Archive for the photos category

Już nikt już do mnie więcej nie napisze, do końca życia nie zobaczę już żadnego Polaka.

Tuesday, March 19th, 2013

Ambasada nie jest:
– noclegownią (chyba, że jesteś Lachmanem). Jeśli szukasz noclegu za darmochę, to couchsurfing.
– informacją turystyczną. Ludzie z forum travelbita albo Lonely Planet są chętni by polecić hostel 24/7.

Myślałem czy nie zrobić sekcji FAQ, ale stwierdziłem, że w dupie mam tanie, sprawdzone hostele. Choć kolega Andrzej pewnie powiedziałby, że to by się dobrze spozycjonowało. Cóż, gdzie kupić kokainę i marichuanę w Ameryce Południowej też by się dobrze spozycjonowało, co nie znaczy, że interesuje mnie to i że będę o tym pisał.

Weźcie ludzie się trochę ogarnijcie. Podróżujcie po swojemu, a nie odtwarzajcie cudze przygody.

To tak gwoli wyjaśnienia, bo fama poszła w miasto, że Ambasador we wszystkim ci pomoże. A Ambasador owszem, pomaga, ale nie o suchym gardle. Więc jeżeli ktoś chce na piwko się ustawić, to chętnie. No to jeśli chcecie się spotkać i pogadać, to spoko, ale jak chcecie, żebym wam udzielał porad, to lepiej do biura podróży. W necie sobie poszukajcie czy droga śmierci jest fajna. Albo jak dojechać z La Paz do Uyuni. Windą kurwa.

image


Aktualizacja 25.03.2013: o protestach i odpowiedzi Ambasadora napisano tutaj: http://www.mywayaround.com/2013/03/25/stanowisko-ambasady-w-sprawie-protestow-23-03-2013/

Czy my tu chcemy demokracji?

Wednesday, January 23rd, 2013

mona lisa boliviana

Ten kraj się rodzi. Indianie jednoczą się. Plemiona rozproszone po wielkich połaciach kraju komunikują się przez telefony komórkowe. Zasięg pokrywa już nie tylko wielkie miasta, ale też wioski, a nawet pustynne drogi. Co prawda nie mamy jeszcze Ikei i Mediamarktu, ale mamy Burger Kinga z darmowym WIFI. Mamy też internet, i już za 60 USD/mc można mieć łącze na którym śmigają youtuby w niskiej rozdzielczości.

Indiańska wioska rośnie w siłę, to teraz tak naprawdę powstaje to państwo.

Ale to broń obosieczna. Są w kraju nastroje. Jest opozycja. Poza państwowym są także prywatne kanały telewizyjne. Nie zawsze można ludziom przekazać wszystko tak jakby życzył sobie rząd.

Prezydent mówi językiem prostym, tak żeby większość prostych ludzi go zrozumiała. Z czego szydzi ten niewielki procent ludzi, ktozy uważają się za nie-prostych.

Prezydentowi podoba się władza, podoba do tego stopnia, że powoli acz metodycznie przejmuje kontrolę nad izbami parlamentu, ministerstwami, sądem najwyższym. Prostym ludziom pozwala sądzić w wioskowych sądach zachowując wioskowe tradycje. Ale ponad tym wszystkim buduję strukturę państwową, ekonomiczną, wojskową. Prezydent z wielkim rozmachem realizuje kolejne projekty: elektryfikacji, budowy dróg, wystrzeliwuje satelitę, wojsku kupuje helikoptery. A wszystko to sygnowane jego twarzą. Prezydent przymusowo nacjonalizuje kluczowe zakłady (telekomunikacja, dostawcy elektryczności). W stolicy strzelają w górę kolejne wielopiętrowe budynki. W środku miasta stoi wielki bunkier – Ambasada USA (kolejność ewakuacji: pracownicy ambasady narodowości USA, zwierzęta domowe pracowników, pracownicy instytucji, obywatele USA). Organizacje międzynarodowe pompują w kraj pieniądze na rozwój. Zaczynają być eksploatowane największe złoża litu na świecie. Liście koki zbierane są cztery razy do roku. Rodzą się lobbiści. Benzyna jest w 50% procentach dotowana, a 90% procent pojazdów przeznaczonych jest do transportu publicznego (prywatnego). Pojawia się klasa średnia. Egzekwowane są podatki. Największy operator lotniczy to Wojskowe Linie Lotnicze. W dżungli zbierane są migdały i produkowany jest marcepan. Są zespoły rokowe, ale też undergroundowe knajpy gdzie codziennie od północy do rana grana jest tradycyjna andyjska muzyka. Obchodzony jest dzień morza, mimo że dostęp do niego kraj utracił 120 lat temu.

Każda z tych historii to temat rzeka.

A ja i tak wolę amerykańskie seriale i parillady.

Judgemental piece of crap

Thursday, January 10th, 2013

Dzisiaj postanowiłem się nie przejmować pracą. Nie będę starał się stawać na głowie. Nie będę robił rzeczy wbrew sobie. Go with the flow to było nasze motto. Teraz bardziej je rozumiem. Robić tylko to co wydaje się słuszne. Bo życie tak niepowtarzalne jest.

image

pod mangowcem

Sunday, December 23rd, 2012

feliz navidad

Mi Amor wróciła z wyjazdu służbowego na południe Boliwii I przywiozła…

Wednesday, December 19th, 2012

image

Kupuj produkty lokalne.

niech Ci się śni

Sunday, December 2nd, 2012

Sometimes it’s good to be true

Tuesday, November 27th, 2012

image

Alaska

Sunday, November 25th, 2012

Czy jest tam jeszcze coś co trzeba odkryć?

u nas w Boliwii

Wednesday, November 21st, 2012

Dziś w Boliwii odbywa się censo, czyli spis ludności. Co to oznacza w praktyce? Zakaz ruchu samochodów i pieszych od 00:00 do 18:00. Oczywiście dzień wolny od pracy. Poza tym jak zwykle prohibicja, ba, nawet zakaz spożywania alkoholu we własnym domu. W praktyce? Wczoraj wieczorem z zapasem browarów udaliśmy się do Mamy Gabichy. Mięsko też zostało zakupione. Więc rano śniadanko (koło 10tej). Ankieter przyszedł w samą porę, około 13stej. Zadał nam kilka fajnych pytań. Kto jest najważniejszy w tym domostwie? Z czego zrobione są ściany? Czy dach pokryty jest słomą czy liśćmi bananowca? I sobie poszedł. Więc my zaczęliśmy grillowanie. Tak się składa, że dziś urodziny ma mój Tata, a także Naleśnik i Natalia. Wszystkiego najlepszego (załączam zdjęcie browara w tej intencji).

A co to oznacza w praktyce? Parillada (czyli po naszemu grilowanie, choć grilować tak jak w Ameryce Pd., to wy w Polsce nie umicie):

El Kosmito obchodził okrągłą rocznicę (kilometrocznicę):

…więc należało mu się trochę miłości. Z tej okazji (i nie tylko) zabrałem go więc na ulicę, która mnie zafascynowała. Ulicę Mechaników, ludzi, którzy pomogą ci rozwiązać każdy twój samochodowy problem. A najlepsze jest, to, że robią to na miejscu i za niewielkie pieniądze. I pozwalają ci patrzeć, jak młotkiem i łomem naprawiają problem przekrzywionej kierownicy na przykład. :) Tak mi się spodobało, że byłem tam w ostatnim tygodniu 3 czy 4 razy.

A na zakończenie jedna historia z naszej wycieczki (550 kilometrów boliwijskiej drogowej żeglugi). Otóż jedziemy sobie we troje (bo Gabicha jeszcze była w Europie) i mijamy parkę z dzieckiem na plecach. Więc się zatrzymujemy, a co tam, w końcu dobrzy z nas ludzie, mimo że biali. Auto małe, więc mówimy, słuchajcie tylko matka z dzieckiem, a chłop niech idzie z buta drogą. Ale potem serce nam zmiękło i chłopa też wzięliśmy. I ciasno trochę było. No to jedziemy dalej, a tam jakiś rozkraczony motor. Chłop mówi “zaczekaj chwile, to moje ziomki, co po mnie wyjechali, pójdę się z nimi rozmówić“. Ja mówię “dobra, ale masz 2 minuty“. No to chłop pędem do motoru, i wraca… z kolejnym dzieckiem i wielkim workiem, który wrzuciliśmy na dach. Pośmialiśmy się i pojechaliśmy dalej wesołą gromadką.

zagadka – wskaż, kto na załączonym zdjęciu pochodzi z miasta, a kto nie.

gdybym nie był tym kim jestem i nie mieszkał tu gdzie mieszkam

Monday, November 19th, 2012

Gdybym miał wybrać z miast w których byłem te 3 najlepsze, i gdyby nie mogła to być Gdynia, to…

Rio de Janeiro…

Jest taka skała w Rio, gdzie ludzie przychodzą co wieczór i patrzą jak słońce zachodzi w oceanie. A jak już zajdzie to biją brawo. Miasto zachwyca. Ocean, plaże, ciepły klimat, tropikalna dżungla. Kolorowe i piękne dziewczyny. Rio to miasto zdecydowanie warte odwiedzenia szczególnie w te polskie zimowe miesiące.

Brazyliczycy, starają cieszyć się każdą chwilą życia, z resztą to życie poznałem od podszewki mieszkając ze studentami, w 7 osób w 3 pokojowym mieszkaniu. I przez ponad 2 tygodnie to z nimi poznawałem tajemnice tego miasta. Radość życia, piękna pogoda, ale i wiszące w powietrzu niebezpieczeństwo. Czy to tylko iluzja, strach białego turysty przed nowym miastem, czy też rzeczywistość? W Rio czujesz ten dreszczyk, wiesz że kilka kilometrów od centrum, na okolicznych wzgórzach rozciągają się favele, dziennice biedy, gdzie choć żyje też niższa klasa średnia, to jednak prawa nie egzekwuje tam policja. Nie oznacza to, że jest to świat bez zasad, o nie. Tam po prostu porządku pilnuje ktoś inny. I wiesz, że jak nad favelą pojawiają się fajerwerki, to znaczy, albo że Flamengo wygrało mecz, albo że masz siedzieć w domu bo po wąskich uliczkach i tysiącach schodów wchodzi do faveli transport narkotyków. To miasto jest piękne, agresywne, uzależniające. Jeśli nie potrafisz dotrzymać mu kroku – odpadasz. Ja chyba długoterminowo bym nie podołał.

Nad wszystkim czuwa figura Jezusa, punkt orientacyjny, ale także wielki symbol. Dobra które zwycięża i jest ponad małymi brudami. Niewidzialnej opieki nad wszystkimi maluczkimi.

 

Hong Kong…

Hong Kong jest miastem podobnym do Rio jeśli chodzi o krajobraz. To również skały, ocean, wyspy, tropikalna zieleń. Ale to miasto o zupełnie innej kulturze. Nowocześni, dobrze wykształceni młodzi ludzie, mówiący perfekcyjnie po angielsku (brytyjska exkolonia, dah), z którymi być może nawet mógł się zaprzyjaźnić. Niesamowite jedzenie, małe uliczne restaur acje. Ale niestety, to wyspa, miliony skupione na niewielkim kawałku ziemi, mała enklawa kontrolowanej (pozornej) wolności przylepiona do Chin.

(Na marginesie, jest jeszcze jedno miasto podobne do tych dwóch, a nazywa się Istanbul. Piękne, ale niestety kulturowo zbyt odległe. Turkom po prostu nie ufam. I chyba nawet pita na każdym kroku herbata i faja wodna spalona na tarasie wyłożonym poduszkami, z widokiem na Cieśninę Bosfor nie przekonają mnie do tego miasta. Ci ludzie są dla mnie zbyt dziwni. Niby nowocześni, niby państwo świeckie, a nie muzułmańskie, to jednak w tym jak się zachowują, knują, jest dużo jakiś ciężkich, spaczonych światopoglądów i sposobu w jaki patrzą na pewne kwestie.)

 

La Paz…

No i przechodzimy do La Paz, czyli miasta w którym mieszkam. Czemu lubię to miasto? Bo to nieodkryta zagadka. Największa indiańska wioska świata. Wyobraź sobie Indian, którym nagle dasz samochody i komórki. Tak to właśnie będzie wyglądało: na ulicy brak zasad, stragany na każdym kroku, psy bez obroży. Film o dzikim zachodzie wyświetlany 24h na dobę, pokazujący drugą stronę medalu, życie ludzi, którzy polowali na kowbojów. Miejsce gdzie La Paz jest położone jest surowe, ale spektakularne. Dolina wypełniona po brzegi domami. I Illimani, zawsze zaśnieżona święta góra widoczna ponad miastem.

Ludzie w La Paz są tacy jak miejsce – surowi. Trudno się z nimi zaprzyjaźnić, mam wrażenie, że kulturowo są zbyt odlegli by się do nich przebić. Są zagadką, fascynują, nigdy nie wiesz co siedzi w ich głowach (a oni co w twojej ). W swoich nieotynkowanych domach wieszają telewizory LCD, ale oglądają na nich nagrania z karnawałowych parad. Jedzenie jest proste, ale intensywne, dużo mięsa, tłuszczu. Owoce pyszne przez cały rok. A w promieniu kilku godzin od La Paz ciekawe miejscówki na weekendowe wypady. Więc życie tu to wciąż przygoda.

niech Ci się śni

Monday, November 12th, 2012

even though you are on the other side of the world, i hope you’re not getting me wrong

Sunday, November 11th, 2012

długi weekend

Tuesday, November 6th, 2012

550 km, 100 litrów benzyny,
w tym 300 km po szturach, gdzie średnia prędkość wyniosła 26 km/h
najniższa wysokość 1000 m n.p.m., nawyższa 4700
od zaśnieżonych szczytów aż po dżunglę, gdzie na drzewach rosną mango

pierwsze takie święto

Thursday, November 1st, 2012

– Co robisz w Święto?
– To co zawsze… spotkam się ze znajomymi, pewnie napijemy się wina. Święci będą pić z nami.

Kuba, byłeś, jesteś i będziesz z nami.

playa hay

Wednesday, October 31st, 2012

zdjęcie: tata

niech Ci się śni

Tuesday, October 30th, 2012

niech Ci się śni

Saturday, October 27th, 2012

niech Ci się śni

Saturday, October 27th, 2012

niech Ci się śni

Saturday, October 27th, 2012

niech Ci się śni

Friday, October 26th, 2012

niech Ci się śni

Friday, October 26th, 2012

niech Ci się śni

Thursday, October 25th, 2012

niech Ci sie śni

Thursday, October 25th, 2012

i’m so sick of this whole digital lifestyle

Wednesday, October 24th, 2012

the best moment of my life are offline

Dziękuję Tacie za skaner. :)

wolisz w dolarach czy peelenach?

Sunday, October 14th, 2012

Najbardziej niebezpieczna jest ta ciekawość. Żeby pójść jeszcze jedną ścieżkę dalej. Co tam jeszcze jest? Wrócić? Zgubiłem się? Nie, jeszcze wiem gdzie idę. I pewnym krokiem pójść w nieznane.

Szamańska legenda mówi, że jak zajdziesz się za daleko w złą ścieżkę, to zobaczysz na swojej drodze dziwnego człowieka. Z pozoru będzie normalny, ale jeśli przyjrzysz się jego stopom i będą one skierowane w kierunku przeciwnym naturze, to znaczy, że się zgubiłeś. Powinieneś z nieznajomym nie rozmawiać, tylko odwrócić się na pięcie i starać się powrócić drogą, którą przyszedłeś.

Czy spotkałem kogoś na swojej ścieżce z odwróconymi stopami? Spotkałem kilku wariatów, którym za bardzo się TO spodobało. Zostałem ich przyjacielem. Przyjrzałem się nie tylko ich stopom (a były one w normalnym kierunku), lecz także ich sercom. Zawsze mieli je po prawidłowej stronie.

Mam nadzieję, że też mnie tak będą wspominać.

Wyjechałem z tego kraju 3,5 roku temu, by przeżyć przygodę. Miałem dużo szczęścia. Trafiła mi się niezła przygoda, NAPRAWDĘ. Wrócić tak teraz byłoby bezpiecznie. Bez przygody. A ja jeśli wrócę, to musi w tym być duży element przygody. A nie tak po prostu, że teraz tu przyjadę i zacznę szukać pracy.

A w gazecie znalazłem w drobnych: “Do oddziału międzynarodowej firmy, pilnie potrzebujemy kogoś szczepionego, kto ma doświadczenie w zarządzaniu Latynosami.” Ale się nie zgłosiłem. Pewnie Agencja Wywiadu albo Jehowi lub Mormoni znów na misje do Am Pd chcą kogoś. Albo na plantacje. Byłem widziałem.

“A straszny ten Twój kraj, tak sucho, tyle pustyni, jak tam można mieszkać.” powiedział Dziadek, którego wojna zagnała przez Iran, Indie, dookoła Afryki do Anglii. “Dziadku, jakie czasy takie przygody”. I śmieję się w duchu, bo wiem, że dziadek kuma i sam by się wybrał, tylko nie ma siły. “Dziadku, przyjedź, pojeździmy Jeepem. Olejemy te cioty z miasta.” “Masz rację wnuczku, nieprzyzwoite są teraz te wczasy na które oni tam jeżdżą i każą sobie tym lokalnym brudasom kelnerować.” “Masz rację dziadku. Nigdy pewnie w ręku maczety nie trzymali.” …i tak możemy godzinami gadać z dziadkiem.

do cyrku
Na zdjęciu mój przyjaciel Marko ubrany na wyjście do cyrku. Ale były jaja. Wrzucę foty innym razem, tylko mi przypomnijcie.

Wpis sponsoruje firma Manitic produkująca fajne designerskie ubrania dla gwiazd. Dziękuję za przysłane gadżety. Proszę o instrukcje obsługi i karty gwarancyjne w pedeefach.