZYNY, WISZĘ WAM PO OBIECANEJ DUŻEJ CZEKOLADZIE (i winie wisienka)!

bo to chyba trzeba

Monday, August 10th, 2009

bo to chyba trzeba zestarzeć się razem
wsród tych ulic codziennych
czasem wśród muzyki i zapachu kadzidełka
tarzać się we wspólnym szczęściu

bo to chyba trzeba iść wciąż przed siebie
zrozumieć coś, coś odkryć
zdobyć jakiś swój szczyt
ciągle szukać, nic nie mieć

bo to chyba trzeba prowadzić wojny i nawracać
bezkompromisowo zmieniać świat
reperować, sprzątać, wygładzać
wrogów nienawidzieć

bo to chyba trzeba pijakiem być
dryfować wśród dymu i szklanek
lewitować wysoko nad pisuarem
obracać wszystko w prostacki żart

nadpalone mosty

Wednesday, February 25th, 2009

nie mogę uciec od słów:

wczoraj
praca
kryzys
kurs złotówki
ona
plany
bezpieczeństwo

niebezpiecznie przysłaniają mi:

teraz
radość
nadzieja
doświadczanie
optymizm
zmiany

pracuję nad tym.

be good, get good or give up

Wednesday, January 21st, 2009

w ponury zimowy wieczór
uwiera bardziej niż zwykle
zbyt twardy kręgosłup moralny