nie tam

2008-08-09 – 16:33

siedzę wtulony w kanapę
z playlisty muzyka gra
która to taka impreza
na której siedzę tak sam

patrzę na kształty i twarze
chłonę ulotny gwar
i myślę że tego stanu
nikt nie zna tu tylko ja

wychodzę skąpiąc pożegnań
bo mało kto mnie tu zna
to tylko ten dziwny koleś
co siedział cały czas sam

na szczęście dziś to nie o mnie
dzisiaj nie siedzę tam sam
dziś wtulam się w brzmienie muzyki
pod parasolem z gwiazd

sami przynoszą rachunek
na zewnątrz zostałem sam
wszyscy już poszli do domów
wszyscy tylko nie ja

a potem w pustym pokoju
przez okno wlewa się żar
w tym bezsensownym nastroju
znowu nie mogę spać

znów myślę o tym co mogłem
co miałem czego mi brak
chyba już czas zmienić miejsce
i pognać w tak zwany świat

na szczęście dziś to nie o mnie
ja dzisiaj zasnę nie tak
dziś zasnę w hamaku z marzeń
otuli mnie letni wiatr

i znowu gdzieś się zgubiłem
polazłem znowu nie tak
straciłem na chwilę z oczu
i nagle jestem nie tam

nie wiem jak mam się odnaleźć
tęsknota ma potu smak
z czoła mi kapie zmęczenie
butelka wciąż traci smak

to jest ten moment że wątpię
zgubiony wśród obcych ścian
wątpię czy trafię z powrotem
czy jeszcze będzie ktoś tam

a human zoo

2008-08-07 – 15:35

[2008-08-07 – Chiang Mai, Thailand]

Dziś byłem w ZOO, gdzie pokazywali ludzi. Cóż za wspaniały pomysł. Cztery różne gatunki. Te najokazalsze sprowadzono aż spod granicy z Birmą. Umieszczono je w środowisku zbliżonym do naturalnego, ogrodzono płotem, powbijano tabliczki z opisami i udostępniono zwiedzającym za słoną opłatą. Można było patrzeć, zaglądać do kuchni, kibla i sypialni, i robić sobie zdjęcia (w sam raz na naszą-klasę). Ubaw był przedni.

Zmieniam to miasto.

Wczoraj byłem u wróżki. Zaczęło się od wielkich pieniędzy, inteligencji, dobrej pracy i wielu kobiet, i stwierdzenia, że nie lubię Tajlandii, i że Tajki mnie nie kręcą. Right. A potem był prawdziwy hardcore. Dwie drogi, jedna pełna szczęścia i kasy, a druga to śmierć lub rany. Aż się przestraszyłem. Bo kroczę po tej złej. Zawsze nie tak, kurwa.

mgiełka

2008-08-06 – 16:34

chodzisz mi po głowie w buddyjskich szatach
kusisz drżącym płomieniem świecy
a słodkim zapachem kadzidła otulasz do snu

826

2008-08-06 – 11:27

[2008-08-05 – Chiang Mai, Thailand]

Zabili mnie klimą i jestem przeziębiony. Rozbity.

but there’s some place that i’d rather be

2008-08-03 – 17:55

[Bangkok 2008-08-03]

nie ma tak, że postanawiasz stracić rozum, możesz tylko przyznać, że to już się stało

2008-08-03 – 14:24

[Bangkok, 2008-08-02]

Znowu trafiłem w sam środek protestów. Sprawdziłem dokładniej kto i po co protestuje i okazuje się, że to People’s Alliance for Democracy (PAD) sprzeciwia się rządowi, planowanym zmianom w konstytucji i rządają odzyskania świątyni Preah Vihear, która w 1962 została przez Trybunał Międzynarodowy przyznana Kambodży. Tym razem demonstracja ochraniana była przez strażników PAD, wolontariacką, samozwańczą straż ubraną w czarne ciuchy, skóry, kapelusze, ciemne okulary słoneczne i chusty na twarzach, wyposażoną just in case w metalowe pałki i kije golfowe (wyglądają jak skuterowy gang). Jak mówi stare chińskie przysłowie “jeśli chcesz czuć się bezpiecznie na dzielni, to zaprzyjaźnij się ze złymi chłopcami”, więc trochę się z nimi zaprzyjaźniłem. Znowu dostałem gadżety, papierową flagę Tajlandii i znaczek “kocham Tajlandię, kocham króla”. Takie rzeczy się dzieją w tym kraju, gdzie raz na kilka lat wojsko robi pucz, rozpędza parlament (ostatni raz w 2006), a król jest nietykalny, bo wszyscy go kochają.

jak wojownik nie jak wątły liść przez życie musisz przejść

2008-08-02 – 12:37

Khao San Road – dla wielu mekka podróżników. Spotkasz tu więcej białych niż Azjatów. Co więcej, spotkasz tu więcej białych niż w Londynie, czy Paryżu. Bo biały człowiek znajdzie tu wszystko czego potrzebuje – alkohol sprzedawany w wiaderkach ze słomką, pirackie płyty, t-shirty, głośną muzykę, street food, mc donaldsa, burger kinga, zaplataczy dreadów, wyrabiaczy fałszywych dokumentów. Właściwie, to można przyjechać na wypoczynek i ograniczyć się tylko do tej jednej ulicy. No dobra, jeśli ktoś jest miłośnikiem klubów go-go lub bum-bum, tu musi się przejechać tuk-tukiem.

Błąkając się trochę bez celu jak to mam w zwyczaju trafiłem na demonstrację. Tłumy ubrane na żółto demonstrowały siedząc uwielbienie dla króla. Bo król to tutaj świętość, należy go szanować. Jest na każdym banknocie, jest na plakatach, billboardach (o dziwo bardzo powszechny jest plakat, gdzie król robi zdjęcie aparatem marki Canon – czyżby ktoś posmarował za to?). W każdym razie “zwiedziłem” tę demonstrację robiąc zdjęcia ludziom z kołatkami w kształcie klaszczących dłoni. Uważnie wymiajałem siedzących ludzi zdejmując sandały, gdy potrzeba i nie przechodząc nad nikim, tak jak należy w tym kraju. I już zaraz zostałem obdarowany chustą z napisem po Tajsku “kochamy króla, kochamy Tajlandię” i od tego momentu ludzie widząc mnie wiwatowali i klaskały kołatkami. Crazy world.

don’t wait for me, i’ll wait for you

2008-07-31 – 15:49

Trochę się zasiedziałem w Bangkoku, a wygląda na to, że jeszcze trochę tu pobędę. Nie bez przygód złożyłem wniosek o wizę chińską. Ze względu na olipiadę trzeba mieć zabookowany round trip i hotele. Naganiacze obiecali wyrobić odpowiednie papiery, zaś pani w okienku sama zasugerowała wizytę w kafejce internetowej. No to w 4 minut odpowiednie papiery były wydrukowane. Lekcja – czasem wystarczy przynieść jakikolwiek papier, a w formularzu wpisać cokolwiek. Wiza ma być na poniedziałek. Mam nadzieję, że szwindel nie zostanie wykryty i że nie dostanę bana na Chiny.

No to tkwię w Bangkoku w hotelu w pokoju za 4 euraski. Zwiedzam atrakcje (one thing a day), dużo, dużo łażę z muzyką na uszach. Unikam tuk tuków, bo po pierwsze zawsze chcą cię przyciąć, a po drugie wolę zaglądać w zakamarki, robić fotki, oglądać, dziwić się, wąchać, a po trzecie za zaoszczędzoną kaskę mogę dać sobie wieczorem wymasować obolałe mięśnie.

Powoli wpadam w rytm, przestawiam się na lokalny czas, powoli mija bezsenność, a organizm wypracowuje optymalne pory posiłków.

A wieczorami kończę z laptopem w restauracji przed hotelem i przy zimnym piwku obrabiam fotki, piszę bzdurki, słucham muzyczki. Relaks, ale tak miało być. Nic na siłę, powoli, nigdzie się nie spieszymy. Nie istnieją terminy, ani nawet dni tygodnia. Jak nadejdzie czas, to się spakuję i pojadę. Jeszcze zdążę i na północ do słoni i na południe do plaż i zachodów słońca.