szkiełko
2012-01-14 – 01:40
if you don't know where you're going any road will take you there

Trzeciego dnia dojechaliśmy do ostatniej na świecie placówki Sheratonu. Zapewne niektórzy z Was nie wiedzą, ale Sheraton prowadzi w krajach trzeciego świata sieć hoteli Sheraton Express, które w najodległejszych rejonach świata zazwyczaj położone są w miejscach trudnych i niedostępnych ale uczęszczanych. Tak było i w tym przypadku. Nasz Sheraton położony był odkładnie o 1 dzień drogi od najbliżyszch sklecionych z patyków drewnianych chat przykrytych liśćmi bananowca. Jaka to była dla nas ulga. Dla nas, prowadzących tę ekspedycję Szymka i Radka. No i nasego psa Rockiego.
Dzień już od dobrych kilku godzin skończył się pięknym zachodem słońca. Jechaliśmy więc ciemną stepową nocą. Drogi nie widzieliśmy już od 3 dni. Ale coś nas niosło, jakaś chęć walki, zdobycia czegoś, poznania. Poznania czego? Świata? Kobiet? Wszystkiego po trochu? Ale my o tym nie myśleliśmy, bo gnaliśmy na ostatnich kroplach wody, benzyny i whiskey. A ju tam, tam miał być nasz dom, Hotel Sheraton Express. Nasze schronienie przed nocą, nasz dom daleko od domu.
Najpierw w ciemności wyłoniły się na tle gwiazd ogromne anteny do odbioru telewizji satelitarnej. Prąd włączany jest tylko nocą z rozklekotanego, smrodzącego generatora wokół którego pasą się kukurydzą kury i psy. Tak proszę państwa, anteny są potrzebne, żeby mieszkańcy tego oderwanego od cywilizacji szałasu i goście mogli dowiedzieć się o wydarzeniach jak Tsunami w Haponji. Ale jest, jest, dojeżdżamy. Niemal nieprzytomni wywalamy się z samochodu. Za nami słychać dzwięk wypadających puszek ze smarem.
Udało się!
Dotrwaliśmy.
Już wiemy, że mają tu dla nas i wode, i mleko, i pięcioletnie snickersy, i papierosy. ŻYJEMY!
Atmosfera w barze była taka jak nasze samopoczucie. Zmęczeni ale na luzie. Z otaczających stolików patrzyli na nas brudni od pigmentu i błota kierowcy ciężarówek. “Ależ żar…” wyjęczyliśmy najgorszym hiszpańskojęzycznym slangiem. “Skwar, skwarrrrrrr” wyjęczeli zatrudzeni kierowcy ciężarówek z kokainą. Wiedzieliśmy, że musimy najbardziej jak to możliwe wtopić się w tłum. Wszyscy tu za paskami mieli ukryte długie maczety, a przy niektórych hamakach stały oparte karabiny. “Cicho tam!”, “Zaczyna się!”, krzyknął z meksykańsko-kolumbijskim akcentem kierowca cysterny. I już nie śmialiśmy się odezwać.
Rozpoczęły się pierwsze obrazy filmu. Przerażeni staraliśmy się wpasować w tłum, ale na nas już nikt nie patrzył, nie, oni już patrzyli w telewizor. Myśleliśmy, że mecz jakiś albo pogrzeb Diany, ale nie, pomimo wielkich anten satelitarnych sygnał z satelity jest tu wygłuszany, żeby utrudnić komunikację. Bo jest się kogo obawiać. Piraci drogowi ograbiający przejeżdżające pojazdy. Wygłodniali mieszkańcy wiosek którzy nasłuchując z własnoręcznie skonstruowanych przy pomocy z USAid radiostacji satelitarnych knuli zamachy terrorystyczne. Oni wszyscy chcieliby grabić przejeżdżających. Więc dlatego sygnał z satelity wyciszyli. Bo jasne, że lepiej wyłączyć zamiast wsłuchiwać się w ten obrzydliwy bełkot skorumpowanego kawałka tej ziemi.
Zaczęło się. Z przyjemnością obejrzeliśmy najpierw przygody Chackie Chana w Hong Kongu, a potem Steve Segal w Warszawie (specjalnie dla nas). A potem, potem to już nie pamiętamy, bo wciągnęliśmy się w rozmowę ze wszystkimi 60 kierowcami ciężarówek. Przemytnikami.
“Jak tam ścieżka na wschód? Stoją?” – spytał fachowo Radek. “Keinen Anung!… Dojechały!…”. Wszyscy odetchnęli z ulgą. To była również i dla nas super wiadomość. Bo to znaczyło, że bęzyna na wschodzie jest. Być może już za 150-300 kilometrów gdzieś znowu zalejemy baki i wszystkie dostępne naczynia benzyną. Uda się! Jeszcze przed granicą z Brazylią, gdzię benzyna jest co 50 kilometrów, ale jest droga i żółta, a nie tak jak u nas, przeźroczysta. I już wszyscy byliśmy braćmi, poleciały w powietrze pierwsze bąki. Łzy w Oczach, Bracia w Ramionach, a Podemną Stołek. “ŻYJEMY!!!” – wykrzyczeliśmy z Radkiem na głos! “ŻYJEMY” – odkrzyknęli z akcentem z Pruszcza Gdańskiego i Kościeżyny zgromadzeni przestępcy.
Obudziłem się dopiero następnego dnia rano. Otworzyłem oczy, a przede mną wisi góła baba. Dobrze, że plakat tylko. Patrzę w prawo na Radka, a tam… o kurwa. Radek leżał w objęciach krowy! “O kurwa!” wyszeptał by nie obudzić zwierzaka. A ja wytoczyłem się ze stodoły, bo zrozumiałem, że obudziliśmy się w mleczarni. Ale nie. Zza pozostałych krów wystawiły się inne głowy. To gospodarze i pojedynczy kierowcy, którzy zaspali, a z którymi wczoraj urządzaliśmy libację. “O kurwa!” wyszeptałem. Bo zrozumiałem, że to właśnie tak wygląda mekka podróżników, legendarny umiejscowiony na końcu świata Ostatni Hotel Sheratonu.
[Tekst sponsoruje Sheraton i USAid]
Więcej historii takich i podobnych na razie tylko po niemiecku na blogu Radka! :P Radek przetłumacz kurka, nie karz nas tak i nie każ czekać na polskie tłumaczenia.










Musiałbyś przejść się po drogach, które ja przeszedłem, żeby choć mgliście zrozumieć to gdzie teraz jestem

















Wycieczki z Radkiem do Brazylii dzień pierwszy – prowincja Los Yungas, Bolivia.
Gościnnie pojawiłem się na blogu Asi i Kuby, zapraszam również do obejrzenia ich zdjęć z La Paz i nie tylko.
Codzienność, to stos naczyń do umycia. To poranna kawa. To ci sami ludzie mijani w windzie (¡buenos días!). To szybko złapane trufi (współdzielona taksówka), gdzie na przednim siedzeniu (obok kierowcy i jeszcze jednego pasażera) zjeżdżam w pierwszych promieniach dnia do Zona Sur (dzielnicy butików, willi i biurowców). To iPod Classic, bluza z kapturem, Nokia 6310i i białe słuchawki. To herbata z rumianku w pracy, lunch w jednym z kilku miejsc, butelka coca-coli albo sprajta z automatu po południu. To minibus do Sopocachi – dzielnicy supermarketów i apartamentowców. ¡Hola casa! To zamówiona pizza albo wspólnie zrobiony makaron z salsą z warzyw. To ściągnięte seriale oglądane dwa dni po premierze na telewizorze podpiętym do laptopa. To wiecznie za mało czasu, niedokończone projekty, powtarzające się co miesiąc rachunki.

Wypijmy za sztukę, za wszystkie smutne piosenki, za przyjaciół za morzami, i za tych co już w grobach, za grosz puszczony lekko, gdy był, i pożyczony, gdy nie było, za poranek jutrzejszy i być może ten po nim, za to, że wciąż żyjemy.
[vimeo width=”900″ height=”507″]http://vimeo.com/31243881[/vimeo]
http://www.tierralatina.pl/2011/09/represje-i-dymisje-w-boliwii/
http://dzialzagraniczny.wordpress.com/2011/10/24/surfer-tonie/



























































































































http://www.tierralatina.pl/2011/09/represje-i-dymisje-w-boliwii/
http://dzialzagraniczny.wordpress.com/2011/10/24/surfer-tonie/