Nauka spadania

Sunday, March 7th, 2021

Droga była długa i kręta. Nie pamiętam kto był w aucie. Chcę powiedzieć, że Tom. Radek chyba nie. Te tripy mi się zmywają w jedną całość. Te najdziksze. Radek zabrał mnie w pierwszego. Dwa dni na północ, dwa dni na wchód. Z La Paz do Brazylii. Tymi drogami najdzikszymi. Mówią, że Droga Śmierci jest pomiędzy La Paz a Coroico. A to nie prawda, ta to jest droga widokowa. Prawdziwa Droga Śmierci jest pomiędzy Coroico a Caranavi. I dalej do Rurrenabaque. Tam to śmigają trufi bijąc rekordy trasy (kierowca+kopilot, drugi kopilot i jeszcze trzech kopilotów z tyłu na kanapie). Tak to nad przepaścią okręcają tyłki autobusy przepełnione turystami. Tam zmienia się stronę po której kierujesz na odcinkach trasy. Czasami ruch jest prawo- a czasami lewostronny. Wiele razy jako pasażer, nie wiem czy kiedykolwiek jako kierowca. Widoki są fajne, wolałem patrzeć i robić zdjęcia. Ewentualnie wysiadać i pomagać kierowcy cofać, pilnując, żeby opona zawsze była na drodze a nie w przepaści.

Nie pamiętam jaki to był trip. Ale było nas czterech albo czworo w aucie. Cris tam była? I Gabicha? Ja prowadziłem. To był chyba trip do Quime. Ale okrężną drogą. Puszcza, pagórki, piachowa droga. Zakręt po zakręcie, po zakręcie. I tak z 12 godzin. Na wszelki wypadek jechał z nami co najmniej jeden 20 litrowy karnister benzyny (z tych takich metalowych). Na jednym zakręcie było blisko. Tysięczny zakręt. I to poczucie, że WIESZ, że opona była bardzo blisko krawędzi, a wszystko przy prędkości (pewnie z 50-60). Byłem jedynym, który miał licencje pilota. Ja byłem odpowiedzialny za udany lot pasażerów. 

Było blisko. To dziwne wrażenie. Bo znasz ryzyko, ale się z nim oswajasz. To część gry ze śmiercią w chowanego. “Ups, było blisko”. Zwolniłem, ale trochę. Akurat był super widok. Droga przyklejona do wzgórza, szeroki kawałek, można się zatrzymać. Oczywiście zdjęcie samochodu (show off). Potem przekazuję komuś aparat, bo chcę full show off i mieć zdjęcie mnie na aucie. Któreś z nas odchodzi 15 metrów, żeby było widać trochę przepaści. Ja, przeparkowuję auto 45 cm od przepaści. Łapię się bagażnika dachowego i wspinam na belkę przy drzwiach od strony kierowcy. Puszczam jedną rękę, a drugą macham do fotografującego. Wisząc nad przepaścią z auta, jak małpa. I szczerzę ryja. Cyk, cyk. Zeskakuję z belki. I zdaję sobie sprawę, że stoję na samej krawędzi a pode mną dziesiątki metrów stromej ściany przepaści. A w Boliwii helikoptery nie przylatują. “O kurwa”.

Przez ostatnie 3 godziny jazdy starałem się jak mogłem, żeby dojechać.

Ściganie się ze śmiercią. 40 lat życia. Ciało zaczyna nawalać. Kiedyś bolały mięśnie, a teraz stawy. Wciąż lubię przejechać się serpentyną, ale teraz raczej po asfalcie. W Bieszczadach widziałem kolumnę dżipów na szlaku. Śmieszne to to było.

Zacząłem nową pracę. To praca, jaką myślałem, że będę miał po studiach. Tylko, że ona wtedy jeszcze nie istniała. Świat nie był na mnie gotowy. A teraz jest. Więc zaczynam, a pracuję z młodziakami, którzy robią to co ja (ile oni mieli lat jak był Windows 95 i jądro linuksa 2.2?). Ale też ze starszakami. I jest git.

Muszę znaleźć to zdjęcie. Z dnia, w którym prawie się zabiłem.

A tymczasem takie:

 

What would Gandalf do?

Monday, November 30th, 2020

Hipotetyczna sytuacja:
W dzisiejszej Polsce grupka lewackich fanatyków (nazwijmy ich Mityczna Antifa) planuje akcję, ustawia bazookę i posyła rakietę przez okno do domu prezesa. Nikt nie ginie, ni kot, ale dom jest kompletnie spalony i częściowo zburzony. Sąsiedzi nie ucierpieli.

Najgorsze w tej hipotetycznej sytuacji jest to, że 20% narodu ucieszyłoby się z takiej hipotetycznej sytuacji. I to jest bardzo niedobre.

Wkurwia mnie ten system binarny, że musisz być po tej albo po tamtej stronie. Wkurwia mnie brak tolerancji, niemożność koegzystencji z innymi osobami. Wkurwia mnie monopol na wiedzę jak powinno się być, żyć i jakich to wielowiekowych tradycji należy zaciekle bronić. Wkurwia mnie zabawa w Boga i narzucanie interpretacji słów Koranu, Biblii, Kubusia Puchatka. Chciałbym, żebyśmy mogli rozmawiać, żebyśmy mogli się nie zgadzać, żebyśmy jednak mieli wystarczająco dużo tolerancji i otwartości, żeby móc mimo wszystko uścisnąć sobie dłoń, przytulić się, dać buziaka na pożegnanie i spotkać ponownie na piwo albo cokolwiek cię grzeje. W takim świecie chcę mieszkać.

W 2005 roku podróżując po Iranie nie było dla mnie miejsca w gospodzie i przespałem się na placu meczetu. Jak daleko jesteśmy od takiej sytuacji w Polsce! I to mnie wkurwia.

Czas znowu zostać Ambasadorem.

Friday, June 19th, 2020

To wszystko zaczęło się sypać gdzieś w momencie kiedy kupiłem MacBooka. Zamknąłem rozdział pod tytułem “bieda”. Zaczęło się wygodne życie. Ja, auto, ona i rozbijanie się po boliwijskich drogach. Szalone czasy. Czasem wpadał Jacek. Musieliśmy zgarnąć Tomka z lotniska w El Alto, więc ja i Jacek, i auto, i bocznymi drogami z doliny (3600) na lotnisko (4200). Jakieś tam piwo i wino poszło wcześniej. No ale na bocznej drodze to stać nie powinni. Ale stali dwaj. Oni bardziej przestraszeni niż my. Polskie prawko musiałem pokazać (choć na polskim nie powinienem dłużej niż 6 miesięcy jeździć). “Proszę chuchnąć” on wystawia nos a ja dmucham ale w dół a nie w nos. Coś wyczuł, ale był niepewny. No bo noc, ciemno, obcokrajowcy. “Dobra, proszę jechać.”. Luzik, to taka gra w Boliwię. Choć pokażę Ci następną planszę.

Przyleciał Tomek, przeciska się pomiędzy taksówkarzami, patrzy na buty, żeby ich nie zdeptać. “Taxi, taxi”, mówię do niego. “No, no, no, no” (hiszpański, tłumaczenie: “nie, nie, nie, nie”). Taksiarze się śmieją, on podnosi wzrok, “a cześć”, niedźwiedź i jedziemy. Zjeżdżamy do doliny. To dzięki temu Tomkowi z Wenezuelii wyszedłem z whiskey. Wszedłem w rum.

Przyjeżdżamy do tej Ameryki Południowej, zostajemy kilka lat. Ogarniamy się. Biali jesteśmy, umiemy kombinować, więc jesteśmy o dwie długości przed peletonem. Co nie znaczy, że nie musimy pedałować, o nie. Ale my jesteśmy na takim chaju przygody, że po prostu płyniemy ponad tym. Czasem robimy nawet dwie plansze na dzień. Kolejny i kolejny poziom.

I wtedy jeb. Kupujesz McBooka. I życie jakie znałeś się kończy. Nagle chcesz jechać do Quito albo wracać do tej jebanej Europy, zaczynać od nowa na jakimś strychu we Flensburgu. Ale jesteś w swojej sferze komfortu. Bo masz MacBooka. A wiadomo, że jak masz MacBooka, to na pewno dobrze kodujesz albo jesteś trendsetterem. Najlepiej oba. Jeździsz Flixbusem po Germanii zanim to się zaczęło modne. Ech te promocje.

A potem już z górki, jakiś startup w Berlinie, wielki przekręt na kasę. Przez pierwsze 6 miesięcy nawet nie wyszedłem z chłopakami na piwo. Do dziś nie wiem, czy to dlatego, że tak bardzo się starałem w pracy, czy też dlatego, że im w czymś nie pasowałem. Za stary byłem? Byłem tu cieciem w startupie a Boliwii byłem dyrektorem. Tell me why again I came back?

Nie pamiętam. Złych rzeczy nie pamiętam.

A tu w Europie życie jest ciężkie. Dogadać się trudno. A przecież jestem tylko 1000 kilometrów od domu. Ni po polsku ni po hiszpańsku.

Lato, taras, rzodkiewki. Projektor, ostatnie piętro, piwo na skrzynki, hamak. Grill koniecznie na węgiel (na nielegalu, bo kontrakt zabrania). Dajemy radę, to tak jak mieszkać w nowym budynku na dalszym Brooklynie. Projektor, i oglądam rapujących jamajczyków. Siedzę na kanapie w Europie i się jaram, że w końcu mogę youtube’a oglądać jak człowiek, bo w Boliwii się zacinał na łączu za 60 dolców. I pomyśleć, że kiedyś byłem Ambasadorem.

A może. A może to najbardziej egzotyczne miejsce na Ziemi, to Frankfurt, Germany. Nad Menem. Miasto bankierów, prostytutek i drugaddiktów. Dziwny świat. Ale wychodzę mało. Przez szyby samochodu oglądam świat. Na piechotę tylko do parku, ale to też nie zawsze. Pierogi kupuję w Polskim sklepie, już nie trzeba ich lepić z Kubą i innymi przejeżdżającymi przez La Paz podróżnikami.

Byłem w Szczecinie. Siedzimy z Lachmanem w kafejce. Przy stoliku obok jego klient. “A ja tutaj z Panem Ambasadorem i jego żoną” przedstawia nas Maciek. Trochę się skonfundowałem. A w sumie to niepotrzebnie. Nie ma czego się wstydzić. To nie PiS mnie wysłał na tę Ambasadę. Raz Ambasador – zawsze Ambasador.

dorosłość to downgrade

Thursday, March 28th, 2019

Powoli zaczynam tęsknić za tymi czasami. Wynajęte mieszkania, całe życie na ciężarówkę. (No chyba, że zmieniamy kontynent, to wtedy dwie walizki.)

Weekendy z easyJetem, wynajęte gniazdko. Na śniadanie rogalik z kawą, na wieczór kolacja z winem. Fąfąfą.

Za piwem w barach po pracy. Za kawą w kawiarni po lunchu.

Za byciem eksperymentem w korpo. Guess what, korpo mam już rozpykane. W eksperymencie korpo jestem ekspertem. Od innowacji. Mike drop.

Jedziemy po bandzie, rozpierdalamy system od środka. A korpo to przyjemnie łaskocze. A potem się zarząd znudzi i wyrzuci nas na garden leave.

Wgryzam się w system. Berlin ma tak wiele płaszczyzn. A ja rozgryzam ten technologiczny. Gra mega ciekawa, bo dużo korpo-startów, i kilka własnych skoków na kasę. Dzieje się, jest kocioł.

Tęsknie za czasami, gdy czasami pociągiem na weekend do Ciebie. Piżamki i seriale. I herbatę na spanie.

W domu Pokój.

https://www.youtube.com/watch?v=7qa10–IPdI

kochanie, dzisiaj zwolniłem się z pracy, wiedz o tym, że nie dali mi szansy, musiałem odejść, wyjść za drzwi

Thursday, March 22nd, 2018

[Berlin, Deutschland]

Jak wygląda życie podróżnika po powrocie do domu? Jakiego domu? Porozrzucałem siebie po tych wszystkich barach, lokalach i okazjach do wynajęcia. A gdyby tak, zacząć od nowa, zacząć jeszcze raz. Nowa przygoda, na nowym kontynencie – Europie.

Się porobiło, brak granic, pary mieszane multikulturowe, pary niemieszane, cóż za zamieszanie. Trzeba znowu się zgubić, żeby móc się znaleźć.

Niemcy, wczesny 2015sty. Przyjeżdżam do Flensburga. Dom czeka na mnie. Stara kamienica, podłogi z drzazgami, stare meble kupione w sklepie dla biednych-zaradnych. Jest stara praca, nowa przygoda. Nowy szef, nowy kolega. Jeden bardzo zły, drugi bardzo dobry – jest balans we Wszechświecie. G studiuje, pod koniec najpierw wybywa do Szkocji, potem do Tanzanii. A ja na szczęście trochę do Galicji, tam przynajmniej mogę się dogadać, ostrzyc i najeść. Czasem do UK, gdzie traktują mnie jak robola z Polski, mimo że tak naprawdę doglądam pracę nocnej zmiany Brytyjskich kontraktorów. Niemieckiego uczę się bezskutecznie. Opór mózgu i otoczenia.

Późny 2016. G kończy studia. No to robimy akcja Berlin. Dużo knajp wegetariańskich i nie patrzą krzywo na brązowych. Bo wpierdol. ;) Akcja nauka, akcja nadrabiamy w informatycznej karierze. Bo w Berlinie romi się małe El Dorado i start-up-owy mini-heaven. Tyle rzeczy, żeby się nauczyć, meetupy, opinie, cloud’y, życie w biurowym centrum, opustoszałym ścisłym centrum. Ciśniemy cytrynki, doimy krowy, chłoniemy wiedzę. Zupełnie inna jazda. Czemu? Przecież nie można całe życie być vagabundą. No może tylko do 40stki.

No i dziś. Zrezygnowałem z drugiej pracy w Berlinie. Bo potrafię odróżniać dobro od zła. Bo fail fast. Bo życie to podróż, i jak gdzieś Ci się nie podoba to zmień miasto.

Historia zatacza koło. Z fabryki na prowincji w Niemczech do stolicy niegdyś podzielonej murem. Najlepszy kebap na świecie. Międzykulturowy miszmasz. Lubię to.

Spragniony nowych bodźców, próbując nie uschnąć od środka, próbując pielęgnować pasje i nie biedować.

it all started with a little kiss

Wednesday, July 22nd, 2015

20150628_szk_3001

Nie wiem jak to wygląda u Was, ale u mnie każdy dzień to wielki wysiłek. Każdego dnia staczam bitwę z tym co trudne i niewykonalne, i staram się sprzedać to jako łatwe i proste w użyciu. Zawsze jest więcej zadań niż czasu, zawsze ktoś czegoś ode mnie nie dostanie. Czuję się jakby to była walka o przetrwanie. O utrzymanie się w dobrym pracowym układzie, o utrzymanie zdrowego związku, oto by mieć miejsce, które nazywa się domem. Jedną z zasad tego bloga było unikanie narzekania. Nie narzekam. Każdego dnia jesteśmy wdzięczni za to co mamy. Każdego dnia wspieramy się i utwierdzamy w przekonaniu, że damy radę, przetrwamy, że jeszcze przed nami dużo przygód. Jest stres, ale świat nie wali nam się na głowy. Jest spinka, ale to po to, żeby potem było lepiej.

2015-07-11 18.20.362015-07-12 15.26.102015-07-12 09.41.552015-07-12 09.59.172015-07-12 11.18.352015-07-12 10.55.472015-07-12 11.46.022015-07-12 12.26.512015-07-12 13.36.122015-07-12 13.13.312015-07-12 13.02.092015-07-12 12.35.162015-07-12 16.52.142015-07-12 15.42.512015-07-12 15.28.23

W USA Syfilis a w Germanii truskawki i krasnale.

2015-07-18 00.02.43-1

byle do lata

Monday, January 26th, 2009

[Frankfurt, Germany]

Dobre powietrze, czyli Buenos Aires. Czwarty kontynent, mój pierwszy raz na półkuli południowej. Znowu bez planu, bez biletu powrotnego. By uczyć się miejsc, słów, smaków, gestów. Kolejna przygoda.

Nico

Friday, July 25th, 2008

Nico – born in Kazakhstan, living in Germany for 5 years.
Favourite music: techno/electro.
Beliefs: good karma/bad karma.
His way of living: music festivals animal.
One of his dreams: to organize a music festival for 1.000.000 people.

One of my drivers during hitch-hiking from Poland to Frankfurt.

This post is a part of my miniproject “dreamers“.

Frankfurt nad Niemnem

Friday, July 25th, 2008

Dojechałem do Frankfurtu, ba nawet do Kelsterbach gdzie mam nocleg u Jacka. A wszystko w mniej niż 18h (z Gdyni). Z ciekawszych stopów – gościu który jeździ od festiwalu do festiwalu (techno i elektro) i tam zbiera puszki i butelki i z tego i tym żyje, no może jeszcze medytacją i karmą. I szalony czeski kierowca ciężarówki, który magnesem wyłączył tachometr i gnał ciężarówką z naczepą nawet 130 kmh, zmienił trasę i podwiózł mnie pod sam dom Jacka (przy okazji jeszcze się pomylił ze skrętem i ciężarówką podjechał pod terminal lotniska). Dobry początek podróży.

Tęskno wciąż, miłe smsy z nóg zwalają.

raz dwa nie wiem czy wiesz już za parę minut zaczyna się mecz

Sunday, June 8th, 2008

Może to dziecinne i sztuczne, ale dziką satysfakcję sprawi mi chodzenie po lotnisku we Frankfurcie w czerwonej koszulce z napisem POLSKA i wielkim orłem w koronie. :-) A na mecz do Brukseli.

Update – FRA: a na mecz do Brukseli nie zdążyłem, bo samolot z Gdańska się spóźnił. Przynajmniej dłużej pochodzę po lotnisku we Frankfurcie. A w czasie samego meczu będę w powietrzu. No i trudno.

powoli zbliża się nasz czas, coraz mocniej swędzą ręce

Tuesday, May 20th, 2008

widzę wokół coraz więcej poezji. w tym całym niemieckim syntetycznym biurowym otoczeniu. w znudzonej minie ładnej informatyczki wpatrzonej w ekran nieobecnym wzrokiem, podpierając przy tym bródkę ręką opartą łokciem o stół (podpatrzoną przez otwarte drzwi w niekończącym się korytarzu bliźniaczych pomieszczeń). w naklejkach w kształcie czarnego jastrzębia na szybach przeszklonych zawieszonych nad ziemią korytarzy łączących budynki (by przestraszyć, a zarazem uchronić od śmierci, szybko latające ptaszki nieświadome postępu techniki w dziedzinie produkcji niewidzialnych barier). w naklejkach i plakatach, które w ciekawy lub totalnie beznadziejny sposób informują o czymś ważnym lub zupełnie nieistotnym. a nawet setkach kubków po kawie ułożonych w nieładzie (w artystycznym porządku) na dziesiątkach piętrowych tac w kafeterii.

chyba jestem na haju (drugi tydzień łykania prochów na przeziębienie).

working class hero

Thursday, April 24th, 2008

– co tam?
– szkoda gadać.

satan is out of town

Friday, November 23rd, 2007

20071123_wdf_0097.jpg

a stranger with your door key explaining that I am just visiting

Thursday, November 22nd, 2007

20071121_wdf_0041.jpg
WDF19

Tomorrow going to Switzerland to visit dr Elise whom I met in India. Fun or weird? We’ll see. ;-)

i’m running out of places to hide

Tuesday, October 2nd, 2007

Na tydzień zagościłem w Heidelbergu. Idąc głównym deptakiem wymyśliłem, że w żadnym z państw, które odwiedziłem nie odczuwałem samotności tak bardzo jak w Niemczech. Tak jak w Indiach co chwilę słyszysz “Hello sir, where are you going?”, tak tutaj każdy ma Ciebie w dupie (przynajmniej na pozór) obojętnie jak wyglądasz i co robisz. A że ja wyglądam jak wszyscy i nie mówię po tutejszemu, to totalna cisza. No ale znajduję “swoje” miejsca. Pizza u Turka stylizowanego na Włocha (kilka słów po Turecku i już jest mój). Zaczytuję się w Kapuścińskim i wywalam pizzę na jedyne spodnie. To nic. Potem mijam innych turecko wyglądających gości palących sziszę lekko schowanych za filarem. Nieśmiało zawracam i pytam się, czy można też. Jasne, zegz juros. Goście okazują się być z Iranu, “very beautiful country”, “thank you”. No to siadam na stoliku przy głównym deptaku i palę całą sziszę dmuchając w książkę, że na moment znikają literki. Tęskniłem za tym.

Po krajach które zwiedzam staram się podróżować “in style”. Dzieląc autobus/ciężarówkę z lokalesami w Indiach, itp… Tak samo jest teraz w Niemczech. “Are you travelling alone, sir?” “Yes” “So I can offer you a sport car, is that ok?” “Ok.” Sportowy kabriolet convertible z dwoma siedzeniami i automatyczną skrzynią biegów. W dodatku Meraś. Jak mawia Mr Skiuba – “Meraś, to Meraś – należy mu się szacunek”. Robi wrażenie nawet na mnie, a przecie auto-mania zawsze była mi obca. Dociągnąłem do 200kmph, na więcej jestem zbyt rozsądny. [Chłopaki rozkminili jak dostać dobre auto z wypożyczalni w niskiej cenie – zamawiasz klasę compact z GPSem – takie samochody nie istnieją, zawsze dostaniesz co najmniej terenówkę. Ot Polak rozkmini wszystko.]

Ostatnio spisałem wiele ocenzurowanych myśli. Pełna historia kilku niemiłosiernie miłych chwil. Jeśli chodzi o wydarzenia, to historia jest zamknięta. Jeśli chodzi o emocje, to wciąż się miotam. Zagubienie, a może szukanie siebie, rysy na zasadach i ideałach. A może oszukiwanie się, że jestem kimś innym niż jestem. Tylko w którą stronę. Ta cisza jest pozorna. Układam.

Krystalizuje się wizja kolejnej podróży. Wymarzyłem sobie objechanie Morza Śródziemnego. Stopem przez Europę Zachodnią. Dokładniejsze zwiedzenie Hiszpanii i Portugalii, a potem lightowa przeprawa przez Afrykę (kontynentu, którego na razie się boję), oswojenie się, Maroko, Algieria, Tunezja, Libia, Egipt. A potem już tylko Izrael, Syria, Turcja, Bałkany (moja biała plama). Marzenie. Doable.

on Polish-German relationships

Wednesday, July 18th, 2007

It’s been a year now I’ve been working for a German company. I’ve spent quite some time in the lovely country of beer, schnitzel and pommes frites. For the anniversary I wanted to write a serious note on Polish-German relationships, stereotypes and so on. But I won’t. I will tell you a bullshit story instead.

Last week I was out with 2 other Polish guys to a pub in Heildelberg. Sitting, drinking beer, speaking not too loud (not to scare anybody with our Slavic language). Then a group of drunk young German guys came. 15 of them. And of course they started talking to us. I was expecting troubles. So when the question “where are you from?” finally came up I thought “oho… it’s coming”. “Poland.” “Whaaaat?” “We are from Poland.” “Aaaaaa, Polen…. VODKA!” Yeah – so, finally. The best words we could hear from the young Germans. No “Polish people still cars” as we heard so many times before, but “vodka”. So we ended up drinking Polish vodka with them, buying each other a round and sharing these magnificent moments. Nice.

What does it mean to me? The new generation of Germans again starts to value and respect Polish people for the good stuff and our uncommon abilities (vodka!). Hopefully I soon will no longer have to deal with assholes calling Polish people thieves so I would not have to give them a quick history lesson about WW2, 50 years of communism and poverty. And our not-always-good relationships will become a song of the past. And the day will come when we would really forget the memories and just sit together and drink. And make a toast. Für Grünewald!

This week I am again working in the German HQ. Staying in a village close to Speyer and driving a tiny car that makes me smile. :D Sleeping a lot! Today driving to Nürnberg to meet up with Tina (German girl met in Mexico, too nice to be German ;-) ). Feels a little bit like vacation. 

For you, I’d give up all I own and move to a communist country

Friday, June 8th, 2007

Biurową ciszę zagłusza dźwięk telefonu. Niespodziewana moc melodii sprawia, że wszyscy Kollegen odrywają wzrok od monitorów i oczami szukają posiadacza telefonu z tak niespotykanym dzwonkiem. Uśmiechaja się, bo to miła odmienność od codziennej rutyny i wszechobecnych standardowych ustawień. A ja uśmiecham się do nich. Jeszcze chwila, gdy zerkam na wyświetlacz kto dzwoni i odbieram krótkim “Siema”. Kollegen wracają do pracy nieświadomi, że ta fajna melodia, która tak bardzo im się podobała, to pierwsze takty Stawki większej niż życie.

Spent a week working in Waldorf and staying in Oberflockenbach. At first it felt like vacation… Countryside, fresh air, nice weather, big bed, room with a balcony. Big Salsa Party in Heidelberg on Wednesday. But after a week of spending too much time with 2 Hungarians and 1 Polish I feel like I need more privacy. But finally – the weekend has landed. Since I am not coming back to Poland for a weekend I had to arrange my time here in Germany. Just in case took my palm with GPS maybe to visit around. So I started planning and checking how far it is to some cities around. Chose HOME, calculating…, 450 km, 4 hours.

Hey Nacho, what are you doing this weekend? Are you in Brussels, can you sleep me over? I will be coming with a friend. What kind of party? Garden party, barbecue… Awesome! I’ll be there.

Hey Aurelie! You bitch, you never pick up! I am coming to Brussels for a weekend. Just to let you know. I hope to see you! Ciao!

So the story continues… Brussels again.

airport reality

Friday, September 8th, 2006


Another Friday jump Frankfurt-Warsaw. Next week in Warsaw. I am sick, wanna rest. Got project opportunity in Bruxelles. Half a year. Very good client. Really hope this will work out.

WANTED

Thursday, September 7th, 2006


Warning on the main door of the building I work in (Walldorf, Germany).

Factory worker

Friday, September 1st, 2006

On my way to the SAP “factory”. Walldorf – Germany. Everyday reality.