alexis
Tuesday, March 30th, 2010[La Paz, Bolivia]

"if you don't know where you're going, any road will take you there"
[La Paz, Bolivia]

[Pucallpa, Perú, Amazonia]

Wrzesień 2009
Dziś w Boliwii obchodzony był Dzień Morza. Ale… zaraz, zaraz… przecież Boliwia dostępu do morza nie ma. I to od prawie 130 lat…
Ale co tam. Na ulice wyległo wojsko w mundurach reprezentacyjnych z szabelkami (ale także ochraniające i pilnujące porządku oddziały w mundurach polowych z długą bronią). A wśród wojska najbardziej dziś istotne były oddziały marynarki w białych mundurach. I to całkiem liczne. Moje podejrzenie jest takie, że armia boliwijska ma atomowe łodzie podwodne poukrywane w głębinach jeziora Titikaka. I na razie nie mają za bardzo pomysłu jak przetransportować je do Pacyfiku.
Ale wracając do tematu, problem dostępu do morza dla Boliwijczyków to temat drażliwy. Wiadomo, co to za frajda żyć w kraju, gdzie plaży nie ma. Mnie, Gdynianinowi, tłumaczyć tego nie trzeba. Dlatego wciąż prowadzą rozmowy z Chile i proszą o zwrot terenów, których odzyskanie dałyby korytarz lądowy do Pacyfiku. Plaża ważna rzecz w końcu.
Mam to szczęście mieszkać w okolicy Placu Avaroa, nazwanego na cześć bohatera tamtych wojen. Więc wczoraj od 19stej i dziś od 7:30 rano dane mi było słuchać krzepiącego serce bicia bębnów i oglądać nieletnie uczennice wymachujące pałeczkami. Bo pod pomnikiem przemaszerować muszą wszyscy. Wojsko, orkiestra, szkoła. Kombatanci tamtych wojen na szczęście już nie.
Taka jest boliwijska rzeczywistość. Są pamiętliwi, lubią fiesty i defilady. I wcale im nie przeszkadza sparaliżowane miasto, zablokowane ulice, itp. Bo przecież plaża musi być!
W La Paz zaczął się festiwal teatrów. Byliśmy na pierwszysm przedstawieniu w wykonaniu grupy Teatro de Los Andes. Była to mocno osadzona w realiach południowo-amerykańskich Odysea (oczywiście po hiszpańsku, choć także fragmenty w keczua i po angielsku). Dostali oklaski na stojąco i kilka moich łez.




Choć często czuję frustrację, wkurzam się niemiłosiernie, to jednak są chwile, które chwytają za gardło, pchają łzy do oczu, rozwalają na malutkie kawałeczki. Szczęścia. I tego chcę się trzymać.
Ja nie wiem, czy jeszcze coś da się zmienić. Czy Moja Mama miała rację mówiąc mi “synku, świata nie zmienisz”. Jak długo dam radę wytrzymać na tej wewnętrznej emigracji. Zredukowałem sobie problemy. Zredukowałem sprawy, które mnie dotyczą. Nie chcę, nie mów mi, nie interesuje mnie to. Ale jak długo tak wytrzymam? Czy rozwinę tu pajęczynę zależności, z której niełatwo się wysupłać? Czy znowu przewróci mi się zupełnie w głowie i popłynę w inne ekstremum? Czy ucieknę do jeszcze bardziej wyobcowanej pustelni gdzieś poza cywilizacją? Czy zostanę (p)rezydentem, czy stanę na czele rewolucji? A może po prostu zostanę Kulfonem?!?
Myślisz, że o tym nie myślę? Jest tak samo jak wszędzie. Ta sama myślówa. Po co i dokąd. I wcale nie wiem więcej.


*) jak kiedyś mi powiedział Luis Alberto Roselio z Santa Cruz
[update 2010-03-26 - ogórek został zjedzony, by zrobić miejsce nowym, lepszym]
Współlokatorzy.
Marianne i Alexis

Ona, Niemka, przyjechała tu na rok pracować. I wszystko było spoko, ale po upływie roku na imprezie pożegnalnej ogłosiła, że jednak nie wyjeżdża. Tejże imprezy pożegnalnej użyła jako pretekstu, żeby zagadać do niego, żeby na niej/dla niej zagrał. I tak się zaczęło. Bo on (Boliwijczyk) jest podobno jednym z najlepszych wirtuozów gitary w La Paz. No generalnie chłopak nic innego nie robi tylko brzdąka. Jara go to i wychodzi mu.
To dzięki Marianne poznałem Gabichę. Dali mi na nią namiary Stefi i Max, tak samo jak ja rozbitkowie pewnego statku zmierzającego do Patagonii. Ale to dawno temu było. Chyba jeszcze przed wojną.
Poza tym Marianne ostatnio w wolnych chwilach zajmuje się produkcją i sprzedażą czekoladek. Sprzedaje je w knajpie Miguela.
Na zdjęciu Marianne przeprowadza na Alexisie proces germanizacji siedząc na podłodze w naszym living. Bo podobno, żeby się w Niemczech ochajtać z obcokrajowcem, to musi on(a) zdać test z języka na poziomie podstawowym. Więc germani go ona na wszelki wypadek.
Miguel

Miguel pracuje w drogiej restauracji i odpowiada za to, żeby dania na talerzach wyglądały estetycznie i artystycznie. Serio. Pochodzi z Kolumbii, ale w Boliwii siedzi też już od dłuższego czasu.
W wolnych chwilach Miguel tworzy ręcznie malunki na t-shirtach. Zajebiste.
Ostatnio z bandą znajomych wynajęli lokal, gdzie serwują wegetariańskie posiłki, indyjskie ciuchy, czekoladki Marianne. Alkoholu chyba jeszcze nie sprzedają, więc jeszcze ich nie odwiedziłem.
Na zdjęciu w pokoju swym z nienacka zaskoczony.
Marine

Marine (z Francji) jest naszą ex-współlokatorką. Dziewczyna wyjechała parę tygodni temu. Stwierdziła na koniec, że bez sensu wyjeżdżać po pół roku, dopiero gdy się dobrze poznało miasto, znalazło znajomych itd. Wróciła do Francji, ale tylko na chwilę, bo niedługo wraca do nas na kontynent, tym razem studiować przez semestr w Sao Paulo w Brazylii. Poza francuskim mówi po hiszpańsku i angielsku, a niedługo będzie mówić po portugalsku. W ogóle bardzo dużo mówi. W La Paz żyła ostro codzień coś, kino, koncert, wystawa. Wulkan energetyczny.
Na zdjęciu w kuchni z Gabichą w dzień pożegnania. Koniec pobytu Marine oznaczał dla mnie przeprowadzkę z pokoju bez okna “dla służącej”, o rozmiarach 2x2m, wciśniętego pomiędzy kuchnię i kibel, do jej pokoju, który okno ma. Ale to już inna historia.