Archive for the travel category

w szpitalu

Saturday, August 11th, 2012

el kosmito en hospital

benzyny znowu nie dowieźli

Tuesday, July 24th, 2012

gas

zadzwoń do mnie!

Sunday, July 22nd, 2012

phone

dawali czasem czadu, czyli w trampkach przez pustynię

Sunday, July 8th, 2012

cholita

w trampkach przez pustynię

Przypominam o fotografii cholity z browarem w słusznej sprawie.

[making of cholita]

w słusznej sprawie

Wednesday, June 27th, 2012

cholita z browarem

Na peron4 nie pisuję, bo moje teksty nie spełniają ich wysokich norm jakościowych i obyczajowych. Ale znamy się i od czasu do czasu pozdrawiamy. Poza tym podsyłają mi od czasu do czasu takich co dla nich pisują.

No ale w słusznej sprawie się z nimi zbratałem i wystawiam powyższe zdjęcie na aukcję charytatywną. Zdjęcie wyślę z Boliwii z kilkoma słowami pozdrowienia.

Szczytna idea to pomoc szkole w Jharkot w Nepalu. A licytacja już teraz przebiega całkiem nieźle. :)

Dzięki za udział w akcji!

weekend w Quime

Sunday, June 10th, 2012

image

image

image

Hostal Rancho Colibri in Quime, Bolivia, the best place to stay.

s/la/r/ kulawa prawda

Tuesday, June 5th, 2012

Jesteśmy dziećmi rodziców ze straconego pokolenia. 50 lat komunizmu i okupacji radzieckiej wyssaliśmy z mlekiem matki. Cerowane skarpetki i łaty na spodniach. Zamknięci w bloku wschodnim. Wychowani na Stasiu i Nel, i Tomku co miał strzelbę i buszował gdzieś po stepach z kowbojami i indianami.

I nagle, bęc, zmiana, możemy pożeglować w którymkolwiek kierunku, granice są otwarte, stoi otworem szeroki Świat.

Stąd i młodzi podróżujący Polacy mają namaszczenie do podróżowania. Niektórzy nieśmiało na Ibizę, do Egiptu, czy na Teneryfy. A inni na całego, w te najdalsze zakątki. Z dużymi aparatami i blogami w Internecie, bo przecież robią coś, o czym nikt w Polsce nie śnił 20 lat temu. By łapać te chwile, zobaczyć, poczuć, jaki jest naprawdę ten Wielki Świat.

Są tacy, co wyruszają na długie miesiące. Wyrywają się z tego co trzeba i wypada robić w życiu. A Polska za dziecka przygotowała ich dobrze na taką szansę (obozy harcerskie, czy gorąca herbata w schronisku w Beskidach, Gorcach i Bieszczadach). Polak nie zginie nigdzie, Polak prześpi się bez wstydu w namiocie przy stacji na autostradzie, Polak rozpali ogień na stepie pod rozgwieżdżonym niebem. Polak nauczy się przynajmniej paru słów (“Ile to kosztuje?”) w każdym języku świata.

Żeby coś poczuć, zmarznąć do szpiku kości, powąchać, zjeść, usłyszeć. Coś odkryć, znaleźć, położyć na czymś rękę.

I są tacy, którzy to robią, jedni lepiej niż inni, z innych powodów, ale po swojemu. I to się liczy.

Bartka i Martę poznałem u siebie, w La Paz. “Ona – nigdy nie przestaje się uśmiechać, on swoim inteligentym poczuciem humoru przesiąkniętym sarkazmem czynnie jej w tym pomaga.”. Nawet pomagali nam w przeprowadzce do naszego pierwszego wspólnego mieszkania (i byli świadkami katolickiego rytuału, który odprawiła babcia Gabichy, który prawdopodobnie był domowym ożenkiem, ale dotychczas nie wiemy). Akurat trafiłem na moment, kiedy Marta po raz drugi złamała nogę, co nie przeszkodziło jej się uśmiechać i kuśtykać o kulach po stromych ulicach Miasta w Wielkiej Dolinie. 100% pozytywnego wrażenia i 30 punktów za technikę.

Wydali książkę. Co więcej, podarowali mi ją (a nawet na stronie 318 Ambasadora wspomnieli). Niestety bez dedykacji, ale co tam, nadrobi się kiedyś przy piwku. Książka dobra jest, bo oni pięknie podróżowali. Bardzo po swojemu, raz po raz uciekając z przetartych ścieżek. Nawet jeśli, byłeś jednym ze szcześliwców, którzy kiedyś też przez wiele miesięcy mieli okazję żyć w drodze, to wciąż czytając tę książkę co jakiś czas wzdychasz “ehhhh”, czasem się uśmiechasz, a czasem wzruszasz. Bo oni zrobili to tak jak należy. Rozkminili system. Podróżowali bardzo blisko ziemi z buta, na kolejnych kupowanych w różnych krajach środkach transportu. Bez ściemy, bez koloryzowania.

To dobra książka o podróżowaniu. Mam nadzieję, że natchnie wielu młodych wspaniałych ludzi, by robić to w ten właśnie sposób. Po swojemu. Szukając własnego szczęscia. By pójść jeszcze dalej.

Jedyne czego mi w tej książce brakuje, to odrobiny intymności. Bo to nie jest tak, że w podróży cały czas chodzisz z otwartą z zachwytu gębą. Dużo się dzieje poza tym. Dużo codzienności, nauki, myśli w głowie, gdy jedziesz szturem na motorze. Dużo zderzeń z tym co można i trzeba, komu się ukłonić, a komu pokazać środkowy palec. Ta strefa intymna jest w książce ledwie muśnięta. Ja chciałbym mieć w to wgląd. Ja chciałbym poza częścią o podróżowaniu przynajmniej rozdział o mądrościach życiowych w stylu Beaty Pawlikowskiej (hłehłe). No ale pewnie za dużo wymagam, bo to w końcu książka o podróżowaniu ma być, a nie o pieleniu ogródków.

I jeszcze jedno co mnie uderzyło. Książka jest pięknie wydana (mimo, że drukowana w Inowrocławiu). Super zdjęcia. A okładkę zaprojektował Najlepszy Ilustrator w Polsce wraz ze swoją równie utalentowaną babą.

Książkę z autografem możecie nabyć bezpośrednio od autoróów na Przystanku Bieszczady. I kto wie, może dla kogoś będzie to takie spotkanie jak moje kiedyś z Kingą, gdy kupiłem od Niej książkę. Może ktoś kto zobaczy ich, przeczyta, to uwierzy, że da się i też wyruszy i za 20 lat odwiedzi mnie w La Paz. :)

PS. Ja też jakiś czas temu zrobiłem retrospekcję tego co zostaje w głowie po takiej podróży. Kiedyś Wam pokażę, jak tylko dorwę się do jakiegoś skanera.

i’ve heard you’re turning into stone

Thursday, May 10th, 2012

Altiplano to magiczna kraina. To sucha ogromna równina na ponad 4000 m n.p.m. Tam życie zawsze było ciężkie. Właściwie, to kto chciałby tam dobrowolnie mieszkać? Zawsze zimno, zawsze sucho, mało co rośnie, mało co tam żyje. Kilka zakurzonych miasteczek, domy z błotnych cegieł, długie i proste drogi. Ludzie stamtąd są surowi i twardzi. Zwierzęta chude i brudne.

Przysmakiem Altiplano jest Charquekan, proste danie składające się z suszonego mięsa, ziemniaków, dużych ziaren kukurydzy, jajka i kawałka sera.

czasem taki anioł samotny zapomni dokąd ma lecieć i wtedy całe Bieszczady mają szaloną uciechę

Wednesday, May 9th, 2012

Pytają mnie ile tu jeszcze planuję zostać. Niemal codziennie mnie pytają. A ja nie wiem. I trochę się boję. Bo każdego dnia więcej we mnie wariata.


więcej o tym panu

you had me at hello

Sunday, May 6th, 2012

znowu zakładasz śmieszne swetry
a ja patrzę na to i się śmieję

wciąż jesteś zagadką

bardzo mało czasu na poezję

Saturday, April 14th, 2012

Po pierwsze przyjechała rodzina, siostra Gabichy z mężem i z 2 małych dzieci.

Po drugie, kupiliśmy samochód, więc pojechaliśmy do Copacabany go poświęcić.

Po trzecie, miałem 31 urodziny, więc wybraliśmy się z Markiem (niemieckim mężem siostry Gabichy) na 3 dni w góry pochodzić po pradawnych szlakch Inków.

Na Święta Wielkanocne uciekliśmy z miasta do Coroico.

A poza tym fondue.

hijo del sol

Wednesday, March 14th, 2012

Gdy spotkamy się ponownie, będziesz miał dom z kominkiem w najwspanialszej boskiej dolinie. Zabierzesz mnie na trek na najwyższą chmurę. Pokażesz wszystkie swoje ulubione ławki i murki. Zapoznasz mnie z najbardziej wykręconymi ziomami z okolicy. Będą nas znali w pobliskich barach i lokalach. Pożeglujemy razem po najwyższych jeziorach tej odległej krainy. Będziemy ostro jeździć po bandzie, tańczyć na stołach i łamać zakazy. Będziemy mieli całą wieczność, by śmiać się, palić ogniska, milczeć.

kuba fedorowicz

Kuba Fedorowicz mój kumpel i przyjaciel zginął 9 marca 2012 w tragicznym wypadku w Gdyni.
Ceremonie pożegnalne Kuby odbędą się w kościele św. Wawrzyńca w Warszawie na Woli oraz na Cmentarzu Wolskim Prawosławnym (jego katolickiej części).
Msza odbędzie się o godz. 14 w piątek 16 marca 2012.
Kuba nie lubił kwiatów zamiast nich rodzina prosi o przekazanie datków na dowolną fundację pomagającą SPEŁNIAĆ MARZENIA dzieci.
Jest prośba, żeby po uroczystościach pogrzebowych powstrzymać się od osobistego składania kondolencji rodzinie.

kuba fedorowicz

Do zobaczenia!

kalaphurka, czyli zupa z kamieniem

Sunday, February 19th, 2012

[Potosí, Bolivia]

Doña Eugenia w Potosí serwuję najlepszą zupę z kamieniem w Potosí, czyli Kalaphurkę. Przysmak znany na całą Boliwię. Jest to zupka na kukurydzy i zbożu, oczywiście z mięskiem i ziemniaczkiem. Pikantna. Rozgrzany kamyk powoduje, że zupka na dzień dobry miło bulgocze.

Restauracja Doñi Eugenii znajduje się w Potosí przy cmentarzu, polecamy.

Kalaphurka

Ale jak to samą zupę jeść bez drugiego dania? Więc na drugie zamówiłem sobie Chicharrón (czytaj cziczaron), czyli tłusta wieprzowina smażona w głębokim tłuszczu, tutaj serwowana z kukurydzą, czarnym ziemniakiem i niesłodkim bananem.

Doña Eugenia, Potosí

Tyle o Potosí, Doñi Eugenii i jej cudownej zupce.

wspaniała nowina!

Sunday, February 19th, 2012

KUPUJĘ KONIA!

bałwan

bo do tanga trzeba gwoździa

Tuesday, January 31st, 2012

the mala2

W Boliwii, kraju gdzie choduję się kokę i znajduje się 70% globalnych złóż litu, znajdują się również małe muszki. Małe muszki, który są strasznie dokuczliwe. Bo gryzą. I odlatują pijane ze szczęścia z brzuszkami pełnymi naszej krwi. A nas swędzi, może w drogę? Jeszcze Cię dorwę, Mucha!

lay down, it’s all been done before

Wednesday, January 25th, 2012

…kolejne dni naszej podróży z Radkiem do Brazylii…

Dnia kolejnego ruszamy z ostatniego hotelu Sheraton na świecie.

Paliwo tankujemy kiedy jest.

Drogi są długie i proste, samochody z naprzeciwka nie częściej niż raz na pół godziny. Upał i kurz niemiłosierny. Co prawda dziur jest wiele, ale postanawiamy zaryzykować i złamać przepis o abstynencji.

Miast po drodze dużo nie ma. A jak są, to samochodów w nich nie ma.

Wywózka dżungli amazońskiej.

Dnia któregoś z kolejnych udaje nam się dotrzeć nad rzekę Mamoré w Guayaramerín na północnym czubku Boliwii. Tam za 50 USD Radek wynajmuje jeden z niewielu boliwijskich okrętów marynarki by dostać się na drugą stronę. Pasażerowie sztuk 2 – gratis.

A wszystko po to, żeby zobaczyć jak zachodzi słońce w Brazylii.

Po nocy spędzonej na imprezowaniu w Rio Branco na kacu uderzamy tam gdzie kończy się droga.

Po odwiedzinach u kolegi Radka udajemy się w drogę powrotną. Cieszymy się asfaltem, którego w Boliwii zazwyczaj nie ma.

Ponieważ ceny benzyny w Brazylii są takie jak w Polsce (czyli 4x droższe niż u nas w Boliwii), to ostatnie 150km robimy na oparach.

I znowu dofinansowujemy budżet marynarki boliwijskiej.

Radio? Telewizja? Biblioteka?

La Paz – 4 dni drogi. To nie Europa, że można ją ot tak przejechać.

Benzyna jest tania. Jeśli jest.

Dla porównania – droga w Boliwii.

Szukamy miejsca na nocleg.

Filmy o kowbojach to nie fikcja.

Nie wszystkim się udaje.

Wszystkim zainteresowanym przygodami białego samochodzika polecam blog Radka. A oto zajawka czego można się tam spodziewać:

dzień trzeci, czyli ostatnia placówka Sheratonu na świecie

Thursday, January 5th, 2012

Trzeciego dnia dojechaliśmy do ostatniej na świecie placówki Sheratonu. Zapewne niektórzy z Was nie wiedzą, ale Sheraton prowadzi w krajach trzeciego świata sieć hoteli Sheraton Express, które w najodległejszych rejonach świata zazwyczaj położone są w miejscach trudnych i niedostępnych ale uczęszczanych. Tak było i w tym przypadku. Nasz Sheraton położony był odkładnie o 1 dzień drogi od najbliżyszch sklecionych z patyków drewnianych chat przykrytych liśćmi bananowca. Jaka to była dla nas ulga. Dla nas, prowadzących tę ekspedycję Szymka i Radka. No i nasego psa Rockiego.

Dzień już od dobrych kilku godzin skończył się pięknym zachodem słońca. Jechaliśmy więc ciemną stepową nocą. Drogi nie widzieliśmy już od 3 dni. Ale coś nas niosło, jakaś chęć walki, zdobycia czegoś, poznania. Poznania czego? Świata? Kobiet? Wszystkiego po trochu? Ale my o tym nie myśleliśmy, bo gnaliśmy na ostatnich kroplach wody, benzyny i whiskey. A ju tam, tam miał być nasz dom, Hotel Sheraton Express. Nasze schronienie przed nocą, nasz dom daleko od domu.

Najpierw w ciemności wyłoniły się na tle gwiazd ogromne anteny do odbioru telewizji satelitarnej. Prąd włączany jest tylko nocą z rozklekotanego, smrodzącego generatora wokół którego pasą się kukurydzą kury i psy. Tak proszę państwa, anteny są potrzebne, żeby mieszkańcy tego oderwanego od cywilizacji szałasu i goście mogli dowiedzieć się o wydarzeniach jak Tsunami w Haponji. Ale jest, jest, dojeżdżamy. Niemal nieprzytomni wywalamy się z samochodu. Za nami słychać dzwięk wypadających puszek ze smarem.

Udało się!
Dotrwaliśmy.
Już wiemy, że mają tu dla nas i wode, i mleko, i pięcioletnie snickersy, i papierosy. ŻYJEMY!

Atmosfera w barze była taka jak nasze samopoczucie. Zmęczeni ale na luzie. Z otaczających stolików patrzyli na nas brudni od pigmentu i błota kierowcy ciężarówek. “Ależ żar…” wyjęczyliśmy najgorszym hiszpańskojęzycznym slangiem. “Skwar, skwarrrrrrr” wyjęczeli zatrudzeni kierowcy ciężarówek z kokainą. Wiedzieliśmy, że musimy najbardziej jak to możliwe wtopić się w tłum. Wszyscy tu za paskami mieli ukryte długie maczety, a przy niektórych hamakach stały oparte karabiny. “Cicho tam!”, “Zaczyna się!”, krzyknął z meksykańsko-kolumbijskim akcentem kierowca cysterny. I już nie śmialiśmy się odezwać.

Rozpoczęły się pierwsze obrazy filmu. Przerażeni staraliśmy się wpasować w tłum, ale na nas już nikt nie patrzył, nie, oni już patrzyli w telewizor. Myśleliśmy, że mecz jakiś albo pogrzeb Diany, ale nie, pomimo wielkich anten satelitarnych sygnał z satelity jest tu wygłuszany, żeby utrudnić komunikację. Bo jest się kogo obawiać. Piraci drogowi ograbiający przejeżdżające pojazdy. Wygłodniali mieszkańcy wiosek którzy nasłuchując z własnoręcznie skonstruowanych przy pomocy z USAid radiostacji satelitarnych knuli zamachy terrorystyczne. Oni wszyscy chcieliby grabić przejeżdżających. Więc dlatego sygnał z satelity wyciszyli. Bo jasne, że lepiej wyłączyć zamiast wsłuchiwać się w ten obrzydliwy bełkot skorumpowanego kawałka tej ziemi.

Zaczęło się. Z przyjemnością obejrzeliśmy najpierw przygody Chackie Chana w Hong Kongu, a potem Steve Segal w Warszawie (specjalnie dla nas). A potem, potem to już nie pamiętamy, bo wciągnęliśmy się w rozmowę ze wszystkimi 60 kierowcami ciężarówek. Przemytnikami.

“Jak tam ścieżka na wschód? Stoją?” – spytał fachowo Radek. “Keinen Anung!… Dojechały!…”. Wszyscy odetchnęli z ulgą. To była również i dla nas super wiadomość. Bo to znaczyło, że bęzyna na wschodzie jest. Być może już za 150-300 kilometrów gdzieś znowu zalejemy baki i wszystkie dostępne naczynia benzyną. Uda się! Jeszcze przed granicą z Brazylią, gdzię benzyna jest co 50 kilometrów, ale jest droga i żółta, a nie tak jak u nas, przeźroczysta. I już wszyscy byliśmy braćmi, poleciały w powietrze pierwsze bąki. Łzy w Oczach, Bracia w Ramionach, a Podemną Stołek. “ŻYJEMY!!!” – wykrzyczeliśmy z Radkiem na głos! “ŻYJEMY” – odkrzyknęli z akcentem z Pruszcza Gdańskiego i Kościeżyny zgromadzeni przestępcy.

Obudziłem się dopiero następnego dnia rano. Otworzyłem oczy, a przede mną wisi góła baba. Dobrze, że plakat tylko. Patrzę w prawo na Radka, a tam… o kurwa. Radek leżał w objęciach krowy! “O kurwa!” wyszeptał by nie obudzić zwierzaka. A ja wytoczyłem się ze stodoły, bo zrozumiałem, że obudziliśmy się w mleczarni. Ale nie. Zza pozostałych krów wystawiły się inne głowy. To gospodarze i pojedynczy kierowcy, którzy zaspali, a z którymi wczoraj urządzaliśmy libację. “O kurwa!” wyszeptałem. Bo zrozumiałem, że to właśnie tak wygląda mekka podróżników, legendarny umiejscowiony na końcu świata Ostatni Hotel Sheratonu.

[Tekst sponsoruje Sheraton i USAid]

Więcej historii takich i podobnych na razie tylko po niemiecku na blogu Radka! :P Radek przetłumacz kurka, nie karz nas tak i nie każ czekać na polskie tłumaczenia.

dzień drugi, czyli o tym jak dojechaliśmy do dziury w drodze, rozebraliśmy samochód na części, przenieśliśmy na drugą stronę, złożyliśmy i pojechaliśmy dalej

Wednesday, December 14th, 2011

and we’re under the same stars and that’s as close as we get tonight

Tuesday, December 13th, 2011

Musiałbyś przejść się po drogach, które ja przeszedłem, żeby choć mgliście zrozumieć to gdzie teraz jestem

Wycieczki z Radkiem do Brazylii dzień pierwszy – prowincja Los Yungas, Bolivia.

Gościnnie pojawiłem się na blogu Asi i Kuby, zapraszam również do obejrzenia ich zdjęć z La Paz i nie tylko.

wolność, a to daje nieskończone możliwości, ale sam siebie spytaj, czy umiesz korzystać z wolności

Thursday, September 22nd, 2011

on vimeo download hd@1080

początkujący lotnicy

Wednesday, September 14th, 2011

Jedna z dwóch dróg krajowych północ-południe, łączy La Paz z Rurrenabaque, góry z dżunglą. To z naszego tripu z Radkiem do Brazylii…

…ale urwał.

duże frytki poproszę

Monday, August 29th, 2011

Niemal na codzień ścieram się z kawałkami rzeczywistości, które pomimo ponad dwóch lat spędzonych w tym kraju wciąż trudno jest mi zrozumieć/zaakceptować. Czasem frustrują, czasem śmieszą, czasem wprawiają w zadumę nad sensem istnienia.

Przykłady:

Święto Zmarłych. Jedziemy gdzieś za miasto, po drodze zahaczamy o cmentarz. Gabicha chce kupić symboliczny kwiatek dla dziadka. Idziemy na drugą stronę ulicy tam gdzie kwiaciarki sprzedają kwiaty. “Po ile kwiatek?” “Cztery” “To poproszę” Kwiaciarka już już podaje kwiatek, Gabicha już już podaje dychę (najmniejszy banknot, równowartość 4 PLN). “Nie, nie, tylko monety” – mówi kwiaciarka i spowrotem wkłada kwiatka do wiadra.

W zeszłym tygodniu poszliśmy do sklepiku pod naszym nowym domem, żeby kupić bułki. Siedzi tam cholita* i robi na drutach. “Są bułki?” “Są takie i takie” “Po ile tamte?” “Wszystkie za tyle” Cholita już przy kartonie z bułkami chce nam załadować w plastikową siateczkę. “To 4 takie poprosimy” “Nie, nie, tylko mieszane sprzedaję”, zasłania karton i wraca do robienia na drutach.

Gabicha jest jedyną wegetarianką w tym kraju, więc momentami jest ciężko (bo przecież kurczak, to nie mięso, nie?). Wieczór, przed pójściem do baru chcemy jeszcze coś wrzucić na żołądek. Podchodzimy do ulicznego sprzedawcy hamburgerów z frytkami. “Dobry wieczór, chciałabym tylko frytki” “No hay” (czyli “nie ma”). A przed nim smaży się na blasze sterta.

I jeszcze jenda historia zasłyszana: Siedzi baba i sprzedaje rękodzieła. Podchodzi turysta i mówi “dzień dobry babo, ile za wszystko?” “Nie panie, wszystkiego nie sprzedam.” “Ale czemu babo?” “Bo co ja będę robić, jak sprzedam wszystko?”

“Ale o co chodzi?” spyta zdziwiony Europejczyk? “Pokićkani” – bez namysłu powie Północnoamerykanin. Tutaj życie toczy się trochę inaczej. Bo sklep to nie sklep, tylko HOBBY. Przychodzi się siedzi, gapi na przechodniów… I jeśli uzbiera się na almuerzo**, to zadanie wykonane, nie trzeba się więcej starać na dany dzień, bo przecież brzuch pełny. Więc można się trochę z przechodniami poprzekomażać. Nie sprzedam, a co! To przecież mój sklep, moje bułki, moje frytki!

*boliwijska baba
**boliwijski lunch

na wszystkie moje tęsknoty, ochoty duszy mej

Tuesday, August 16th, 2011

[Buenos Aires, Argentina]

no hay no hay no hay

Saturday, August 13th, 2011

Bliżej nieba.

Thursday, July 21st, 2011

Siedzę w McDonaldzie w Buenos Aires. Wokół młodzież, hałas i syf. Patrzę na swoje odbicie w szybie. Widzę zaniedbanego kolesia, nie ścinane od kilku miesięcy włosy, nieokreślony zarost. Mógłby być bezdomnym, który z okazji trzydziestych urodzin wybrał się na ucztę – kanapkę z potrójnym mięsem. Sam. Panienka na kasie się ze mną nie dogadała. Nie mam pojęcia o co mnie pytała, w końcu od 1,5 roku nie byłem w restauracji pod klaunem. Jem zachłannie, bo przez cały dzień nie miałem czasu. Poza tym jadę ekonomicznie, bo przecie jestem na minusie, a i ta podróż już za pożyczone od Gabichy. Swoim prześwietlającym na wylot wzrokiem patrzy na mnie ochroniarz.

Dziś poprosiłem jednego z prowadzących (pracownika LA Times) o szczerą ocenę moich zdjęć. Kilka się podobało. Niektóre ocenił jako “fotki do Lonely Planet, ale przecież możesz dużo lepiej” (a ja przecie marzyłem kiedyś by jeździć do takich miejsc i robić takie zdjęcia). Niektóre jako ładne still shoty do powieszenia na ścianie. Jeszcze inne jako takie do przyczepienia magnesem do lodówki. Ale do fotożurnalizmu potrzebna jest HISTORIA (słowo powtarzane tutaj do znudzenia), a ja jej nie mam, moje zdjęcia to pocztówki. Cóż, nie potrafię wstrzelić się w jakiś temat i prowadzić zdjęciami narracji. Bo tak naprawdę, to mnie nie interesują prawie żadne historie. Spływa po mnie wszystko. Technicznie jestem w stanie strzelać takie fotki, o jakie im chodzi, ale brakuje szczerego zainteresowania jakimkolwiek tematem. Przecie ja gazet nie czytam ani telewizji nie oglądam. Cudze życie, też średnio mnie interesuje. Może kiedyś, ale póki co będę pocztówki robił. Na razie interesuje mnie tylko MOJA HISTORIA. I czuję ciągły niedosyt, że moja codzienność nie jest wystarczająco intensywna i interesująca.

Buenos Aires znowu zaczyna być dla mnie samotne. Tak jak wtedy gdy w styczniu 2009 ewakuowałem się pośpiesznie z Europy, tak teraz znowu zaczynam to czuć. Sam w wielkim mieście. Przyklejony do szyby autobusu, słuchający muzyki w metrze, przemierzający kilometry na piechotę chodnikami ulic.

Czas wracać do domu. Próbować mieć dom.