taking a flight, and you could be here tomorrow, taking a flight, well, you could get here tonight

Monday, July 5th, 2010

W srode rzucilem pomysl, to moze do Trinidadu polecimy. W czwartek mielismy bilety. No i w sobote polecielismy.

Trinidad – miasto w polnocnej czesci Boliwii, okolo 130.000 mieszkancow. To juz tzw. orient, czyli upal, slonce, zielono. Lataja i skrzecza papugi. Wszystkie chodniki w centrum sa zadaszone. Turystow brak. Lonely Planet pisze o tym miescie, ze nuda. Na katedrze ksiadz zamonotwal glosniki i to z nich niebywale czesto rozlega sie dzwiek dzwonow. Co najmniej co pol godziny. Na targu mozna kupic wypchane kajmany (male krokodyle).

Wokol glownego rynku jezdza motory. Glownie mlodziez. Wystarczy posiedziec 5 minut, zeby zauwazyc, ze jezdza w kolko. Taka nuda. O dziwo nie mam nawet knajp,gdzie browara sie mozna napic.

Tydzien wakacji.

i smak waszych ust boliwijskie dziewczyny w noc ciemną i złą nam będzie się śnił

Monday, June 28th, 2010

Niektórzy wiedzą, że w pewnych kręgach mam opinię tego, co cudze filmy wstawia na bloga jako swoje. Tak będzie i tym razem. Cóż, dobre kino trzeba promować. Tak było. Operacja “Żagiel”. Szymon, Kubuś i Radek, czyli żeglowanie w środku boliwijskiej zimy na środku jeziora Titikaka na wysokości 3900 m n.p.m. Gościnnie wystąpił pan bosman.

YouTube Preview Image

Kuba skręcił nam ten towar.

Ambasada Polski w Boliwii

Sunday, June 27th, 2010

[La Paz, Bolivia]

A jeśli nie ambasada, to co najmniej Polski Klub Podróżnika w La Paz mi tu powstał.

Ambasada Polski w Boliwii

Ambasada Polski w Boliwii

Ambasada Polski w Boliwii

Ambasada Polski w Boliwii

Ambasada Polski w Boliwii

Ambasada Polski w Boliwii

Ambasada Polski w Boliwii

Ambasada Polski w Boliwii

Zawitali do La Paz kolejni podróżnicy. A każdy z nich wiezie inną historię, inną drogę, która go tu zawiodła. Jechali tu przez stepy Mongoli, poprzez ryżane tarasy w Chinach, wyspy Indonezji, spalony słońcem Czarny Ląd, Atlantyk i Pacyfik, Krainę Kangurów, Karaibskie tropiki. Czasem autostopem, czasem na motorach, czasem boso po piasku, czasem z osiołkiem. Dotarli tu, do La Paz, do którego niemal każda droga jest trudna. I postanowili na chwilę po prostu odpocząć.

W ostatnich dwóch tygodniach takich podróżników w La Paz pojawiło się prawie dziesięcioro. Karina i Marcin, dla których kochać, to patrzeć w tym samym kierunku. Iza i Kamil, co z Singapuru jadą na motorach do Polski, niezupełnie najkrótszą trasą . Bartek i Marta, którzy na motorach jadą byle dalej. Kubuś, młodziak co poznał już w Kolumbii Wujka Filipa, a teraz jego Grand Tour zagnało go do Boliwii. A także Karol, co po dwóch miesiącach w drodze stiwerdził, że jednak nie dla niego takie ciągłe przemieszczanie się, znalazł pracę w barze i postanowił się osiedlić na dwa miesiące. Poza tym wolontariuszka Ola i sąsiad Radek. I jeszcze inni, co to bloga nie mają i też żyją.

Na pierwszy ogień oczywiście poszły pierogi. Sprawdzona reguła mówi, najlepszym sposobem na integrację Polaków którzy są ponad 10.000 km od kraju jest wspólne ugniatanie i gotowanie pierogów. I znowu się udało.

Różni ludzie, w różnym wieku, którzy w niejednym miejscu byli i niejedno widzieli. I ta nić porozumienia. Zainteresowanie drugim człowiekiem i Jego Drogą. Bez jakiejś próby współzawodnictwa, przechwalania. Zrozumienie, że ta Droga to rzecz bardzo indywidualna i intymna. I każdy jest w niej z innych powodów, z inną wizją, celami. Co innego sprawia radość, co innego jest wyzwaniem. Ciekawe rozmowy ludzi, którzy starają się mieć ciekawe życie.

I znowu miałem okazję porównać blogową autokreację z ludźmi, ich spalonymi słońcem twarzami, gestami, zmęczeniem, zamyśleniem, zmarszczkami, uśmiechami.

Rozmawiamy. O miejscach, przygodach, ludziach. O zdeptanych wulkanach i szczytach. O festiwalach gdzieś w Amazonii. O Ayahuascowych wizjach. O jachtach, co za darmo mogą przewieźć cię przez ocean. O sympatycznych przemytnikach. O lewych prawkach na motor i łapkówkach wręczanych na granicy. O podróżach pod eskortą policji. O kilometrach przebytych w kurzu. O napotkanych gdzieś w innej części świata wspólnych znajomych.

Wspominamy… Nowaka, Kingę, Kapuścińskiego… Mówimy o tym czy jest sens podążać cudzymi śladami, czy może lepiej wydeptać swój.

Ale tak naprawdę te rozmowy są o celu i sposobie. Alternatywnym postrzeganiu świata. O tym co gna do przodu. O tułaczce bez domu, lodówki, pralki. I o tym, co dostaje się w zamian.

=====

A tymczasem ja przygotowuję się do przeprowadzki do nowego mieszkania. Naszego. Do zakupu lodówki, kuchenki, byćmoże pralki, a może nawet telewizora. Przed nami nowa przygoda.

A

Friday, June 18th, 2010

Alikal. Boliwijski środek na kaca.

i’ve been living underground, i’ve been eating from a can, i’ve been running away from what i don’t understand

Friday, June 11th, 2010


foto: Pevas, Amazonia, Perú, Wrzesień’2009

Buduję zamki z piasku, fosy, bramy, wieże, a potem wskakuję w to bosymi stopami, jak szalony wbiegam do wody przeskakując fale i daję nura, zamieram na kilka sekund tuż przy piasku na dnie, by zaraz wybić się na powierzchnię, przez moment szaleńczo płynąć przed siebie, by zaraz odwrócić się na plecy i dryfować przez parę chwil patrząc w niebo.

Z chaosu w pozorny spokój. Przestawiam suwaki i próbuję znaleźć najlepszą kombinację, czasem jest lepiej, czasem z głośnika wydobywa się koszmarny pisk. Ale to tylko chwilka, bo zaraz przywracam spokój i znowu słychać muzykę. Eksperymentuję.

Znowu od nowa. Choć perspektywa dużego łóżka, czerwonego wina i budyniu czekoladowego wydaje się być dużo większym wyzwaniem niż samotność w Amazonii.

“I have my own wings and I always keep following this spirit that guides me in my decisions, and that is how it has to be.” To nie ja to napisałem, lecz Ty o mnie. I wróciłem z Amazonii, i zacząłem życie na 3625 metrach nad poziomem morza, i nawet zostałem rezydentem w Boliwii! Czas to uczcić kochanie!

“zimno jak w psiarni” jak mawia mama

Friday, June 4th, 2010

Niedziałających kontaktów.
Temperatury w nocy w okolicach zera, przy braku centralnego ogrzewania i pojedynczych szybach w oknach.
Pracy z Boliwijczykami, na których nigdy nie można polegać.
Internetu tak wolnego, że nie można z youtube’a korzystać.
Samochodów co zawsze chcą cię przejechać, bipczą i przyspieszają bez intencji zatrzymania się.
Ludzi wpychających się przed ciebie na chama do minibusu.
Skorumpowanych urzędników, którzy bez łapówki nie przyjmą papierów migracyjnych…
Podobno mi zazdrościsz.

A poza tym jest zajebiście.
Rośnie barek alkoholi. Ostatnio najlepiej wchodzi whiskey. Zaprzyjaźniłem się z Jack’iem Daniels’em. Powoli kupuję naczynia, patelnie, noże, kufle do nowego mieszkania. Bo szukamy sobie miejsca. Najlepiej słonecznego i z dobrą kuchnią. Bo ona lubi gotować. Wizę prawie już dostałem, więc prawie jestem legalny na najbliższy rok.

Sytuacja w pracy osiągnęła punkt krytyczny, musiałem interweniować. Może być tylko lepiej. Problemy z jakimi muszę się ścierać w pracy to porażka totalna. Zacofanie infrastruktury technologicznej, opór kulturowy przed robieniem rzeczy raz, a dobrze. Poddaję się, nie walczę, tylko zmieńcie mi godziny pracy na bardziej ludzkie. Bo w końcu nie przyjechałem tu pracować… Zmęczenie. Za dużo ostatnio pracowałem. I po co? I pretensje z każdej strony. Bo w tym kraju, jak coś się zespuje, to przyjętym jest siedzenie bez inicjatywy i czekanie co się stanie. A jak zepsuje się coś ważnego, to presja na mnie, bo nikomu innemu nie zależy, żeby naprawić. Basta. Przegięli. Wysiadam. Co będzie, to będzie.

To nie jest blog o narzekaniu. Podpuścił mnie ktoś mailem, że zazdrości. No tienes ni idea.


[Copacabana, Jezioro Titikaka, Bolivia, Święto Zmarłych'2009]

now what?

Sunday, May 23rd, 2010

now what?

do celu jechałem po bandzie, czasem myślę, że przegiąłem lub że powinienem bardziej

Saturday, May 22nd, 2010

Wybraliśmy się wczoraj na koncert do El Alto. Ponieważ w dolinie, którą zajmuje La Paz kończy się miejsce, to miasto wylało się na otaczający płaskowyż i to jest właśnie El Alto. Miejsce o złej reputacji (lepiej przeciskając się przez tłum w kieszeniach ściskaj portfel i telefon). Masa ludzi. Wielkie targowisko.

Koncert poświęcony był pamięci prekursora boliwijskiego hip-hopu, Abrahamowi Bojórquez (ze składu Ukamau y ke). To on jako jeden z pierwszych zaczął śpiewać i nagrywać boliwijski rap po hiszpańsku i w języku aymara. Niestety zginął z winy pijanego kierowcy minibusu…

Koncert odbywał się na ulicy i był pełen niespodzianek. Oprócz hip hop’owców wystąpili bębniarze, punkowcy, kolesie z fujarkami oraz cholity kręcące spódnicami. Kulturalny koncert był. Temperatura wynosiła kilka stopni, siąpił trochę deszczyk, płonęły metalowe beczki. W pewnym momencie koncert został wstrzymany, i między ludźmi zaczął się przeciskać autobus w celu zaparkowania w bramie tuż przy scenie.

A jak wyglądają i śpiewają hip hopowcy na 4000 m n.p.m.? Oto śpiewająca w Aymara grupa WAYNA RAP:
YouTube Preview Image

A oto i sam Abraham Bojórquez (i Ukamau y ke) śpiewający (tym razem po hiszpańsku) o złowrogiej sile telewizji:
YouTube Preview Image