Archive for the postcards category

i gdziekolwiek bym był, to chcę już wracać dziś

Sunday, August 23rd, 2009

[zdjecie z Coroico, Boliwia; tekst z Puno, Perú]

pocztowka z coroico

Po 91 dniach musialem przymusowo wyjechac z Boliwii. Ustawa przewiduje, ze jako turysta mozna byc tylko 90 dni. W miedzyczasie odwiedzilem kilka miejsc, zobaczylem z kazdej strony magiczne Jezioro Titikaka, gdzie podobno narodzilo sie Slonce. Rosnie sterta nieobrobionego materialu, mialem kilka niezwyklych przygod, zrobilem kilka fajnych zdjec, zaczalem jakies nowe projekty, ale zmeczenie i intensywnosc doznan nie pozwalaja siedziec zbyt dlugo przed komputerem. Nie teraz.

Perú – nowy kraj, nowe zachwyty. Ale to wszystko jest przycmione przez tesknote i mocne postanowienie, ze wroce do Boliwii, ze wroce do La Paz. Pomarzyc o czyms innym.

and then you took the words right out of my mouth

Saturday, May 23rd, 2009

[Pantanal, Brazil]

piranha kiss

A oto namacalny dowód, że żyję i mam się dobrze.

trzeci został przyjacielem ryb w jeziorze. ten trzeci ma najgorzej.

Sunday, May 17th, 2009

[Balneário Municipal, Bonito, Brazil]

rybki

jakie czasy tacy kowboje

Saturday, May 16th, 2009

[Rondonópolis, Brazil]

kowboj

2010-11-18 – Jacek będąc w La Paz powiedział: “Nowy szeryf w mieście”.

pocztówka z Zakopanego

Saturday, April 25th, 2009

[Zakopane, Kasprowy Wierch, Poland]

Sugar Loaf

it’s all a joke after all

pocztówka z Rio

Monday, April 20th, 2009

[Rio de Janeiro/Niterói, Brazil]

Rio de Janeiro, Copacabana beach

Rzadko używam słów “naj”, bo wiem, że niewiele widziałem, i co ja w ogóle wiem, żeby wydawać sądy ostateczne. Ale…

Rio de Janeiro jest dla mnie najpiękniejszym miastem, z tych które dotychczas widziałem.

Przebija Istambuł, Hong Kong, Paryż…

Bo wyobraźcie sobie te zielone pagórki i skalne wzgórza wyrastające z oceanu, a do tego białe plaże i palmy. I 13 kilometrowy most łączący Rio z Niterói, którym jechałem taksówką, gdy słońce wschodziło nad oceanem. I lotnisko Santo Dumont położone tuż przy centrum, tuż nad zatoką, więc samoloty nad oceanem kołują do lądowania. I prom z Niterói, z którego widać to wszystko jak na dłoni.

A nocą, rozświetlone ulice centrum, a nad nimi pagórki z pojedynczymi lampami, fawele, dzielnice biedy, pokryte przylepionymi do siebie małymi domkami pokrywającymi stoki wzgórz.

A na ulicach piękni, kolorowi ludzie (och te dziewczyny!), wszystkich ras i kolorów.

Ale to także bosy chłopiec. Czasem tylko w gaciach z deską surfingową, inny w brudnym t-shircie, przy supermarkecie prosi o drobne.

A wspominałem, że “zimno” oznacza tu 20 stopni?

Zamieszkałem w 3 pokojach (wliczając living-room) z 6 Brazylijczykami. Sympatyczna paczka studentów. Niesamowite jest to jak mnie traktują, zabierają ze sobą wszędzie, przekazują znajomym, po prostu spędzają czas. Więc czerpię z tego doświadczenia, chodzę do stołówki studenckiej (z pożyczaną legitymacją studencką, na której paluchem muszę zakrywać zdjęcie, zwłaszcza jeśli gościu jest czarny), gdzie za 70 centavos jem lunch’e składające się z ryżu, fasoli, kawałka ryby/mięska, jakiejś nieokreślonej papki i kompotu. Chodzę na imprezy studenckie, gdzie piwo leje się strumieniami, a zagęszczenie ciał ludzkich ciał jest ogromne, zaś pot spływa po ścianach. A wszyscy są dla mnie sympatyczni i poznaję znajomych znajomych. Wiem, że taka możliwość wejścia w życie lokalesów, to coś wyjątkowego, więc korzystam. I wolę być tu z nimi, odkrywać, poznawać, mieć tę namiastkę tego ich życia w tym mieście, niż gnać przed siebie, zwiedzać kolejne miejsca, kolejne atrakcje turystyczne.

Andressa też o mnie dba, przychodzi/zabiera na imprezy pomimo pracy, studiów. Nie widzieliśmy się 5 lat, ale wciąż jest to doskonałe porozumienie, prawdziwa przyjaźń.

Zdjęć robię mało, małym aparatem, przestępczość uliczna jest duża – trzeba uważać, poza tym koncentruję się na doświadczaniu.

Kocham to miasto.

odejdę daleko może w Patagonię

Sunday, March 22nd, 2009

[Torres del Paine, Chile]

torres del paine tent

Woda ze strumyka, płatki owsiane z mlekiem w proszku, kroki ciężkie, lecz pewne, bo z plecakiem, jeden dzień deszczu, wiatr, który próbuje zepchnąć ze ścieżki, Willemijn jako partner, błękitny lodowiec, góry, góry, góry, a w uszach Bieszczadzkie Anioły i Msza Wędrującego, ponad 100 km w nogach. Znowu pięknie było.

Gnam dalej, jutro El Calafate, lodowiec jeszcze większy.

Sterta zdjęć rośnie, ale poczeka. Dzieją się rzeczy ważniejsze i ciekawsze (zwłaszcza w głowie) i na razie czasu brak.

i’m leaving but i don’t know where to

Thursday, October 23rd, 2008

[2008-10-20, T99B, Shanghai – Hong Kong]

Prysznic, pakowanie, check-out, przechowalnia bagażu, śniadanie, laptop, internet, ładowarki, sprite. Pożegnanie z nowym przyjacielem, którego pewnie nieprędko (jeśli w ogóle) zobaczę. Ale nigdy nie wiadomo, w końcu nie raz tak zawiązane znajomości miały ciąg dalszy.

Plecak, metro. Chichoczące Chinki (w Szanghaju ładne i fajnie ubrane). 3 stacje. Przepychanie się przy wysiadaniu. Korek z ludzi przy schodach, by zejść z peronu. Przejście podziemne, tłok, facet, który nad śmietnikiem “czyści gardło” i soczyście spluwa (bo w metrze wiszą zakazy “No spitting”). Bramka metra, która połyka bilet. Prześwietlanie bagażu przy wejściu na stację kolejową. Kontrola paszportu. “Sir, you will need another visa if you want to come back to China”. “I know, thank you.” Droga na stacji oznaczona jest znakami “Exit from the country”. Pięknie powiedziane. Wsiadam w pociąg. Hard sleeper, top berth – tak jak lubię. Maksimum intymności, najmniej ciekawskich oczu, blisko półki z bagażem. Książka.

Kolacja w warsie. I wtedy mnie uderza. Że to się dzieje po raz ostatni. Głośne rozmowy Chińczyków przy sąsiednich stolikach, kucharze, personel i goście palący szlugi pod nic nie znaczącymi zakazami palenia, kelnerka, która stawia przed tobą talerz nie patrząc na ciebie i zapomina przynieść pałeczek. To wszystko z czym na codzień musiałem się ścierać, aż w końcu zaakceptowałem i przywykłem, nagle wzrusza i rozwala na kawałeczki. Opuszczcam to miejsce, którego się nauczyłem, częściowo zrozumiałem, polubiłem.

Podróż na pewno odniosła skutek. Trochę czasu zajmuje uświadomienie sobie, że świat naprawdę kręci się i bez ciebie. Wyjście poza ramy pozwala ujrzeć obraz z innej perspektywy. Nagle dostrzegasz więcej możliwości, nabierasz przekonania, że jest milion sposobów, żeby sobie poradzić, milion rzeczy, którymi można się zająć. Przetasowują się priorytety.

Wracam – wznoszę toast ciepławym Tsingtao w miękko mknącym przez noc wagonie restauracyjnym. Czuję się tak jak wtedy w samolocie, wracając z Nicei z ostatniej podróży służbowej, z kieliszkiem szampana w ręku, już po wypowiedzeniu umowy o pracę, to samo poczucie, że oto zostawiam za sobą coś far behind.

Got out from China just before my visa expired. The last days I will spend in Hongkong. Luckily I will be hanging out with the newly-met friends (from this trip) – tiny B and V. Happy to be seing them again, cause the chances for that were pretty low. But you know… life is full of surprises. ;-)

this european air, it always warms my face, i wish i could pass on

Friday, October 17th, 2008

[Shanghai, China]

(english version below)

Wyjechał Tomek i znowu zostałem sam. Dni razem spędziliśmy raczej leniwie. Późne śniadania i wczesne piwka, potem double-cheese i sprite z lodami, zakupy, spacery bez celu, knajpy z widokiem, jazdy metrem z muzyką w uszach. I wyjechał z poczuciem, że mimo, że widział niewiele, to widział wystarczająco dużo. I dosyć miał już zarówno chińskiego żarcia, jak i słynnego Tsingtao. A co ja mam powiedzieć? :-)

Ja też niedługo wracam. Pomarzyć o czymś innym. Doświadczyć ciągu dalszego historii opowiedzianej tysiąc razy.

(english version)

I am coming back soon. To dream another dream. :-)

oh and i’m just waiting until the firing stopped

Wednesday, August 13th, 2008

[2008-08-12 – from Pai to Mae Hong Son, Thailand]

za jakiś czas znajdziesz mnie
siedzącego na schodach
przed twoimi drzwiami
z napoczętą butelką wiśniowej wódki

będziemy pili ją ciepłą
z herbacianych szklanek
bez zbędnych pytań
przy kuchennym stole

a potem na tarasie
gdzieś ponad nocnym miastem
wypalimy papierosa
we wspólnej ciszy

mgiełka

Wednesday, August 6th, 2008

chodzisz mi po głowie w buddyjskich szatach
kusisz drżącym płomieniem świecy
a słodkim zapachem kadzidła otulasz do snu

czy to ważne?

Thursday, July 3rd, 2008

kupiłem KOMPAS.

before we go for it you should know that i’m just troubles

Wednesday, June 18th, 2008

656

Friday, June 6th, 2008

powoli schodzi niepokój
stan ciągłego napięcia
mijają chęci do walki
o chwilowo nieistotne

szybciej rosną mi skrzydła
na wygrzanym poddaszu
gdy wokół na horyzoncie
letnia łuna miasta

a na dachu anioł stróż
kumpel po godzinach
siedząc koło mnie w t-shircie
posyła przewrotny uśmiech

working class hero

Thursday, April 24th, 2008

– co tam?
– szkoda gadać.

i hope you always find someone to take you home

Sunday, March 30th, 2008

all these days I spend away i’ll make up for this I swear

Saturday, January 19th, 2008

sprawdź czy działa miecz, wracamy inną drogą

Wednesday, January 16th, 2008

I need a weekend already!

you know, that people come and go

Thursday, December 20th, 2007

think global

Sunday, December 2nd, 2007

img_0739.jpg

i’ll take a flight to you girl
or maybe i should drive
i’ll call a cab and wait
to get into your arms

we have to talk it over
but don’t know where you are
which number i should use
which cross which roundabout

half-a-way is never close
and there’s no such a bus
it’s just a few days off
some hours in my car

i should take the shortest route
but sometimes i just can’t
i almost missed your stop there
you saw me you pulled me out

it’s so difficult to follow
living this fast-moving life
tonight it took just 1725,41 kilometers
to say to you good night

it’s worth it if you try it
just sixteen hours drive
it’s just another airport
just one more traffic lights

this is the way i’m going
this is another try
this is a new experience
globalized private life

i will not fall

Monday, November 12th, 2007

jump.jpg