Archive for the in-polish category

on the weekends we try to get our share of excitement and of fresh air

Friday, May 4th, 2012

Zakurzone miasteczka gdzieś na skraju cywilizacji. Bez zasięgu. Wolę was niż wszystkie złote tarasy i wiszące ogrody.

zderzenia ze światem

Thursday, May 3rd, 2012

To zaczyna się wcześnie. Te ciągłe zderzenia ze światem. Zderzenia z dziwnym, niezrozumiałym, obcym.

Gdy jesteś dzieckiem wszystko postrzegasz w ten sposób. Każda sytuacja jest nowa, każda osoba jest zagadką.

Potem to zanika. Zachowania, charaktery i sytuacje stają się bardziej znane i zrozumiałe. Zaczynasz w tej wielkiej układance dostrzegać wzory, schematy, powtarzające się koncepty.

Z czasem zanika chęć poznawania.

Kosmito

Thursday, April 26th, 2012


@demotywatory.pl

Update 2012-04-28: no to mogę dopisać do CV: “demot na głównej”! dzięki! :)

bardzo mało czasu na poezję

Saturday, April 14th, 2012

Po pierwsze przyjechała rodzina, siostra Gabichy z mężem i z 2 małych dzieci.

Po drugie, kupiliśmy samochód, więc pojechaliśmy do Copacabany go poświęcić.

Po trzecie, miałem 31 urodziny, więc wybraliśmy się z Markiem (niemieckim mężem siostry Gabichy) na 3 dni w góry pochodzić po pradawnych szlakch Inków.

Na Święta Wielkanocne uciekliśmy z miasta do Coroico.

A poza tym fondue.

hijo del sol

Wednesday, March 14th, 2012

Gdy spotkamy się ponownie, będziesz miał dom z kominkiem w najwspanialszej boskiej dolinie. Zabierzesz mnie na trek na najwyższą chmurę. Pokażesz wszystkie swoje ulubione ławki i murki. Zapoznasz mnie z najbardziej wykręconymi ziomami z okolicy. Będą nas znali w pobliskich barach i lokalach. Pożeglujemy razem po najwyższych jeziorach tej odległej krainy. Będziemy ostro jeździć po bandzie, tańczyć na stołach i łamać zakazy. Będziemy mieli całą wieczność, by śmiać się, palić ogniska, milczeć.

kuba fedorowicz

Kuba Fedorowicz mój kumpel i przyjaciel zginął 9 marca 2012 w tragicznym wypadku w Gdyni.
Ceremonie pożegnalne Kuby odbędą się w kościele św. Wawrzyńca w Warszawie na Woli oraz na Cmentarzu Wolskim Prawosławnym (jego katolickiej części).
Msza odbędzie się o godz. 14 w piątek 16 marca 2012.
Kuba nie lubił kwiatów zamiast nich rodzina prosi o przekazanie datków na dowolną fundację pomagającą SPEŁNIAĆ MARZENIA dzieci.
Jest prośba, żeby po uroczystościach pogrzebowych powstrzymać się od osobistego składania kondolencji rodzinie.

kuba fedorowicz

Do zobaczenia!

kalaphurka, czyli zupa z kamieniem

Sunday, February 19th, 2012

[Potosí, Bolivia]

Doña Eugenia w Potosí serwuję najlepszą zupę z kamieniem w Potosí, czyli Kalaphurkę. Przysmak znany na całą Boliwię. Jest to zupka na kukurydzy i zbożu, oczywiście z mięskiem i ziemniaczkiem. Pikantna. Rozgrzany kamyk powoduje, że zupka na dzień dobry miło bulgocze.

Restauracja Doñi Eugenii znajduje się w Potosí przy cmentarzu, polecamy.

Kalaphurka

Ale jak to samą zupę jeść bez drugiego dania? Więc na drugie zamówiłem sobie Chicharrón (czytaj cziczaron), czyli tłusta wieprzowina smażona w głębokim tłuszczu, tutaj serwowana z kukurydzą, czarnym ziemniakiem i niesłodkim bananem.

Doña Eugenia, Potosí

Tyle o Potosí, Doñi Eugenii i jej cudownej zupce.

wspaniała nowina!

Sunday, February 19th, 2012

KUPUJĘ KONIA!

bałwan

bo do tanga trzeba gwoździa

Tuesday, January 31st, 2012

the mala2

W Boliwii, kraju gdzie choduję się kokę i znajduje się 70% globalnych złóż litu, znajdują się również małe muszki. Małe muszki, który są strasznie dokuczliwe. Bo gryzą. I odlatują pijane ze szczęścia z brzuszkami pełnymi naszej krwi. A nas swędzi, może w drogę? Jeszcze Cię dorwę, Mucha!

lay down, it’s all been done before

Wednesday, January 25th, 2012

…kolejne dni naszej podróży z Radkiem do Brazylii…

Dnia kolejnego ruszamy z ostatniego hotelu Sheraton na świecie.

Paliwo tankujemy kiedy jest.

Drogi są długie i proste, samochody z naprzeciwka nie częściej niż raz na pół godziny. Upał i kurz niemiłosierny. Co prawda dziur jest wiele, ale postanawiamy zaryzykować i złamać przepis o abstynencji.

Miast po drodze dużo nie ma. A jak są, to samochodów w nich nie ma.

Wywózka dżungli amazońskiej.

Dnia któregoś z kolejnych udaje nam się dotrzeć nad rzekę Mamoré w Guayaramerín na północnym czubku Boliwii. Tam za 50 USD Radek wynajmuje jeden z niewielu boliwijskich okrętów marynarki by dostać się na drugą stronę. Pasażerowie sztuk 2 – gratis.

A wszystko po to, żeby zobaczyć jak zachodzi słońce w Brazylii.

Po nocy spędzonej na imprezowaniu w Rio Branco na kacu uderzamy tam gdzie kończy się droga.

Po odwiedzinach u kolegi Radka udajemy się w drogę powrotną. Cieszymy się asfaltem, którego w Boliwii zazwyczaj nie ma.

Ponieważ ceny benzyny w Brazylii są takie jak w Polsce (czyli 4x droższe niż u nas w Boliwii), to ostatnie 150km robimy na oparach.

I znowu dofinansowujemy budżet marynarki boliwijskiej.

Radio? Telewizja? Biblioteka?

La Paz – 4 dni drogi. To nie Europa, że można ją ot tak przejechać.

Benzyna jest tania. Jeśli jest.

Dla porównania – droga w Boliwii.

Szukamy miejsca na nocleg.

Filmy o kowbojach to nie fikcja.

Nie wszystkim się udaje.

Wszystkim zainteresowanym przygodami białego samochodzika polecam blog Radka. A oto zajawka czego można się tam spodziewać:

rebelia przepaństwa się najlepiej sprzedaje

Tuesday, January 24th, 2012

Nie lubię, gdy ktoś decyduje za mnie co jest dla mnie dobre a co złe. Nie toleruję chorych przepisów takich jak zakaz picia piwa na plaży w Gdyni, czy też zakaz jazdy na rowerze nocą po pustym chodniku w Warszawie. Prawo ma służyć ludziom, a nie ludzie prawu. A najgorzej jeśli służy ono wąskiej grupie lobbystów beneficjentów, a szkodzi większości społeczeństwa. Wydaje mi się, że tak jest w przypadku ACTA.

Nie dajmy się zamknąć w klatce chorych przepisów. Protestujmy.

my kurwy nalegamy by politycy nie byli naszymi synami [źródło: internet, nie jestem w stanie ustalić autora, ale kopiuję w słusznej sprawie gracias]

and we’re under the same stars and that’s as close as we get tonight

Tuesday, December 13th, 2011

Musiałbyś przejść się po drogach, które ja przeszedłem, żeby choć mgliście zrozumieć to gdzie teraz jestem

Wycieczki z Radkiem do Brazylii dzień pierwszy – prowincja Los Yungas, Bolivia.

Gościnnie pojawiłem się na blogu Asi i Kuby, zapraszam również do obejrzenia ich zdjęć z La Paz i nie tylko.

tych chwil nikt nam nigdy nie zabierze

Thursday, December 1st, 2011

Codzienność, to stos naczyń do umycia. To poranna kawa. To ci sami ludzie mijani w windzie (¡buenos días!). To szybko złapane trufi (współdzielona taksówka), gdzie na przednim siedzeniu (obok kierowcy i jeszcze jednego pasażera) zjeżdżam w pierwszych promieniach dnia do Zona Sur (dzielnicy butików, willi i biurowców). To iPod Classic, bluza z kapturem, Nokia 6310i i białe słuchawki. To herbata z rumianku w pracy, lunch w jednym z kilku miejsc, butelka coca-coli albo sprajta z automatu po południu. To minibus do Sopocachi – dzielnicy supermarketów i apartamentowców. ¡Hola casa! To zamówiona pizza albo wspólnie zrobiony makaron z salsą z warzyw. To ściągnięte seriale oglądane dwa dni po premierze na telewizorze podpiętym do laptopa. To wiecznie za mało czasu, niedokończone projekty, powtarzające się co miesiąc rachunki.

wybory, których nie było

Sunday, October 16th, 2011

Sklepy przestały sprzedawać alkohol już w piątek. W niedzielę od północy zabroniono ruchu pojazdów na ulicach. Miasto było ciche. Na naszym boliwijskim Manhattanie słychać było śpiew ptaków. Ulicami zaczeli rządzić przechodnie i rowerzyści.

Wybory w Boliwii, to poważna sprawa. W daną niedzielę masz tylko zagłosować i siedzieć w domu, ewentualnie pójść na spacer. Wcześniej musisz się zarejestrować w punkcie rejestracji ludności, gdzie uaktualniane są twoje dane osobowe, w tym odciski palców. Dostajesz też karnecik ze zdjęciem na potrzeby głosowania. Ten karnecik jest bardzo ważny, bo potem przez kilka miesięcy będą cię o niego prosić jak będziesz chciał wykonać jakąś operację w banku albo polecieć samolotem.

Nasz prezydent sobie nagrabił ostatnio. Do najważnejszych fuck-upów rządu z ostatnich tygodni należy użycie siły przez policję przeciw maszerującej na La Paz rdzennej ludności, która stanęła w obronie Parku Narodowego. Dlatego te średnio istotne wybory (do sądu najwyższego) przerodziły się w sposób na pokazanie rządzącym środkowego palca. Namawiano do oddawania głosów nieważnych. Pierwsze sondaże mówią o ponad 50% takich głosów.

My też oddaliśmy głos nieważny.

Bo w życiu trzeba wiedzieć kiedy powiedzieć BASTA!

początkujący lotnicy

Wednesday, September 14th, 2011

Jedna z dwóch dróg krajowych północ-południe, łączy La Paz z Rurrenabaque, góry z dżunglą. To z naszego tripu z Radkiem do Brazylii…

…ale urwał.

ciekawy bo wypowiedziały się polskie służby dyplomatyczne w Boliwii

Monday, September 5th, 2011

Ciekawy artykuł o autach chutos w Boliwii:
http://dzialzagraniczny.wordpress.com/2011/09/05/motorewolucja-zjada-wlasne-dzieci/

PS. Gabicha zrobiła wczoraj zupę z chińskich grzybów. Potem śniło mi się, że byliśmy w Polsce i byliśmy na hardorowej imprezie. Czyżby przyszłość widzę?

duże frytki poproszę

Monday, August 29th, 2011

Niemal na codzień ścieram się z kawałkami rzeczywistości, które pomimo ponad dwóch lat spędzonych w tym kraju wciąż trudno jest mi zrozumieć/zaakceptować. Czasem frustrują, czasem śmieszą, czasem wprawiają w zadumę nad sensem istnienia.

Przykłady:

Święto Zmarłych. Jedziemy gdzieś za miasto, po drodze zahaczamy o cmentarz. Gabicha chce kupić symboliczny kwiatek dla dziadka. Idziemy na drugą stronę ulicy tam gdzie kwiaciarki sprzedają kwiaty. “Po ile kwiatek?” “Cztery” “To poproszę” Kwiaciarka już już podaje kwiatek, Gabicha już już podaje dychę (najmniejszy banknot, równowartość 4 PLN). “Nie, nie, tylko monety” – mówi kwiaciarka i spowrotem wkłada kwiatka do wiadra.

W zeszłym tygodniu poszliśmy do sklepiku pod naszym nowym domem, żeby kupić bułki. Siedzi tam cholita* i robi na drutach. “Są bułki?” “Są takie i takie” “Po ile tamte?” “Wszystkie za tyle” Cholita już przy kartonie z bułkami chce nam załadować w plastikową siateczkę. “To 4 takie poprosimy” “Nie, nie, tylko mieszane sprzedaję”, zasłania karton i wraca do robienia na drutach.

Gabicha jest jedyną wegetarianką w tym kraju, więc momentami jest ciężko (bo przecież kurczak, to nie mięso, nie?). Wieczór, przed pójściem do baru chcemy jeszcze coś wrzucić na żołądek. Podchodzimy do ulicznego sprzedawcy hamburgerów z frytkami. “Dobry wieczór, chciałabym tylko frytki” “No hay” (czyli “nie ma”). A przed nim smaży się na blasze sterta.

I jeszcze jenda historia zasłyszana: Siedzi baba i sprzedaje rękodzieła. Podchodzi turysta i mówi “dzień dobry babo, ile za wszystko?” “Nie panie, wszystkiego nie sprzedam.” “Ale czemu babo?” “Bo co ja będę robić, jak sprzedam wszystko?”

“Ale o co chodzi?” spyta zdziwiony Europejczyk? “Pokićkani” – bez namysłu powie Północnoamerykanin. Tutaj życie toczy się trochę inaczej. Bo sklep to nie sklep, tylko HOBBY. Przychodzi się siedzi, gapi na przechodniów… I jeśli uzbiera się na almuerzo**, to zadanie wykonane, nie trzeba się więcej starać na dany dzień, bo przecież brzuch pełny. Więc można się trochę z przechodniami poprzekomażać. Nie sprzedam, a co! To przecież mój sklep, moje bułki, moje frytki!

*boliwijska baba
**boliwijski lunch

moi ludzie z Buenos Aires

Wednesday, August 10th, 2011

Na granicy trzymali nasz autobus przez 6 godzin. No dobra, ze dwie godziny straciliśmy dzięki totalnemu braku organizacji ze strony naszej boliwijskiej tzw. “stewardesy”, która najpierw w ramach pomocy wypełniała za cały autobus prosty graniczny papierek, a potem zupełnie bez sensu kazała się ludziom ustawić w kolejce według numerów siedzeń, po czym przez chyba godzinę nie ustawiła tak sformułowanej kolejki w kolejce głównej do okienka. Panowie w okienku przez 60% czasu oglądali mecz w telewizorze (Copa America), zaś przez pozostałe 40% stawiali stempelki.

Po zaliczeniu 1,5h godziny w kolejce do okienka po stronie boliwijskiej zaczęliśmy czekać po stronie argentyńskiej. Co rozsądniejsi Boliwijczycy (mniejszość) nie czekali na panią stewardesę i zaczęli się kolejkować bez niej. Argentyńscy urzędnicy w okienku byli wybitnie wredni. Wyzywali coniektórych Boliwijczyków od osłów, szydzili z ich wieśniackiej wymowy niektórych słów. Już myślałem, że to zwykły rasizm, ale Argentyńczyk, który przekraczał z nami granicę też dostał zjebki od oficera w okienku, więc postanowiłem siedzieć cicho i nie wyzywać ich od głupich, nieuprzemych ch**ów, a na dodatek rasistów.

Do Buenos Aires przyjechałem autobusem pełnym Boliwijczyków. Tzw. stewardesa po boliwijsku bez litości katowała nas filmami pełnymi przemocy, marnej jakości teledyskami grup muzyczno-tanecznych (siedmiu pięknych gra i śpiewa a koło nich wije się pseudotanecznie jedna “urodziwa”). Za każdym razem jak włączali coś nowego, to przez pierwsze 20 sekund leciało na 200% głośności budząc wszystkie dzieci w autobusie, po czym ściszno do 150%. Całe szczęście miałem stopery do uszu i kaptury.

Prawie cały autobus wysiadł na podmiejskim dworcu autobusowym. Rozeszli się by wsiąknąć i zniknąć w tej metropolii. Niektórzy już lepiej zasymilowani, mający podwójne obywatelstwo z małymi dziećmi, inni tylko w odwiedziny, inni na mały handelek, do pracy, na kilka tygodni/miesięcy.


W Buenos Aires włóczyłem się po różnych dziwnych miejscach. Może kiedyś w La Paz przy wódce Wam opowiem szczegóły, teraz mi się nie chce. W autobusie miejskim, którym jechałem “zwiedzać” (okolice położone godzinę za miastem) zobaczyłem człowieka o twarzy zbliżonej do naszego prezydenta Evo Moralesa. “Swój chłop” – pomyślałem. Gdy już dojechaliśmy tam gdzie kończą się tekstury wysiedliśmy. Zagadałem, bo chciałem zrobić małe rozeznanie czy tam biją, czy nie. Opowiedział mi pokrótce swoją historię.

Benigno pochodzi z Potosí w Boliwii, ale od 8 lat mieszka w Buenos Aires. Pracuje na nocne zmiany w fabryce tekstyliów (dlatego trochę przysypiał w autobusie). Czyli prawdopodobnie ciuchy na maszynie dzierga, dresy Adibas, Nikke, takie historie. Poza tym stawia chałupę (właśnie wracał do siebie na dzielnię). Mowi, że dzielnia jest spoko, bo jest legalna, więc nawet autobusy tam mają pętlę. Autobus do centrum, co 15 min, 1,70 peso. W Boliwii nie był od lat, ale chciałby jechać, choć nie zanosi się na to. Tutaj (czyli w BsAs) ma swoją seniorę. Generalnie dobrze mu się tu żyje, powrotu do Boliwii nie planuje.

[Benigno u siebie na dzielni]

un polaco de PAZ

Friday, August 5th, 2011


foto de Cecilia Serrano Sequera

Wróciłem z Buenos Aires, to tylko 50h, dwie noce w autobusie. Ludzie z warsztatów kiwali głową. A dla mnie to nie jest żaden wyczyn, tak się tu podróżuje, jak się nie ma kasy na samolot. Kiedyś dłużyło mi się 5h w pociągu z Gdyni do Warszawy, eh zmienia się postrzeganie. Problem w tym, że przeziębiłem się w czasie tych cholernie zimnych nocy w autobusie, bo nie wziąłem śpiwora, a kilka warstw ciuchów nie wystarczyło.

Same warsztaty bardzo fajne, byli ludzie z różnych części świata, choć dominowali latynosi. Polecam – w przyszłym roku będą w Wietnamie. Celem jest nauczenie sztuki fotoreportażu. Dla mnie otwierające oczy doświadczenie, bo moje foto to przecie pocztówki bez historii. Choć nie wiem, czy się do tego nadaję (wkrętkę trzeba mieć w temat). Ale atmosfera twórcza była, a prezentacja końcowa była naprawdę fajna, każdy pokazał 10 zdjęć, więc zobaczyliśmy około 100 różnych historii z BsAs i okolic. Ja sfociłem na prędce 2 tematy, choć miałem ze sobą tylko mojego Canona G11 z porysowanym obiektywem, więc jakościowo fotki nie dawały rady, może kiedyś pokażę.

Wróciłem z silnym postanowieniem spłacenia długów i poszedłem do roboty. Ugadałem się na 4 dni w tygodniu. Więc muszę co rano wstawać o 6:30, wanna, śniadanko, a potem szukanie transportu, bo praca jest w innej części miasta. Oczywiście pierwszego dnia pracy dół, ale kolejne dni lepiej. Dobrze czasem zmienić tryb życia, wstawać o innej porze, wśród porannych śpiochów przejechać się do innej części miasta, zjeżdżając serpentynami La Paz z Manhattanu do Zona Sur zobaczyć pierwsze promienie słońca oświetlające świętą górę Illimani (6,438 m n.p.m.). Dobrze, że jest praca, że mogę utrzymać się nawet w tej części świata i żyć na przyzwoitym poziomie. Muszę odpędzać od siebie myśli, że gdzie indziej byłoby inaczej i koncentrować się na tym tutaj. Fuksa mam w życiu, że tak mogę, więc trzeba korzystać.

Blog zaniedbany, zdjęcia czasem robię, ale nie obrabiam, nie wrzucam, nie mam czasu, nie chce mi się, jak masz jakąś sprawę do mnie, to wpadnij osobiście.

Bliżej nieba.

Thursday, July 21st, 2011

Siedzę w McDonaldzie w Buenos Aires. Wokół młodzież, hałas i syf. Patrzę na swoje odbicie w szybie. Widzę zaniedbanego kolesia, nie ścinane od kilku miesięcy włosy, nieokreślony zarost. Mógłby być bezdomnym, który z okazji trzydziestych urodzin wybrał się na ucztę – kanapkę z potrójnym mięsem. Sam. Panienka na kasie się ze mną nie dogadała. Nie mam pojęcia o co mnie pytała, w końcu od 1,5 roku nie byłem w restauracji pod klaunem. Jem zachłannie, bo przez cały dzień nie miałem czasu. Poza tym jadę ekonomicznie, bo przecie jestem na minusie, a i ta podróż już za pożyczone od Gabichy. Swoim prześwietlającym na wylot wzrokiem patrzy na mnie ochroniarz.

Dziś poprosiłem jednego z prowadzących (pracownika LA Times) o szczerą ocenę moich zdjęć. Kilka się podobało. Niektóre ocenił jako “fotki do Lonely Planet, ale przecież możesz dużo lepiej” (a ja przecie marzyłem kiedyś by jeździć do takich miejsc i robić takie zdjęcia). Niektóre jako ładne still shoty do powieszenia na ścianie. Jeszcze inne jako takie do przyczepienia magnesem do lodówki. Ale do fotożurnalizmu potrzebna jest HISTORIA (słowo powtarzane tutaj do znudzenia), a ja jej nie mam, moje zdjęcia to pocztówki. Cóż, nie potrafię wstrzelić się w jakiś temat i prowadzić zdjęciami narracji. Bo tak naprawdę, to mnie nie interesują prawie żadne historie. Spływa po mnie wszystko. Technicznie jestem w stanie strzelać takie fotki, o jakie im chodzi, ale brakuje szczerego zainteresowania jakimkolwiek tematem. Przecie ja gazet nie czytam ani telewizji nie oglądam. Cudze życie, też średnio mnie interesuje. Może kiedyś, ale póki co będę pocztówki robił. Na razie interesuje mnie tylko MOJA HISTORIA. I czuję ciągły niedosyt, że moja codzienność nie jest wystarczająco intensywna i interesująca.

Buenos Aires znowu zaczyna być dla mnie samotne. Tak jak wtedy gdy w styczniu 2009 ewakuowałem się pośpiesznie z Europy, tak teraz znowu zaczynam to czuć. Sam w wielkim mieście. Przyklejony do szyby autobusu, słuchający muzyki w metrze, przemierzający kilometry na piechotę chodnikami ulic.

Czas wracać do domu. Próbować mieć dom.

naturalnie myślę o mężczyznach ale teraz muszę jechać do Buenos Aires

Monday, July 18th, 2011

Jestem na warsztatach fotograficznych w Buenos Aires, a wraz ze mną 150 osób, które marzy o karierze w fotożurnaliźmie.

Argentyna zimą przypomina Polskę w pierwszych dniach jesieni. Ludzie uprawiają sporty. Nie mamy tego w La Paz (sporty na 3600 m n.p.m. to przedwczesny zawał a także zadyszka).

Chodząc po ulicach dziwiłem się, że wszyscy mają tu balkony i podziwiałem wspaniałe drzewa rzucające cienie na ulice, które mają chodniki.

A na Cmentarzu Recoleta zastanawiałem się co muszę jeszcze zrobić, żeby mi na koniec postawili grobowiec i w jakiej pozie chciałbym mieć pomnik. Na kanapie z laptopem poproszę.

ktokolwiek słyszał ktokolwiek wie

Sunday, June 26th, 2011

Za tierralatina.pl powtarzam, zaginęli w Peru Celina Mróz i Jarosław Frąckiewicz. Może to zwykłe opóźnienie w ich planach, na które nie mieli wpływu (moja łódź na Amazonce miała 4 dni opóźnienia), ale Oni raczej należą do tych, co zwykle nie spóźniają się na samolot. Jeśli ktoś coś wie to niech skontaktuje się z placówkami dyplomatycznymi i tierrąlatiną, coby odwołali alarm i wszyscy przestali się martwić.

A Szymon tymczasem po raz pierwszy od 1,5 roku opuścił Boliwię, by na niezadługo pobawić u Brazylijczyków. Pozdrowienia z Rio Branco. A niedługo “boskie” Buenos Aires.


Update: już wiadomo, że nie odnajdą się. :(

Mam 30 lat, a cały czas czuję się, jakbym odrabiał pracę domową. Ja nie mogę być mięczakiem… Może miałbym ochotę… Pójść do parku, karmić łabędzie… Bułką… Albo spędzić z dziewczyną romantyczną kolację przy świecach, grając jej ballady na gitarze…

Thursday, June 16th, 2011

Takie foty ostatnio robię, a poza tym fuchy jakieś programistyczne, papiery do rezydencji potrzebne załatwiam (po biurach chodzę, kseruję, fałszuję, łapówki daję), przeprowadzam się do mieszkania z widokiem, śpię, marznę, kombinuję jak przeżyć do pierwszego, whiskey piję czasem bro… a za tydzień jadę z Radkiem przez dżunglę do Brazylii na dwa tygodnie.

I jak tu mieć czas na prowadzenie bloga?

Poza tym były w wizycie w Ambasadzie słynne Klapki Kubota, zwycięzcy słynnego konkursu.

Poza tym rozkręcam stronkę pod fotografię usługową w La Paz, a nawet dałem z tej okazji dwóm lokalnym boliwijskim periodykom się podlinkować: 1, 2.

Kszzzz, bez odbioru.

nie zważysz tego, ani nie zmierzysz, jeśli nie zechcesz, to nie uwierzysz

Friday, May 27th, 2011

Jakiś czas temu pod którymś wpisem na fb Filipa Skandalisty ktoś stwierdził, że w Ameryce Południowej to jest syf, że przez latynoskie tranquilo mamy tu bajzel, brud i biedę, a tylko białe* kraje takie jak Urugwaj, Argentyna, Chile, Brazylia jako tako przędą i wyglądają względnie (czytaj po europejsku).

No to ja Ci odpowiem. Nie próbuj zmierzyć tego PKB ani nowymi samochodami na ulicach, czystym metrem ani obrusem na stole. Bo czy to ważne? Spójrz wokół na piękne dziewczyny, panów pod sklepem beztrosko pijących piwo, słońce nie niebie, klapki na nogach i uśmiechy na twarzach. Nasyci Cię proste, lecz dobre jedzenie, autobus w końcu przyjedzie, ktoś powie Ci, że Cię kocha, a jutro znowu carnaval, fiesta lub przynajmniej protest. :) Zwolnij trochę, nie wpadaj tu na tydzień albo dwa, po to żeby kręcić nosem. Spróbuj tak przez chwilę żyć, a może coś zrozumiesz i jeszcze za tym zatęsknisz.

Mam nadzieję, że tranquilo jeszcze trochę przetrwa. Choć nawet w wioskach Amazonii już zaczynają chodzić generatory prądu, a ludzie poprzez seriale już zarażają się światem białego człowieka.

Jestem przeciwnikiem globalizacji. jestem przeciwnikiem macdonaldonizacji** kulturowej. Nie chcę, żeby świat wszędzie wyglądał tak samo.

Jaki morał? Dobrze się ostatnio czuję w kapeluszu!

*pomińmy fakt, że biały człowiek dokonał na tych terenach masowych mordów ludności rdzennej, dlatego te kraje są białe, tak samo jak biały człowiek przywiózł na kontynent murzyńskich niewolników, biały człowiek siewca zamentu, który zawsze wie jak wszystko lepiej zorganizować.
**w Boliwii nie ma McDonalda. Był, ale go wygonili.

dla kf

Saturday, May 21st, 2011

Do dalekich portów przyszło nam żeglować, po nieznanych wodach, odległych akwenach. Gwiazdy mamy za przewodników i kompanów, wiatr targa nam włosy, słońce pali skórę. Czasem myślimy, w którym kierunku dom. Zagubiony na oceanach Przyjacielu, co też nie chcesz zasnąć, choć dawno po Twojej wachcie. Bądź pozdrowiony.


[Lago Titicaca – kwiecień’2011]

hijo de stuku-puku

Thursday, April 21st, 2011

Jadąc dziś taksówką miałem wypadek. Inny kierowca lekko nas puknął. Okazało się, że nie działał mu ręczny hamulec. Jako, że nie miał papierów na auto, taksówkarz odkręcił mu przednią tablicę rejestracyjną, zabrał i pojechał dalej.

A tymczasem ja na potrzeby wizy i swoich przyszłych biznesów otworzyłem działalność gospodarczą w Boliwii…